10 rzeczy, które zmieniły się dla mnie w slow fashion na przestrzeni lat

Różnego rodzaju objawienia i ważne pytania najczęściej przychodzą do mnie pod prysznicem. Czy Chrupek ma kolana czy łokcie? A może i jedno, i drugie? Po szybkim wygooglowaniu okazało się, że ta ostatnia odpowiedź jest prawidłowa.

Ostatnio nie zastanawiałam się jednak nad naturą chrupkowej budowy, tylko pomyślałam, jak inaczej wyglądała rzeczywistość te siedem lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę ze slow fashion. I pomyślałam, że ciekawie będzie napisać o tym, co się w moim odczuciu zmieniło, zarówno jeśli chodzi o mnie i moją szafę, jak i o to, co na zewnątrz. To wszystko oczywiście moje odczucia, niepoparte żadnymi statystykami. Chciałabym je porównać z Waszymi spostrzeżeniami, bardzo ich jestem ciekawa.


Co się zmieniło u mnie:


1. Jeszcze większą część mojego odzieżowego budżetu przeznaczam na proste, bazowe ubrania, typu koszulki z długim rękawem i dekoltem V, i na ubrania sportowe. Parę razy w tygodniu jestem na siłowni czy jodze i wskakiwanie w ładne i  wygodne legginsy sprawia mi ogromną przyjemność. Nie pamiętam za to, kiedy ostatnio kupiłam jakąś spektakularną sukienkę czy wystrzałowe obcasy.

Kiedyś, jeszcze przed erą slow fashion, moje myślenie było dokładnie odwrotne. Szkoda mi było pieniędzy na zwykłe i nudne rzeczy. Ale kolorowa marynarka z cekinów, którą włożę raz, a to i tak nie na pewno? Proszę bardzo, łapcie moje pieniądze!

2. To punkt, który wynika z poprzedniego. Pamiętam, że na początku mojej przygody ze slow fashion dużą trudność sprawiało mi znalezienie ubrań, które spełnią moje wygórowane oczekiwania. Teraz jest mi łatwiej. Po pierwsze, mam solidną bazę, która tylko z rzadka wymaga uzupełnienia, czyli po prostu rzadziej muszę się nad tym zastanawiać. Po drugie, mój styl jest totalnie prosty i nudziarski, a moje ostatnie szaleństwo to kupienie sobie aksamitnych frotek do włosów. Nie przychodzi mi już do głowy, że “przydałaby się taka bluzka z bawełnianej koronki, z kołnierzykiem i długim rękawem, z jasnobeżowymi guzikami i perłową lamówką przy rękawie”. Trzymam się raczej sprawdzonych klasyków, ale też nie czuję potrzeby planowania wszystkiego do ostatniej niteczki. Jak przypadkiem trafię na piękną, letnią sukienkę, w której wszystko mi pasuje, i stwierdzam że by mi się przydała, to ją kupuję.

3. Unikam ubrań, które bardzo się gniotą. Odkryłam, że nigdy nie chce mi się zabrać za prasowanie i w tych ubraniach, które bezwzględnie go wymagają, po prostu nie chodzę. O ile jestem w stanie wyprasować koszulę przed wywiadem czy sukienkę przed wielkim wyjściem, to na co dzień nie chce mi się tego robić i po prostu takich ubrań nie kupuję. Dzianiny rządzą!

4. Wydawało mi się, że im większym budżetem będę dysponować, tym droższe ubrania i dodatki będę kupować. Ba, nawet miałam na swojej liście marzeń torebkę Chanel! Teraz widzę 10386392047 fajniejszych dla mnie sposobów na wydanie kilkunastu tysięcy złotych i w ogóle mnie do znanych, luksusowych marek nie ciągnie.

Tym bardziej, że wykresy ceny i jakości zaczynają się w pewnym punkcie mocno rozjeżdżać, torebka za 5000 złotych nie ma 10 razy lepszej jakości niż ta za 500. Już pomijając fakt, że wiele torebek Chanel czy innych luksusowych przedmiotów jest wykonanych z bardzo delikatnych materiałów, które już w zamierzeniu nie mają przetrwać długich lat codziennego użytkowania w plebejskich warunkach komunikacji miejskiej czy spacerów z psem.

5. Kiedy zaczynałam ze slow fashion, byłam podekscytowana i zachwycona, że to tak ułatwia życie, ale towarzyszyło mi też lekkie ukłucie straty. No bo jak to, wszyscy mogą chodzić na zakupy a ja nie? I nie dostaję za to medalu? Teraz mam taki przesyt nadmiarem wszystkiego, że w ogóle mi nie żal, że coś mnie omija.

Myślę, że to wynika też z dostępności. W 2009 roku był szał na lateksowe legginsy i aby je zdobyć, trzeba było polować na nie na zagranicznych stronach czy prosić o zakup znajomych przebywających za granicą. To było ekscytujące! Pamiętam też, jak się nachodziłam po second handach w poszukiwaniu oldschoolowej, granatowej bluzy Adidas, którą ostatecznie odkupiłam od kogoś na Allegro.

Teraz każdy nowy trend zawala momentalnie wszystkie sieciówki i sklepy online. Nic nie jest wyjątkowe, nic nie jest już tak kuszące.


Co się zmieniło w moim otoczeniu:


1. W second handach są coraz gorsze rzeczy, głównie sieciówkowe. To zrozumiałe – ubrań sprzed ery fast fashion jest coraz mniej, a więc i coraz mniejsza jest szansa, że upolujemy pięknie uszytą, jedwabną sukienkę w kwiaty na porządnej podszewce. W zamian mamy do wyboru skulkowany, neonowy tanktop z napisem “Follow your dreams” albo parkę z łatami ze sztucznej skóry. To zrozumiałe, ale bardzo smutne.

Pamiętam, jak w liceum chodziłam do gigantycznego bielskiego second handu za torami i znajdowałam tam prawdziwe cuda, a właściwie cudactwa – od sukni balowej w złote kropeczki po pudełkowe, wełniane żakiety. Oczywiście wciąż da się znaleźć świetne rzeczy, moja mama na przykład wyspecjalizowała się w kaszmirowych swetrach, ale ten rynek wygląda już zdecydowanie inaczej.

Na pewno wzrosła też świadomość dotycząca znanych metek, więc przypadkowego płaszcza z Burberry raczej nie ma się co spodziewać, za to mocno trzymają się bardziej niszowe marki ze średniej półki, które mało kto rozpoznaje. Jakiś czas temu zdobyłam na przykład komplet swetrów z Repeat Cashmere i to najlepsze swetry, jakie kiedykolwiek miałam.

2. Kupowanie mniej i lepiej przestało być dziwactwem. Szeroko rozumiany minimalizm może nie wszedł do mainstreamu (mimo, że można tak pomyśleć, funkcjonując w wielkomiejsko-internetowej bańce), ale na pewno stał się hip. Ma to swoje dobre i irytujące strony.

Dobre są oczywiste – coraz więcej osób zastanawia się nad swoimi zakupami, coraz rzadziej spotyka się spojrzenia pogardy przy słowach “a, kupiłam w second handzie!”. To samo zresztą dotyczy ruchów wegańskich, zero waste i tak dalej – dostępność chociażby tofu czy innych kubków termicznych jest o niebo większa.

Irytujące aspekty to minimalistyczny green washing, czyli próby wykorzystywania idei mądrego kupowania w bardzo cyniczny sposób, oczywiście w celu jeszcze większego zysku. Granica jest cienka i często trudno ją zauważyć, zwłaszcza komuś, kto nie siedzi w branży. Przekraczają ją zarówno sieciówki, namawiając do kupowania paczki mizernych jakościowo t-shirtów, bo 2% ich składu pochodzi z odpowiedzialnych upraw, a więc #eko, ale też małe marki, powtarzając frazesy o niezwykłych właściwościach materiałów z bambusa i wprowadzając kupujących w błąd. Na idei slow fashion promują się eventy, produkty, kursy i masa innych rzeczy, których bycie “slow” jest co najmniej dyskusyjne.

