Magia Wordle, czyli moja nowa
internetowa obsesja

Jakiś czas temu przez moją tablicę na Twitterze przetoczyła się fala zrzutów ekranu z wynikami w Wordle. To gra słowna, którą kilka miesięcy temu kupił od jej twórców New York Times. Spróbowałam i przepadłam. Teraz Wordle towarzyszy mi każdego poranka. Piszę o tym, bo ciekawi mnie co składa się na jej fenomen – uważam że ktoś to fantastycznie rozkminił.

Naszym zadaniem w Wordle jest odgadnąć hasło – pięcioliterowe słowo. Dążymy do tego, podając inne pięcioliterowe słowa. Dostajemy info zwrotne – które litery pasują, które nie pasują, a które są w słowie-haśle, ale aktualnie są na niewłaściwym miejscu. Mamy sześć prób. Jeśli graliście kiedyś w starą planszową grę Mastermind, to jest to bardzo podobny schemat.

Nowa gra z nowym hasłem pojawia się raz dziennie. To moim zdaniem ogromny składnik sukcesu Wordle. Dostajemy po rozwiązaniu dawkę dopaminy, ale gra nie wciąga nas na długie godziny i nie przemiela do totalnego wyczerpania, bo w przeciwieństwie do Instagrama czy Facebooka ma jasno określony limit. Rozwiązanie zajmuje parę minut, a następne hasło pojawia się dopiero kolejnego dnia. Czytaj dalej

Co zmieniło się w moim podejściu do ubrań przez ostatnie lata

Moja mama na święta zwykle wybiera bilety na balet jako swój prezent. Tak było też w tym roku – w ubiegły weekend wybrałyśmy się do Opery Narodowej zobaczyć Mayerling. To nie będzie post o balecie, bo jedyne co jestem w stanie o nim powiedzieć, to że mógłby trwać o połowę krócej. To będzie post o ubraniach – a zaczynam operą, bo w przerwie doszłyśmy z mamą do wniosku, że ludzie są ubrani zupełnie inaczej, niż kiedy byłyśmy na balecie ostatnio – w lutym 2020, tuż przed pandemią. 

Wieczorowe suknie ustąpiły czarnym bo czarnym, ale jednak dżinsom, zamiast szpilek pojawiły się adidasy, była nawet dziewczyna w dresie – takim wełnianym, ale wciąż dresie. Absolutnie tego nie oceniam, nie ma dla mnie znaczenia w co ubierają się inni ludzie. Stwierdzam fakt, że te dwa wieczory bardzo się od siebie różniły pod względem ubioru widowni. I zaczęłam się w związku z tym zastanawiać czy to wpływ pandemii – i jak pandemia odzieżowo wpłynęła na mnie. Ostatni post o tym, co zmieniło się w moim podejściu do slow fashion napisałam w 2019 roku, więc postanowiłam odświeżyć temat. Bardzo jestem też ciekawa Waszych zmian i przemyśleń. Czytaj dalej

Na bogato, czyli co moja babcia robiła w każdą sobotę przez całe życie

Codziennie zabieram psa na długi spacer. Zwykle słucham przy tym podcastów. I kilka miesięcy temu trafiłam na wywiad Tima Ferrisa z Ramithem Sethi, w którym Ramith opowiadał o swojej kategorii „na bogato”. Chodzi o takie rzeczy, na które nie szczędzimy pieniędzy, bo robią nam tak dużą różnicę w jakości życia, że w ogóle ich sobie mentalnie nie księgujemy jako ekstrawaganckiego wydatku. Mimo, że w innej kategorii pewnie byśmy tyle lekką ręką nie wydali.

Ramith dużo podróżuje w związku z pracą. Jego kategoria „na bogato” zawiera w sobie latanie w klasie biznes zawsze, kiedy lot trwa dłużej niż 4 godziny. I wysyłanie swojego bagażu kurierem prosto do hotelu, żeby nie musieć się z nim rozbijać po lotnisku i czekać aż zostanie wypakowany z samolotu. Czytaj dalej

Kit, który sami sobie wciskamy

Widziałam się niedawno z koleżanką, Anią. Jadłyśmy babkę cytrynową i rozmawiałyśmy o greenwashingu. O tym dlaczego tak rośnie w siłę i jest wszędzie – od tetrapaków udających tekturę w spożywczaku po “ratujące planetę” spodnie z recyklingowanego poliestru. Nie powinno tak być. Klienci nie muszą znać się na milionie aspektów ekologii i nie powinni być robieni przez producentów w balona na każdym kroku. Potrzebujemy lepszych regulacji, żeby takie produkty w ogóle nie powstawały.

Ale jest też druga strona medalu. Greenwashing jest tak popularny, bo działa. A działa, bo jest nam z nim wygodnie. 

Możemy robić dokładnie to samo, co wcześniej i czuć się przez kogoś rozgrzeszeni. Niby kupiliśmy trzy sukienki, które skończą nienoszone w szafie, ale przecież z odpowiedzialnej, polskiej marki! Więc to w sumie dobry uczynek! Czytaj dalej