Metamorfoza kuchni w kolorze Bałtyku

Dziś zapraszam na herbatkę na farmę – metamorfoza kuchni gotowa! Partnerem posta jest IKEA – marka, której fanką jestem od lat.  

Jak śledzicie mój remont na Insta (wszystkie remontowe stories poprzypinałam) to pewnie kojarzycie, że trochę namieszałam w układzie mieszkania. Poprzednia kuchnia była co prawda duża, ale bardzo nieustawna – kwadrat z nisko osadzonym oknem albo drzwiami na środku każdej z czterech ścian. Połączyłam więc ze sobą dawną kuchnię i salon, a meble kuchenne zdecydowałam się umieścić na długiej ścianie w głębi pokoju.  Czytaj dalej

Czy warto było się wyprowadzić na farmę na Żuławach?

Parę miesięcy temu postanowiłam rzucić to wszystko i wyjechać może nie w Bieszczady, ale na względnie rymujące się z Bieszczadami Żuławy. A konkretnie to chciałam mieszkać blisko morza, ale nie uśmiechało mi się wydawanie astronomicznych sum na trójmiejskim rynku nieruchomości – a jednak wciąż chciałam być blisko wspaniałego Gdańska i Gdyni.

I tak po przebudzeniu nie widzę już jamnika sąsiada na grochowskim skwerku, tylko bociana dziobiącego trawnik w moim ogródku. Cały proces poszedł bardzo sprawnie. Znalazłam niezwykłe miejsce, na widok którego wiele osób popukałoby się w czoło, ale do moich potrzeb jest idealne. To mieszkanie stanowiące połowę dawnej farmy – została zbudowana w 1941 roku dla niemieckiego hodowcy koni, a w PRL-u podzielona na mieszkania. Dość szybko zdecydowałam się na zakup (choć zaliczyłam też dodatkową wizytę ze specjalistą, by mieć spokojną głowę i upewnić się, że nic mi się nie zawali na głowę), jakimś cudem udało mi się też znaleźć wspaniałą ekipę remontową z terminem na już, bo akurat ktoś im wypadł z grafiku, przyblokowany za granicą przez pandemię. Trzy miesiące od wbicia pierwszego łomu w starą posadzkę jestem już rozpakowana, zadomowiona i jem owsiankę w ogrodzie, przy jasnym stole z desek, który zrobił własnoręcznie poprzedni właściciel. Czytaj dalej

O planach i zmianach jak kanapka z tuńczykiem

Dokładnie dwa lata temu wyskoczyłam z pomalowanej na niebiesko i żółto łódeczki do błękitnego oceanu, spory kawałek od brzegu. Podwinęłam szorty, ale na nic mi to było, bo woda i tak sięgała mi do bioder. Na plecach miałam plecak z kilkoma t-shirtami, letnią sukienką i laptopem, w rękach buty. Tak zaczęło się moje tajskie workation (od słów work _ vacation) – razem z kilkoma koleżankami zapakowałam swoje bardzo mobilne biuro (czyli wspomnianego już laptopa) i ruszyłam na parę tygodni na rajskie wyspy, by zamienić burą zimę na ciepły piasek, parujący ryż i pachnące ziołami masaże.

Dzisiaj wydaje mi się, że to jakieś inne życie, inna rzeczywistość. A myślałam o tym niedawno nie tylko dlatego, że tęsknię za wyjazdami czy zwykłym wypiciem herbaty w kawiarni, ale też w kontekście kanapki z tuńczykiem jako metafory zmian.

Yyy, co? Czytaj dalej

Jak mi się mieszka nad morzem?

Od miesiąca mieszkam nad morzem. I to dosłownie – na sopocką plażę mam dwie minuty.

A stało się to tak: mój rok miał wyglądać zupełnie inaczej. Jak pewnie wszystkich zresztą, ale u mnie do zawirowań ogólnoświatowych doszły jeszcze te osobiste. Jedno się nie zmieniło – od jakiegoś czasu miałam poczucie, że mimo że Warszawę bardzo lubię, to mieszkam w niej już długo i chciałabym przenieść się gdzie indziej.

Myślałam o Azji, ale z oczywistych względów nie wyszło. Mam też psa i nie chciałabym go zostawiać moim rodzicom na bardzo długo. Po głowie zaczął mi więc chodzić Berlin. Ale potem ktoś napisał mi na Instagramie komentarz, że nie mam w jakiejś eko kwestii racji i żebym się doedukowała – i że w nowym numerze Pisma jest na ten temat artykuł. Poszłam więc do kiosku po Pismo, którego nigdy wcześniej nie czytałam, i odkryłam że organizują nad morzem rezydencję artystyczną dla pisarzy. Czyli opłacają wybranej osobie miesięczny pobyt w Sopocie, żeby mogła w spokoju tworzyć.

Wysłałam od razu zgłoszenie, a potem… doszłam do wniosku, że co ja będę czekać na wyniki, przecież sama mogę sobie zrobić rezydencję artystyczną. Tym bardziej, że chciałam wyjechać na dużo dłużej niż miesiąc.

Pomysł z morzem mi się spodobał, więc się spakowałam, wynajęłam swoje warszawskie mieszkanie i znalazłam mieszkanko na poddaszu w 200-letniej rybackiej chacie nieopodal sopockiej plaży. Czytaj dalej

Czy stać Cię (tylko) na konsumpcję?

Byłam wczoraj u Karoliny Sobańskiej nagrywać podcast. Kiedy wracałam na rowerze (na rowerze się najlepiej myśli), przypomniałam sobie, że podzieliłam się różnymi sztuczkami na to, jak kupować mniej i trickami w stylu listy przyjemności, które nie są zakupami, ale nie powiedziałam najważniejszego.

Stać nas na więcej, niż na życie w konsumpcyjnym kołowrotku. I zasługujemy na bycie kimś więcej niż tylko konsumentami.

Jestem bardzo wdzięczna losowi, że załapałam się jeszcze na dzieciństwo offline. I nie napisałam tego zdania po to, żeby zgrabnie przejść od niego do standardowej tyrady “ach ta dzisiejsza młodzież, tylko na Instagramie siedzi”. Nie mamy prawa na “dzisiejszą młodzież” narzekać, bo sami im taką rzeczywistość zgotowaliśmy. Z obsesją na punkcie marek i standardami piękna wystrzelonymi w kosmos. Dlaczego im to robimy? Myślę, że każdy z nas zna odpowiedź. Jak mówi znany cytat, gdyby jutro rano wszystkie kobiety obudziły się pełne miłości i akceptacji dla swojego ciała, zbankrutowałyby nie tyle konkretne firmy, co całe branże. Czytaj dalej