3. Nie było atmosfery nadchodzącej katastrofy. W ostatnich latach coraz głośniej mówi się o konsekwencjach naszych wyborów i postępujących zmianach klimatycznych. I bardzo dobrze. Ale sprawia to też, że mam poczucie unoszącej się nade mną chmury beznadziei. Musiałam odlajkować w social mediach co bardziej radykalne profile i fanpejdże z tym związane, bo zaczęłam nabierać przekonania, że nic w moim życiu nie ma sensu, przeprowadzka nad morze to szaleństwo, bo zaraz nas zaleje, kupno mieszkania to też szaleństwo, bo zaraz na pewno przejdzie tsunami, i kto normalny myśli o dzieciach, kiedy wokół wymierają pszczoły.

Oczywiście to wszystko ważne kwestie i staram się na codzień dokonywać takich wyborów, które służą planecie, ale nie chcę się też wystawiać na zalew negatywnych wiadomości. Nie potrzebuję już bardziej się przekonywać, że konsumpcjonizm nie jest dobry. Potrzebuję za to chronić swoją głowę przed nakręcaniem się katastroficznymi wizjami.

4. Nie było Black Friday. Od strony konsumenta może nie wydaje się to szczególnie ważnym punktem, ale wzrost popularności tego zakupowego święta w Polsce naprawdę zmienił dynamikę sprzedaży w ciągu roku. Jesteśmy też dużo bardziej przyzwyczajeni do ciągłych wyprzedaży i kodów rabatowych. Żeby sprostać oczekiwaniom klientów i często spuszczać cenę, producenci muszą ją najpierw podnieść, więc relacja jakość/cena jeszcze bardziej się rozjeżdża.

5. Nikt już nie udaje, że w kupowaniu ubrań chodzi o coś więcej, niż o kupowanie ubrań. Moda na modę minęła, przynajmniej na tę spod znaku high fashion. O ile w 2010 roku wypadało przy zdjęciu nowej sukienki napisać trzy ogólnikowe zdania o inspiracji tym czy tamtym projektantem, teraz nikomu już nie chce się produkować. Na fashion weeki jeżdżą już tylko pasjonaci, zresztą wraz z rozkwitem Instagrama padła idea tak zwanych zdjęć street fashion. Tak zwanych, bo to, co powstało jako autentyczna chęć dokumentowania ciekawie ubranej ulicy, skończyło jako ustawki z fashion weeków, pokazujące kosmiczne zestawy wciąż tych samych osób, przywdziane właśnie z myślą o byciu sfotografowanym.

Teraz chcemy wyglądać jak gwiazdy Instagrama, co ma ten niezaprzeczalny plus, że nasze stopy pewnie organizują sobie dziękczynną imprezę w najnowszym modelu Adidasów czy Reeboków. Z jakiegoś powodu Instagram umiłował sobie ostatnio sportowe buty i w ogóle ubrania rodem z siłki. Jest to zdecydowane + 10 do wygody w porównaniu do dwunastocentrymetrowych szpilek, które świeciły triumfy na początku dekady.


Dajcie znać, czy Wy macie jakieś przemyślenia na ten temat. Jak rozwijała się Wasza relacja ze slow fashion, czy z ubraniami w ogóle, przez ostatnie lata?

PS Jeśli spodobał Wam się ten artykuł, może Was też zainteresować ten o modzie na zero waste.

70 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Beata

    Bardzo mądry wpis. Twoje podsumowania zawsze są trafne :) sama zachłysnęłam się minimalizmem, ale po czasie ochłonęłam. Mam taką obserwację, że świat mody i social media w większości podzieliły się na dwa obozy: kupowania dużo, modnie, zgodnie z trendami i często luksusowo. Oraz minimalistów, którzy kupują jak najmniej, wydają na ciuchy jak najmniej i ogólnie są „ponad to”. Brakuje złotego środka. Dlatego cenię Twój blog. Bo ani nie robisz haulów zakupowych, ani nie chwalisz się, jak to mało masz ubrań i jak mało wydajesz. Skrajności mnie odstraszają, a pogoń za „mniej” może być tak samo złudna, jak pogoń za „więcej”. W końcu nadal zostajemy niewolnikami rzeczy. Ja się odnajduję gdzieś po środku tego – bez ciągłych zakupów w sieciówkach, ale też bez nadmiernego ograniczania się. Nie interesuje mnie też, kto ile wydaje na ubrania. Nie moje pieniądze, nie moja sprawa. Ale jest jakaś dziwna presja porównywania się z innymi: kto ma mniej, kto ma więcej, kto jest bardziej eko, komu bardziej zależy, czyje wybory są bardziej fair. Trochę to niezdrowe. Ja się w tym nie odnajduję. Z blogosfery modowej sprzed 10 lat nie pamiętam aż tak silnej presji na dorównywanie i porównywanie się z innymi.

    1. Paula

      Jak bardzo wyraziłaś to myślę, bardzo brakuje mi tego złotego środka, rozsądku, już nie wspominając o tym ciągłym wartościowaniu cudzych wyborów.

  2. Olga

    Uwaga o torebce Chanel nienadającej się do tramwaju – tak bardzo w punkt! Pamiętam, jak był szał na polskie blogerki kupujące sobie Szanelki. Wszędzie o tym pisali. Nawet przez jakiś czas miałam fazę na markową torebkę, ale krótko. Bo co bym w niej nosiła, pudełko z naleśnikami do pracy? W autobusie?

    Też już nie mam problemu ze zwykłymi ubraniami. Tak na co dzień. Problem się zaczyna, kiedy mam jakieś większe wyjście, bo wtedy wszystko wydaje mi się zbyt proste i codzienne. Ale to chyba nieuniknione przy okrojonej szafie i braku „samotnych wysp”, hm?

  3. Ula

    Wybrałam się niedawno na samotne łowy do znanego mi od lat “zagłębia lumpeksów”. Odwiedziłam ich chyba kilkanaście w ciągu 2 godzin (wszystkie przy jednej ulicy). Nie natknęłam się na nic interesującego. Lata temu, w czasach studenckich chodziłam tam często z koleżanką z akademika i potrafiłyśmy ubrać się od stóp do głów w porządne rzeczy. Masz rację – wszystko teraz wygląda jak wyrzucone na śmietnik jednorazowe szmatki. Widziałam też kilka markowych ciuchów, ale ceny chyba zbliżały się do pierwotnych wartości tych rzeczy 😒 Przydałaby mi się Twoja mama, bo bardzo nastawiałam się na dobrej jakości swetry 😉
    Wydaje mi się, że niewiele jest już po prostu marek, które stawiają na dobry skład materiałów. Nawet w sklepach, które zawsze kojarzyłam z dobrą jakością swetry są w większości akrylowe. Jeśli ktoś chce kupić np. kaszmir, to musi się liczyć ze sporym wydatkiem i już tak łatwo się z nim nie rozstanie.

    1. agnyska81

      Jeśli o super swetry chodzi to u mnie króluje Allegro. Na lumpeksy nie mam już chyba nerwów, a tak bez wychodzenia z domu mogę upolować fajne merynosowe (w kaszmirowych mi za ciepło ;)) sweterki. Wystarczy odpowiednio wyszukiwać, a znajdzie się tego duuużo w różnych stylach i kolorach.

      1. Emme

        Polecam nauczyć się dziergać :) koszty swetra z wełny spadną do poniżej 100 złotych, co często jest ceną akrylowego swetra w sieciówce… sama często kupuję włóczki z dropsa bo mają super wyprzedaże, co prawda trochę roboty, ale satysfakcja z wykonania ubrania, a także unikalność sweterka wynagradza czas włożony w pracę.

  4. Kasia

    Na Instagramie każdy wygląda identycznie i brakuje mi bardzo tej nuty indywidualizmu, którą czasem można zobaczyć na ulicy. Lubię, jak ktoś wie, co w modzie piszczy, ale traktuje to z przymrużeniem oka i dodaje coś charakterystycznego tylko dla niego, co może nawet wydawać się od czapy, ale świetnie współgra z reszta stroju.

  5. swiadomieubrana

    Mnie tez bardzo smuci to ze w lumpach ciężko jest o rzecz nie sieciowkowa , bardzo trafne spostrzenia

  6. Marta

    Ja zaczęłam czytać Twojego bloga ok 5-7 lat temu.. w podobnym czasie odkryłam tez Kasię z Simplicite. Początkowo oczywiście się zachłysnęłam tym wszystkim i chciałam pół szafy oddać/wyrzucić ;) Ale znalazłam optymalny dla siebie ubraniowy układ. Przy czym mam taką zasadę, ze jak wpadnie mi w ręce w lumpeksie fajna koszula to kupuję zawsze. Zauważyłam ze niszczę je w tempie ekspresowym, wiec muszę mieć zapas (noszę je codziennie). A co do jakości w lumpeksach – spada, to fakt, ale i ceny rosną. Kiedyś sweter czy koszula w lumpeksie za 100zl to była rzecz nie do pomyślenia. A teraz się zdarza. Aczkolwiek myśle ze lumpeksy w małych miastach są lepiej zaopatrzone. Albo nie ma aż tylu osób które wypatrzyły by tam perełki. Osobiście np w tym roku kupiłam dwie (porządne) koszule z Ralpha Laurena za 30zł każda. A mieszkam w mieście z ok30.000 mieszkańców. Myśle tez ze się w Polsce może wreszcie po tych prawie 30 latach trochę nasycilismy kupowaniem. Bo nowa rzecz cieszy tylko chwile, a prędzej czy później – jak każda – niszczy się. Dla mnie slow fashion to zdrowy rozsądek który wiązał się w sposób prosty z wejściem w dorosłość. Za rok kończę trzydziestkę i jak patrze na nastolatki każda w modnych spodniach z sieciówki i bluzce z gołym pępkiem (upraszczam, wiem) oraz matowym makijażem bo modny, to z jednej strony myślę „tez tak miałam w ich wieku”, a z drugiej czuje się taka cudowanie wolna :) Kolejny krok do życia zupełnie po swojemu. Za co m.in. Tobie Asi dziękuję serdecznie :) Plus za polecenie terapii. Czuje ze jestem na dobrej drodze do fazy „zen” w życiu ;)

  7. Olga

    Asia, ale świetnie, że przypomniałaś ten wpis na blogu ze starych czasów! Rewelacyjnie się czyta i przy tym przypomina swoje stare marzenia :)

    Co do ubrań – ja kupuje używane ubrania dobrych firm na Allegro i OLX – nauczyłam się je “odnawiać” odpowiednio i dzięki temu niewielkim kosztem chodzę w fajnych ciuchach, które sobie upolowałam na aukcjach i potem jeszcze dopieściłam. Strasznie się w to wkręciłam i w łazience mam osobne półki na różne płyny, obieraczki i tak dalej. Jak wchodzę do Galerii Mokotów na przykład to patrząc na ceny – szczęka mi opada. Nie wiem co takiego może być w tych ciuchach, że ceny najzwyklejszych rzeczy to już +1000 zł. Zawsze jak coś mi się spodoba to wracam do domu, ustawiam filtry na Allegro albo przekopuje OLX i kupuje sobie coś podobnego za 1/8 ceny i do tego z drugiej ręki :) Win-Win

  8. Marta

    Zauważyłam, że w lumpexach dobre jakościowo swetry to domena działu… męskiego.
    O ile na wieszakach w dziale damskich króluje akryl, to na męskim akrylu prawie wcale nie ma. Jest bawełna, wełny różnego rodzaju np. kaszmir, merynosy itp.
    Podobnie koszule dla mężczyzn nie widuję prawie wcale koszul z poliestru, dla kobiet 80% bluzek to właśnie ten materiał.

    1. Asia

      To prawda :-) W zeszłym tygodniu kupiłam piękny grafitowy golf ze 100% wełny z merynosów właśnie na dziale męskim. Zapłaciłam oszałamiające 13 pln. ;-) Bywa słabo z rozmiarami, wiadomo, ale M-ki trafiają się często, a przy dzisiejszej modzie na oversize można upolować naprawdę super fajne swetry. W przyszłym tygodniu urządzam polowanie na kaszmir. ;-)

  9. Ania

    Ja nie miałam i nie mam wielu ubrań, przede wszystkim, bo zwyczajnie nie mam na to kasy. Najpierw było mi niezmiernie żal (np. w liceum miałam jedne spodnie i jedną bluzę i radź se). Potem lumpeksy i nagle taki szał, że jaaaa, w sieciówce mogę sobie kupić na wyprzedaży wszystko. Wreszcie mogłam zachowywać się jak normalna dziewczyna (to ironia oczywiście) i codziennie mieć inne ubranie. Tak mocno wbiło mi się to do głowy, że w tym roku, jak kupiłam jeden ciepły sweter, bo nie miałam żadnego, to przeżywałam wielką eskcytację: będę chodzić w nim codziennie i zobaczymy, co się stanie. Wiem głupie to strasznie, ale naprawdę czułam, że robię jakieś wielkie wykroczenie, wyglądając każdego dnia tak samo. Ok, pewnie latem byłaby inna rozmowa ;)

    Poza tym jest mi bliskie to, co napisałaś o atmosferze katastrofy. Też w pewnym momencie się złapałam na tym, że mam wyrzuty sumienia, bo coś tam kupiłam niezgodnie z kodeksem zrównoważonego rozwoju. Mam poczucie, że z byciem fair wobec środowiska i ludzi jest jak z jedzeniem czekolady. Nie czujesz, że starczy. Chociaż robisz więcej niż przeciętna osoba na ulicy, ciągle masz poczucie, że to za mało. Powiedziałam sobie stop. Kupuję raz na kwartał i prześwietlam na prawo i lewo jakość i pochodzenie. Nie jest to męczące, czuję, że właśnie odzyskałam kontrolę.

    1. Beata

      A nie masz tak, że z tym prześwietlaniem na prawo i lewo to tego kwartału nie starczy? Oczywiście lekko przesadzam, ale sama łapię się na tym, że ciągle, obsesyjnie wręcz sprawdzam, gdzie dana marka szyje, jaką ma filozofię, co robi by szanować środowisko, czytam raporty, artykuły i… dostaję świra. Zapomniałam już, jak to jest po prostu wejść do sklepu i kupić to, czego potrzebuję. Czasem myślę, że wolałabym nie mieć tej świadomości i żyć sobie beztrosko. Bo teraz, nawet jeśli wiem, że buty na wiosnę kupię pod koniec marca, to już teraz zaczynam robić research pod względem marek, które się nadadzą, czytam opinie, odkładam pieniądze i szczerze – odbiera mi to całą przyjemność zakupu, bo mam wrażenie, że staram się za bardzo i że zajmuje mi to za wiele czasu. Z drugiej strony – gdy tak nie robię, to czuję, że mój wybór nie jest do końca świadomy. Zaczynam wariować :D

  10. pilar

    U mnie sporo zmian.
    1) Ogarnęłam (głównie dzięki Tobie!) kwestię materiałów. Kaszmir, wełna, bawełna, lyocell, len, wiskoza – to zdecydowanie zmiana na plus
    2) Wiem w czym wyglądam i w czym czuję się naprawdę dobrze. Niestety, nie są to głównie rzeczy bazowe. Do zwykłych jeansów i trampek potrzebuję koszulki w ananasy, do czerni od stóp do głów muszę dorzucić fioletową szminkę i srebrne skarpetki, a żeby zachować pogodę ducha zimą oprócz szarych kaszmirów potrzebuję swetrów w kolorowe wzory i płaszcza w pepitkę. W związku z tym mam raczej więcej niż mniej, ale absolutnie zawsze mam co ubrać.
    3) Częściej kupuję z drugiej ręki (vinted!), częściej się wymieniam, biorę pod uwagę aspekt wpływu na środowisko.
    4) Zdarza mi się kupić markową/drogą/porządną rzecz – to głównie bazowe elementy, które sprawdziłam w wersji tańszej.
    5) Nie kupuję dodatków, których i tak potem nie noszę – koniec z biżuterią.
    6) Często jeżdżę na rowerze, więc raczej spodnie i kombinezony niż spódnice i sukienki – dla mnie to zmiana na plus.
    Dziękuję za Twój wkład w te zmiany :)
    A jeśli chodzi o zmiany nie tylko u mnie, to w mojej banieczce widzę zmiany w podobnych kierunkach, a więc większej odwagi przy kreowaniu swojego stylu, częstszego korzystania z second handów, a przy tym większego i bardziej świadomego dbania o siebie. No i częstszej jazdy na rowerze ;)

  11. Szyciownik

    Cześć,
    U mnie slow fashion wynika z faktu, że nie lubię zakupów :) kupuje tylko w ostateczności i to naprawdę potrzebne rzeczy. Jeśli czegoś mi w szafie brakuje, to sobie to powoli szyję – np teraz nadrabiam dzaininowe podkoszulki z długim rękawem. Czas szycia – godzina, a mam idealny ciuch :)
    Pozdrawiam,
    Kaska

  12. Alina

    A propos jakości w lumpeksach:
    Pasję do kupowania ubrań w lumpeksach zaszczepiła we mnie starsza siostra. Dziesięć lat temu kupowałam w second handach, bo nie było mnie na nic więcej stać, a poza tym były one dla mnie kopalnią ubrań w stylu Tavi. Dość szybko zdałam sobie sprawę, że chodzenie po sieciówkach nie jest dla mnie, a jakość i ceny produktów z “normalnych sklepów” mnie nie przekonują. Dalej kupowałam głównie odzież używaną, ale z wiekiem szukałam coraz bardziej produktów o dobrej jakości niż dużej ogryginalności. W Łodzi często można kupić bardzo dobrej jakości ubraia (swetry z kaszmiru, jedwabne halki, satynowe podkoszulki, wełniane płaszcze) za naprawdę małe pieniądze, bo te produkty są ze względu na brak rozpoznawalnej metki “mniej warte”. Mnie osobiście to cieszy, bo mogę kupować swetry ze 100% wełny za kilka złotych, podczas gdy obok wisi badziewie z jakiejś sieciówki za kilkanaście/kilkadziesiąt złotych.
    W odniesieniu do slow fashion wydaje mi się, że w kupowaniu w lumpeksach trzeba dojrzeć też do jednej rzeczy. Mianowicie, żeby nie kupować dużo rzeczy tylko dlatego, że są tanie. Łatwo wpaść w pułapkę “dzisiaj wszystko po 1zł, więc wezmę sobie ubrań za trzy dyszki, przecież w sklepie nigdy bym tyle nie kupiła za takie pieniąze!”. Ale po co mi to wszystko? I powoli dojrzewam do tego, żeby rzeczywiśćie kupować tylko tyle ile potrzebuję, nawet jeśli dziesięć innych pięknych rzeczy “za bezcen” wisi tuż obok, jeśli nie są mi potrzebne to ich nie biorę, bo zamiast redukować ilość śmieci tylko ją nakręcę.
    Smutne jest to, żę szerzy się w środowiskach slow fashion, zero waste itp dekadentyzm i pesymizm. Ale jeszcze bardziej przykre jest wykorzystywanie wrażliwości ludzi poprzez nakręcanie konsumpcji przy użyciu haseł typu “eko, bio, naturalna hodowla”.
    Jako konkluzję podam anegdotkę rozmowy z babcią, która miała za młodu cztery sukienki: jedną miała na sobie drugą, akurat prała, trzecia się suszyła, a czwarta była na niedzielę i święta. I to była cała garderoba mojej babci. Ostatnio oglądałam film kostiumowy (z epoki młodości mojej babci) i bohaterka wybrała się na kilkutygodniową podróż z jedną walizką, bo wszystko czego potrzebowała na ten czas, się do niej zmieściło.
    Pozdrawiam serdecznie

  13. AsiaK

    Moja przygoda z mądrym kupowaniem odzieży i butów rozpoczęła się prawie dwa lata temu. Najpierw dużo czytałam, później zdobytą wiedzę przekładałam w czyn. Dwukrotne czyszczenie szafy zaowocowało przejrzystością ( na początku trochę bolało) Teraz wiem w końcu co w niej mam!!! Hura!!!!Nie popadam w stany szaleństwa, gdy widzę coś na wyprzedaży. Zwracam uwagę na odszycie i skład. Mam kilka ulubionych, sprawdzonych sklepów i tylko tam kupuje. Moim zdaniem jednak wciąż brakuje sklepów oferujących dobre jakościowe, klasyczne ciuchy. Przykład: biała koszula. Po prostu biała koszula klasyczna. Lubię nosić krawaty, sama je sobie szyję i nie mogę kupić koszuli. Lamberty i tym podobne sieci odpadają. Mam jedną. To nie to. Chinosy dla kobiet takie jak oferuje dla mężczyzn Benevento-brak. Marynarki z brustaszą – brak. Podobnie jest z obuwiem. Pozostaje szycie na miarę. A może się mylę? Może ktoś podpowie mi , gdzie mogę kupić piękną, klasyczna koszulę? 😊

  14. Magda

    Ciuchy kupuje rzadko, ale mam problem z butami, w kazdych jednych wywalam dziury na pietach, najtrwalszw przezyly pol roku

  15. Adriana

    U mnie zmiany takie:

    1) Wreszcie wiem w czym mi dobrze. Wreszcie mam szafę dostosowaną do swoich potrzeb i noszę wszystkie ubrania. Chociaż moja mama i teściowa często dziwią się, że w tej samej sukience chodzę na plac zabaw z dzieckiem (wkładając trampki) i na wesela (wkładając obcasy i dorzucając kopertówkę). Argument, że szkoda mi wydanych pieniędzy na rzeczy, które później wiszą w szafie jakoś do nich nie trafia ;)

    2) Wiem gdzie kupować jakie ubrania.
    Swetry i kardigany – tylko w lumpeksach. Chyba mam szczęście, w tym sezonie kupiłam absolutnie idealny, czerwony, kaszmirowy golf i ręcznie dziergany na grubych drutach, grafitowy, wełniany kardigan. Sprawdza się teoria, że w małym mieście łatwiej o dobrą jakość w lumeksach.
    Sukienki i spódnice – polskie marki, do których regularnie wracam (Risk i Zygzak). Wolę oszczędzać trochę dłużej i mieć ubranie w którym nie chodzi co druga osoba na ulicy. Lubię jak te części garderoby się wyróżniają.
    Bazowe bluzki – bezkonkurencyjne dla mnie jest Marie Zelie (jeśli ktoś lubi dopasowane) i COS (t-shirty)
    Jeansy – o dziwo, tylko ZARA. Można znaleźć jeansy 100% bawełniane o luźniejszym fasonie albo 99% bawełny 1% elastanu obcisłę rurki. Zawsze służą mi kilka lat. Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o drogich markach, które specjalizują się w jeansach, zawiodłam się parę razy.

    3) Zupełnie przestałam chodzić po galeriach handlowych. Jestem zmęczona nadmiarem, przerzucaniem, szukaniem. Przestawiłam się w całości na zakupy online. Taka oszczędność czasu!

  16. k

    Generalnie mam tak samo. Szczególnie pkt. 3 z części o zmianach w otoczeniu… Całe lata rozmyślałam o powrocie z Wawy na rodzinne Pomorze, teraz przestaje mieć to sens :(

  17. Sylwia Hazboun

    A ja nigdy nie byłam fanką mody za to dzięki Tobie wiem, jak sprytnie zorganizować szafę :) w ogóle trafiłam na Ciebie dzięki książce Slow Life, która przyniosła moja siostra (pracuje w Znaku) i zainspirowałaś mnie do ruszenia z działalnością w internecie – co ciekawe, w zupełnie innej działce, niż Twoja :) w każdym razie dziękuję za wszystko, ciekawe, co będzie za kolejne 7 lat!

  18. Nawarona

    O, widmo katastrofy! Złapałam sie na tym, ze jestem zagoniona w dekadencki, fatalistyczny róg parę miesięcy temu.

    Szybko otrzeźwiałam, ale dalej nurtuje mnie pytanie – kto ma korzyść ze straszenia ludzi?
    Skąd tyle grzmiących głosów Kasandry w społecznościówkach, nachalny, pasywno-agresywny ton marketingowców w dużych miastach i zagranicznych mediach?
    I po co?

    1. HomoInterneticus

      Zależy o jaki rodzaj ‘straszenia’ masz na myśli – ale jeśli chodzi o wpływ człowieka na środowisko, to nikomu to nie przynosi korzyści. Wpływ człowieka na środowisko jest po prostu faktem, i najlepiej by było, gdybyśmy my coś z tym zrobili, zamiast narzekać na “grzmiące Kasandy”. W końcu Kasandra też, niestety, miała rację, chociaż nikt jej nie chciał słuchać. A wypieranie naszego wpływu na środowisko nie spowolni ani masowego wymierania gatunków, ani zmian klimatycznych.

    2. Kamila

      A no po to, żeby człowiek się w końcu opamiętał. Niestety prawda jest taka, że zostało już niewiele czasu. Skutki tego wszystkiego już są i widać je gołym okiem.

  19. Joanna

    Moja perspektywa jest krótsza, bo slow fashion zaraziłam się od Ciebie w lecie 2015 roku :) pamietam jak zrobiłam OLBRZYMIE porządki w szafie. wybebeszyłam ją całą i po raz pierwszy nie skończyło się to na bezrefleksyjnym pakowaniu ubrań z powrotem (bo już jestem zmeczona tymi porządkami i robiłam sto rzeczy w międzyczasie) , ale do szafy wrocila połowa – reszta została rozdana a sporo rzeczy okazało się w stanie “śmietnikowym”. Tak, zapychałam sobie szafę szmatami, które nie nadawały się do noszenia.

    Na pewno zmieniło się moje podejście do zakupów. Miałam duży problem z kupowaniem rzeczy ładnych, ale zupełnie do mnie niepasujących. I potem taka nowiutka rzecz zalegała w szafie. Czasami udało się sprzedać/wymienic, ale i tak zazwyczaj byłam stratna. Dzięki slow fashion odnalazłam swój styl (a raczej nauczyłam się go odnajdywać :) ) i szybko mogę zwizualizowac siebie w danej rzeczy. I szybciutko leci ona albo do koszyka, albo wraca na wieszak :) dzięki slow fashion nabrałam tez pewności siebie w kwestii ubrań. Moje kolezanki w pracy noszą ciagle sukienki w literkę A – a ja takiego fasonu nie lubie, czuje się w nim źle, wiec pomimo ich gadania, ze sukienki są takie eleganckie i wygodne, a ja ciagle chodzę w koszulach i spódnicach – no cóż, nadal chodzę w moich koszulach i spódnicach ;) sukienki tez nosze, ale takie, w których się czuje dobrze.

    Co się zmieniło natomiast jeśli chodzi o “świat zewnętrzny” ;) to muszę się zgodzić, ze w szmateksach jest mniej fajnych i dobrych jakościowo ciuchow niż w czasach, gdy zaczynałam z nimi przygodę (okolice 2010 roku). I zgadzam się, ze rośnie świadomość marek odzieżowych, co widać chociażby po cenach, bo właściciele/pracownicy tez wiedza, ze trafia do nich coś lepszej marki.

    A, i jeszcze jedna rzecz – odkryłam krawiectwo :) nie szyje sama, ale mam zaufana panią krawcowa. Dzięki niej “odzyskałam” kilka ciuchow. Leżały przez dluuuugi czas w szafie, niby dobre, ale coś jednak nie tak (niemodny fason, trochę za duże, etc.). W końcu zaniosłam do krawcowej na przeróbkę i w ten sposób nagle w mojej szafie pojawiły się nowe, idealnie dopasowane ubrania :)

  20. Ola

    Asiu, jestem Ci bardzo wdzięczna za punkt
    “3. Nie było atmosfery nadchodzącej katastrofy.”
    Podejrzewałam, że nie tylko ja tak mam, ale zawsze lepiej zobaczyć to czarno na białym. Generalnie po co cokolwiek robić skoro zaraz zmiecie mnie tsunami i zabije 40 stopniowy upał, który sama na siebie zciągam bo latam samolotem i produkuję śmieci. Doszło nawet od tego, że miałam wyrzuty sumienia kupując cokolwiek w plastiku, takie prawdziwe i bolące (zaczynało to wyglądać niezdrowo od strony psychicznej). I postanowiłam się odciąć od treści głoszących ekologiczną zagładę. Przestawiłam się na te, które dają trochę nadziei (chociaż i tak wiem, że zepsuliśmy planetę), i pokazują jak zrobić COŚ dla planety, dają siłę do działania. I jakoś jestem w stanie lepiej funkcjonować :) I tak sobie myślę, że chyba nie jestem jakąś wielką fanką Homo sapien (i jakoś muszę z tym żyć) bo to co mnie podnosi na duchu w kontekście życia na ziemi, to taki filmik, który pokazuje jak z ziemi znikają ludzie (i np. wybuchają wszystkie elektrownie atomowe bo nikt ich nie plinuje) i tydzień po tygodniu przydora/ rośliny opanowują ziemię i totalnie pochłaniają miasta i wsie ;)

  21. puch ze słów

    hej. dla mnie najważniejsza w ubraniach jest wygoda i delikatna kobiecość. moda jest fajna ale nie powinna być wyznacznikiem, jedynie dodatkiem to w nas jest styl i indywidualizm i ubrania mają to podkreślać a nie grać pierwszych skrzypciec Ubrania powinny być naturalną sprawą z domieszką zabawy ;) nic na siłę… miłego dnia asia

  22. Kasia

    Celnie! Od kiedy wyprowadziłam się od rodziców (będzie już jakieś 10 – 11 lat, więc mam jakieś tam doświadczenie:-) ) i zaczęłam sama finansować swoje wybory modowe w 100%, to jakoś nagle samo życie wrzuciło mnie na tory slow fashion. Mam w szafie rzeczy, które chyba kupiłam jeszcze w poprzednim wieku, ale po pierwsze: kiedyś nawet w najpopularniejszych sieciówkach jakość ubrań była zdecydowanie wyższa, a po drugie: moda wraca i takim to sposobem mam kilka rzeczy, które znowu są modne, a nikt sobie już takich nie kupi. I to nie tak, że nie kupuję nowych rzeczy, tylko przy każdych porządkach w szafie, jakoś podskórnie wiem, czego mam się nie pozbywać i co na pewno mi się jeszcze przyda:) Jak kupuję nowe, zastanawiam się wielokrotnie czy dana rzecz będzie pasowała do x,y,z, czy tylko do z i to np. tylko przy jednej okazji. Jeśli tylko “z”, to raczej odpuszczam, bo nie warto. Co sezon mam plan na uzupełnienie rzeczy podstawowych (bluzki, koszulki, itepe itede, wiadomo), plus kilka rzeczy aktualnie “modnych”, tylko bez ekstrawagancji, żeby taka rzecz w następnym sezonie nie wyglądała obciachowo.

  23. Aleksandra Kwiatkowska

    O proszę, mamy wspólne spostrzeżenia co do second handów. Tez zauważyłam, że w sklepach z ubraniami używanymi coraz częściej można spotkać się z beznadziejną jakością. Już nie jest tak łatwo znaleźć odzież wykonaną z jedwabiu czy z kaszmiru. Tym bardziej taką, która nie jest dziurawa.
    Natomiast jeśli chodzi o bazowe ubrania – ok są super do łączenia ich z nietypowym wzorem lub tkaniną.
    Pozdrawiam serdecznie
    Aleksandra
    PS: Najbardziej żal mi było rezygnować z ubrań, które były bardzo wzorzyste lub wykonane z nietypowych materiałów (plastik, lycra). Od kiedy przeszłam na slow fashion to rządzi u mnie dzianina, a w szczególności żorżeta.

  24. Asia

    To właśnie Ty i Maria z USK zainspirowałyście mnie do przyjrzenia się swojemu stylowi, swoim wyborom podczas zakupów. Od czasów Twojej książki “Slow fashion” wprowadzałam tę ideę w swoje życie i mam wrażenie, że właśnie dotarłam do swojego szafowego zen :)
    W międzyczasie oczywiście miałam fazę neofitki, czyli wielkie sprzątanie i długi odwyk od zakupów – co zaowocowało pustą szafą i frustracją w sklepach. Po pewnym czasie znalazłam sposoby i wypracowałam sobie swoje zasady:
    1. Przestałam się oszukiwać. Wiem, że potrzebuję na co dzień tylko dwóch torebek – dużej i małej. Mając dwie duże i tak używałam tylko jednej z nich, bo nie chciało mi się przekładać rzeczy. Tak samo wiem, że wełniany sweter zawsze będzie mnie gryzł (nawet jeśli będzie to “delikatna” wełna merino), i nigdy nie wytrzymam zbyt długo w szpilkach – nawet tych skórzanych, nieobcierających i względnie wygodnych. Zatem wszystkie te rzeczy podziwiam na odległość i już ich nie kupuję, bo wiem, że będą leżeć. A nową torebkę kupię, jak stara się zużyje.
    2. Nauczyłam się kupować w second handach, w internecie i… w sieciówkach :) Nauczyłam się po prostu rozsądnie robić zakupy, oglądać tylko te rzeczy, których potrzebuję, sprawdzać składy, kierować się tylko do tych kolorów, o których wiem, że pasują do mojej szafy itp. Dzięki temu zakupy trwają krócej, duużo rzadziej zdarzają mi się nietrafione wybory, częściej udaje mi się upolować różne promocje.
    3. Odpuściłam :) to trochę paradoks, bo przed chwilą napisałam, że nauczyłam się czytać składy, i faktycznie wybieram teraz prawie zawsze bawełnę i naturalne materiały. Ale przestałam kwękać, że sukienka na wesele/okazje jest z poliestru, a nie z jedwabiu – bo wiem, że znalezienie takiej, która mi się podoba, jednocześnie jest z jedwabiu i nie kosztuje majątku jest praktycznie niemożliwie, a przynajmniej baaardzo czasochłonne…. A ja tego czasu nie chcę poświęcać na akurat takie poszukiwania. Więc jeśli ta sukienka jest z poliestru, ale jest przy tym ładna, pasuje na wiele okazji, pasuje do mnie i ma rozsądną cenę, a przy tym jest mi potrzebna – to po prostu ją kupuję. Przestałam za wszelką cenę szukać “ideałów”, które istniały tylko w mojej głowie.

    Teraz mam etap “wszystko mam” i czuję się z tym świetnie :)

  25. Kamila

    Przyznam, że odkąd zaczęłam śledzić Twojego bloga oraz parę innych w tematyce minimalistycznej ( w tym simplicite, kameralna, ubieraj się klasycznie) stopniowo zaczęło się zmieniać moje podejście do posiadania, nie tylko ciuchów, ale rzeczy w ogole. Od szalonego zakupoholizmu, po , w dużej mierze za sprawą ww. blogów, refleksję nad zakupowym szaleństwem, aż do stanu, w którym nie kupuję rzeczy, jeśli nie spełnia w zupełności moich założeń. Efekt: od kilku miesięcy szukam czarnych dżinsów i słuchawek bezprzewodowych do biegania j jak do tej pory nie znalazłam ;-)) Ale wcale z tego powodu nie rośnie mój poziom stresu, że jeszcze nie kupiłam. Dziewczyny z wyżej wspomnianych przeze mnie blogów: robicie wspaniałą robotę 👍😀

  26. Olga L.

    Ja w ostatnim czasie dostałam jakiegoś uczulenia na niektóre słowa i frazy związane ze slow fashion i już po prostu nie mogę! :) Zgrzytam zębami jak widzę te konkretne wyrazy w tekstach i komentarz i nie pomaga to, że zdaję sobie sprawę, jak bardzo to jest nieracjonalne i zakrawające o hejterstwo leksykalne ;)

    Irytują mnie straszliwie używane w kółko:
    1. wełny i kaszmiry,
    2. ubrania, które są odszyte,
    3. klasyki,
    4. znajdowanie PEREŁEK.

    Jakbym się dłużej zastanowiła, to bym pewnie coś jeszcze dopisała.

    Zabijcie mnie, no nic nie poradzę! :) Próbowałam!

      1. Justy

        Mnie też irytują niektóre stwierdzenia, szczególnie te powtarzane trochę bezmyślnie. A “inwestycja” w jakąkolwiek część garderoby, to numer jeden na mojej liście przeczytanych koszmarków. Numer dwa to “nie stać mnie na rzeczy tanie”. No nie cierpię!
        Co do slow fashion, to u mnie jest trochę tak, że jak jakaś idea (nawet bardzo słuszna) zaczyna być modna i ludzie podążają za nią masowo, to ja mam ochotę iść pod prąd. Tak już mam.
        Nigdy jednak nie byłam zakupoholiczką i w mojej szafie jest sporo rzeczy kupionych lata temu. Hit to szara zwykła koszulka z długim rękawem marki Qiosque. Miałam ją jakieś 15 lat, a stan nadal był super – ostatecznie oddałam do dalszego obiegu, tak więc pewnie nadal komuś służy :-)

  27. Kasia

    Wydaje mi się, że problemem też jest to, że moda się… wyczerpuje. Aktualnie modne jest już wszystko, a ubrania bez kroju lub skrojone niedbale, są uważane za hit i supertrend. Chcesz klasyki? Płać jak za woły :) Co do lumpeksów to się zgadzam – jest tam coraz mniej fajnych rzeczy, ale ja jeszcze jakoś wyszukuję tam perełki. Szczególnie kieckowe. Tak czy inaczej nawet gdybym miała kupić coś z sieciówki, to wolę to zrobic w szmateksie niż w sklepie marki. Ot, taka moja filozofia.

  28. Iwona z prostezachwyty.pl

    Asiu, szczególnie spodobał mi sie punt o “zbliżającej się katastrofie”. Ja też mam wrażenie, że panuje pewna dwubiegunowość, konsumpcjonizm kontra ortodoksyjna ekologia. Cieszę się jednak, że dzięki np. Twoim treściom przywrócony zostaje zdrowy balans i umiarkowanie. Zazwyczaj “gdzieś pośrodku” bywa najfaniej i to jest właśnie zawsze wyważona i elegancka Pani Optymalność.

  29. Meraja

    Moje postrzeganie slow fashion wciąż się zmienia, ale mam wrażenie, że tylko na lepsze. Najbardziej doświadczam tego teraz,kiedy jestem w ciąży i chodzę do pracy, w której i tak przebieram się w neutralny uniform – kiedy do wyboru mam jedne spodnie (ostatecznie jeszcze grube legginsy do długiego swetra), dwa płaszcze, jedne buty, a najwygodniej mi z plecakiem na plecach mam poczucie, że mogłabym pożegnać jeszcze pół mojej szafy. Wiem, że figura się zmienia i zmieni się kiedy wrócę do “starych” ubrań, ale wciąż – czy naprawdę potrzebne mi tyle rzeczy w szafie? Choć nie dojrzałam jeszcze do wydawania dużych pieniędzy na rzeczy lepszej jakości to jednak już mi nie żal kiedy kupuję płaszcz z 70% wełny za 400zł czy skórzane buty za 300zł, bo wiem, że ich potrzebuję i będę w nich chodzić często.
    A co do lumpeksów – nigdy nie szukałam marek, zawsze szukałam jakości. Ostatnio znalazłam zimowy płaszcz 100% wełny, na podszewce, o nieco przeskalowanej formie – idealny na ciążę! – za zawrotne 7zł :) Cieszę się z takich zakupów bardziej niż z konieczności chodzenia po centrum handlowym i wydawania pieniędzy na coś, co przyda się tylko przez chwilę.
    Najlepsze w idei slow fashion to poukładanie w głowie i możliwość stwierdzenia “wszystko mam” :)

  30. Nina Wum

    Też mam wrażenie, że lumpeksy utraciły swój niszowy wdzięk, a ubieram się w nich od jakichś dwudziestu lat.
    Od pewnego czasu wyszukuję używane ciuchy w sieci – jest szybciej, o wiele wygodniej, a jeśli odpowiednio zawęzić kryteria poszukiwania na allegro, można znaleźć właśnie tę zieloną spódnicę, o którą nam akurat chodzi.
    Moda na dresy i adidasy bardzo mnie cieszy, bo będę się na jej tle wyróżniać. Nie cierpię tzw. athleisure z duszy, serca. :D

  31. Kasia

    Jezeli chodzi o jakość lumpeksowej odzieży to mam wrażenie, że dużo fajniejsze rzeczy można znaleźć w sh w mniejszych miasteczkach niż w dużych miastach. Na co dzień mieszkam w Krakowie i ciężko znaleźć mi tam sh, który trafiłby mi do gustu. Natomiast kiedy przyjeżdżam w odwiedziny do rodziców odwiedzam przy okazji mój ulubiony lumpeks i nigdy się nie zawodzę.

    Denerwuje mnie trochę w modzie, że marki odzieżowe podchodzą inaczej do kobiet niż do mężczyzn. Wiele firm oferuje dobre materiały tylko mężczyznom, na dziale damskim króluje poliester. Dlaczego, dlaczego?:(

    1. Wioleta Wrzeszcz

      Wszystko co u mnie się zmieniło ładnie ubrałaś w słowa :D Może poza jednym podpunktem, bo chyba nigdy nie marzyłam o chaneli. Wydawała mi się zawsze wręcz tandetna. Myślę, że to modowe blogi wpłynęły na nas i nasze szalone wybory, jeśli chodzi o ciuchy. Wtedy miałam w glowie “Przecież nie pokażę na blogu zwyczajnych stylizacji!”. To polowanie na konkretną rzecz było niczym zawody :D Pamiętam jaką satysfakcję miałam po zakupie leginsów w szerokie czarno-białe paski, nikt takich jeszcze nie miał. Ciężko je bylo dostać. Nieważne, że materiał dawał wiele do życzenia. Tutaj dodałambym jeszcze jeden podpunkt. Teraz mam świadomość właściwości materiałów. Nadal kupuję w sieciówkach, ale wiem co wybierać i na co zwracać szczególną uwagę.

  32. Maja

    Myślę, że to odpowiednia pora i odpowiednie miejsce, żeby Ci podziękować. Twoja książka zmieniła moje podejście do garderoby. Zmieniła moje życie! Na początku odrobinę było mi żal (tak jak o tym tutaj piszesz), ale teraz… czuję się wolna. Wolna od konieczności (?) kupowania ubrań, od latania po sklepach, wolna od uczucia porażki, gdy wydałam kolejne pieniądze na zbędną rzecz i wolna od poczucia winy, gdy ta rzecz smutno wisiała w szafie, a ja miałam wyrzuty sumienia, że nie mam serca ani ochoty jej nosić. Moje podejście też ewaluowało. Teraz mam szafie ubrania, które kocham. Mam ich mało (z podziałem na: błękitne, różowe, białe + jeans;)), ale zdecydowana ich większość to ubrania, które będę nosić przez długie lata (kilka wytrzyma z pewnością co najmniej dekadę).. One wszystkie świetnie do siebie pasują, tworzą zgraną paczkę. Zawsze mam się w co ubrać, nawet w ubraniach domowych wyglądam dobrze. Nie kupuję już w SH – dawno nie spotkałam tam nic rozsądnego, a kompromisty mnie nie satysfakcjonują. Poluję na wyprzedaże, ale zamiast sześciu swetrów po 50 złotych wolę kupić jeden, przeceniony na 300. Oszczędzam czas na wszystkich frontach: na chodzeniu po sklepach, na wybieraniu fasonów (mam ulubione i po raz pierwszy kupuję podobne, gdy poprzednie się zniszczy), na dobieraniu do siebie elementów garderoby i na pakowaniu się na wakacje. Kocham moją szafę i to dzięki Tobie. DZIĘKUJĘ!! <3

  33. Anika

    Bardzo ciekawy wpis. Ja ostatnio sama byłam zszokowana swoją kiedy poszłyśmy z mamą na zakupy. Od dwóch lat poza butami i torebką nie kupiłam niczego w innym sklepie niż second hand. A wizyty w ciucholandzie też zdarzają mi się tylko od czasu do czasu. Mama w galerii wchodziła do każdej sieciowki, a mnie się po prostu nie chcialo, nie mialam najmniejszej ochoty oglądać tych ubrań. Mama się zdziwila, bo przecież kiedyś uwielbialam zakupy. No cóż, teraz uważam raz, że w szafie mam wystarczajaco dużo ciuchów, dwa, że w swój minimalny sposób przyczyniam się do ochrony środowiska. Ponieważ zaczynam nowa prace i kilka rzeczy jednak by mi się przydało, poszłyśmy do ciucholandu, gdzie upolowalam dwie pieknie uszyte spodnice z podszewka, tunike w pepitke, sweterek i absolutną miłość od pierwszego wejrzenia – kurtkę z fredzlami. I byłam z tych zakupów o wiele bardziej zadowolona niż z bezczynnego lazenia po galerii!!

  34. Kasia

    Wpis trafiający w sedno… rzadko się wypowiadam, ale pod tym mogę się podpisać :) Moja przygoda ze slow fashion i slow life zaczęła się właśnie od Twojej osoby. Sama byłam przykładem “Wielkiego Konsumpcjonizmu”, gdzie ilość i niska cena była ważniejsza od jakości. Zmiany zapoczątkował jeden wywiad i książka, po tym blog i kolejna książka :) Na początku nie czytałam by “poszukać rozwiązania mojego problemu”, bo go po prostu nie widziałam go. Czytałam z racji lekkiego pióra i ciekawości, bo to była dla mnie swoista nowość. Taka idea życiowa, której nie rozumiem, ale nie zacznę komentować dopóki się nie przekonam o co tu chodzi. Dopiero z czasem zobaczyłam w tym sens i jak to bywa wręcz zachłysnęłam się tą ideą. Zaczęłam poszukiwać coraz to nowszych źródeł mówiących o slow lifie, a później minimalizmie…. i przesadziłam w drugą stronę… :D znowu ilość rzeczy decydowała o satysfakcji z życia…. minimalizowałam, aż czegoś mi zabrakło i znowu problem. Znalezienie złotego środka zajęło mi rok i może nie wszystko jeszcze jest tak jak bym chciała, ale przełożenie na codzienność…achhhh… rok temu nie spodziewałam się takich efektów, już nie jest rozrywką wydawanie pieniędzy na niepotrzebne rzeczy i robienie kilometrów w galerii. Kilometry robię na świeżym powietrzu, a przy pakowaniu nie mam problemu pt. co zabrać, przy codziennym otwieraniu szafy nie mam problemu pt. co na siebie włożyć. Jest to duża ULGA. Co prawda szerzenie tej idei jest trudniejsze niż by się mogło wydawać, bo cały czas obracam się w towarzystwie osób, które muszą mieć dużo i za niewielkie pieniądze, ale nie poddaje się ;) A Tobie chciałabym podziękować, bo otworzyłaś mi oczy na problem, bo mnie zainspirowałaś, bo naprawdę doceniam Twojego bloga i wyznawane przez Ciebie wartości. Trzymam kciuki i liczę na więcej treści i inspiracji :)

  35. Ewa

    Odnośnie tego, o czym piszesz w poście (atmosfera nadchodzącej katastrofy) i wielu komentarzy wspominających o tym, jak czytelniczki sprawdzają to, czy konkretne ubrania powstają w etyczny sposób, niestety strasznie ciężko jest od tej nieetyczności uciec, bo atakuje nas ona z najmniej spodziewanych stron. Bardzo polecam krótki filmik pod linkiem, w którym youtuberka Rowan Ellis (podpierając się fragmentami wywiadów przeprowadzonych z ludźmi zajmującymi się kwestią pracy przymusowej i niewolniczej) mówi o tym, że wybieramy kosmetyki nietestowane na zwierzętach, a nie zdajemy sobie sprawy, że minerały używane w elektronice, której używamy na co dzień, lakierach samochodowych, czy choćby błyszczących cieniach do powiek, bardzo często wydobywane są przy użyciu pracy przymusowej lub pracy dzieci. Jeden ze specjalistów mówi o tym, że nasz stan wiedzy o współczesnym niewolnictwie jest jakieś 20 lat za stanem wiedzy o wpływie produkcji na środowisko:
    https://www.youtube.com/watch?v=vpMdfed1Nrc

  36. Margarethe

    Zabrzmi to może bardziej hipstersko niż kubek termiczny, ale co mi tam: poszukiwaczom perełek modowych typu płaszcz z Burberry polecam podróż na dalszy Bliski Wschód. Na przykład Iracki Kurdystan. Na tak zwanych second hand bazarach można tam znaleźć wszystko. Również wspomniany płaszcz. Oraz wiele wieeeele dobrej jakości ubrań niszowych skandynawskich marek. Taki bonus emigracji dla Bliskiego Wschodu.
    Mimo naprawdę sporych zmian w modzie, jakie przyniosły nam Instagram, globalizacja, fast fashion czy co tam jeszcze, świadomość własnego stylu to wciąż towar deficytowy. Licealistki wyglądają jak klony. Ponoć szerzenie mody działa na takiej zasadzie, że im częściej coś się widzi, tym bardziej zaczyna się to coś podobać. W dobie internetu nie trudno wypuścić jakiś trend w świat. Caluśki świat.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Uuuu zgadzam się! Wschód trochę dalszy, ale obkupiłam się jak głupia w sh w Tajlandii. I rzeczywiście – podobno im częściej coś widzimy, tym bardziej nam się podoba.

  37. Beata

    Hej, pytanie z innej beczki. Jesteś zadowolona ze swojego mieszkania? Nie pytam o urządzenie, ale o lokalizację, wspólnotę.
    Czy uważasz, że decyzja o zakupie była dobrą decyzją?
    Sama jestem na etapie wyboru: kupić czy wynająć stąd moje pytania.

    Pozdrawiam
    Beata

  38. Aga

    Cześć, u mnie momentem przełomowym było olśnienie: fajny jest minimalizm, ale najważniejsze są potrzeby i balans! Więc: super jest mieć 5 bluzek, ale mam czterolatka i niemowlaka…ustaliłam, że potrzebne mi są 3 grupy ubrań: po domu, na wyjścia, ale te mniej spektakularne i na wyjścia specjalne ;). Po domu niestety nie będą to kaszmirowe sweterki, bo choćby kosztowały dychę to płakałabym nad każdą plamą. A plamy z dzieciakami potrafią być Hardcore- katarki, buraki i inne…ale oczywiście są to rzeczy w których nie wstyd mi otwierać kurierowi. Próbowałam szukać rzeczy w sh. Ale jednak zabiera to więcej czasu, a czasu mam teraz deficyt. Sh obok mnie nie są zbyt ciekawe, a nie chce mi się szukać czegoś gdzieś dalej…Druga grupa to ubrania, które dobrze znoszą odplamianie, ale i są mniej znoszone. Dobrze sprawdzają się ub rania z pewnego marketu na L. Niedrogie, ale jakościowo ok. Staram się pilnować, by żadna z grup się nie rozrastała i trzymała swoje miejsce w szafie. Dzięki temu wiem, jak się ubrać do piaskownicy (dużo lepiej niż kiedyś!). Lepiej umiem określić czego mi trzeba! Złotego środka! Pozdrawiam!

  39. KasiaK

    Hej, Asiu, bardzo fajny wpis, skłonił mnie też do refleksji nad moimi nawykami zakupowymi. Minimalizm u mnie wymusiła studenckie mieszkanie tzn. mała szafa plus parę półek i to jeszcze dzielone z facetem. :) W związku z tym jakoś tak naturalnie ukształtowała się u mnie taka szafa kapsułkowa, 3-4 razy w roku część rzeczy chowam do pudełek i żegnam się z nimi na jakiś czas, a daje pole do popisu innym. I to wyszło tak samo z siebie, bez żadnych restrykcji, wyrzucania rzeczy na siłę. Moja szafa nigdy nie była przeładowana i musiało do mnie dotrzeć to, że szalone czystki u mnie nie znajdą raczej zastosowania. Moja kochana mama odkąd pamiętam zawsze mówiła, że lepiej kupić jedną porządną rzecz niż cztery byle jakie i szczęśliwie w tym względzie słuchałam jej się od momentu kiedy sama decydowałam o swoich wydatkach. :)

    Rozpisałam się, ale mam jeszcze ważna wiadomość dla ciebie odnośnie do punktu nr 3 i atmosfery nadchodzącej katastrofy. Ja także się bardzo przejmowałam tym wszystkim (w sumie nadal się przejmuję, ale już w inny sposób), ale lektura książki “Factfulness” Hansa Roslinga, którą bardzo polecam, sprawiła, że trochę inaczej na to wszystko spoglądam i lepiej mi się żyje. Wbrew otaczającym nas wiadomościom, pod bardzo wieloma względami na świecie żyje się teraz lepiej i ta lektura pomogła mi trochę zaktualizować moje przekonania o życiu w różnych miejscach na Ziemi i różnych globalnych tendencjach. Oczywiście nadal jako ludzkość musimy bardzo pracować nad sobą, szczególnie w kwestiach ekologii, ale jest nadzieja! :)

  40. Ela - themomentsbyela.pl

    Grunt to podchodzić do mody, zakupów i naszego otoczenia z rozsądkiem. Dawniej byłam strasznym zakupoholikiem i coraz bardziej zaczynał mi przeszkadzać nadmiar. Mój wewnętrzny chomik nie pozwalał mi za dużo wyrzucać. Pewnego dnia znalazłam u Ciebie na blogu link do postu o wyzwaniu żeby nie kupować przez miesiąc. Spróbowałam i wytrzymałam kilka miesięcy. W końcu mnie oświeciło, że to moje kupowanie nie jest takie potrzebne. Teraz kupuję bardzo mało, a o środowisko dbam maksymalnie jak mogę. Ograniczyłam używanie plastiku, woreczków foliowych i różnych opakowań do minimum. Trochę trudno przekonać panie w sklepie żeby bułek nie pakowały do dwóch woreczków i reklamówki tylko do mojej lnianej siatki, ale cóż trzeba się starać.

  41. Ewa

    W ‘przypadkowym płaszczu Burberry” z SH chodzę już jakieś 10 lat i nie wiem co ja zrobię, jak jego zywot dobiegnie końca…. To najlepszy płaszcz jaki miałam w zyciu. Ciekawe czy nowe burberry to wciąż ta sama jakość?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *