Joanna Glogaza

strona główna > artykuły

Dlaczego już nie pokazuję swojego życia w social mediach?

To pytanie, które ktoś zadał mi w Instagramowym Q&A kilka dni temu. I pomyślałam, że chętnie odpowiem na nie w dłuższej formie. Bo to ważna dla mnie sprawa, a mało gdzie się o tym temacie mówi. Pewnie dlatego, że jest dość niszowy, a do tego jeszcze w miarę nowy.

Mój blog powstał w 2008 roku. Byłam wtedy w klasie maturalnej. I do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś stanie się bazą mojej działalności zarobkowej. Nikt wtedy na tworzeniu treści w Internecie nie zarabiał. Ale szybko pojawiły się pierwsze agencje reklamowe, pierwsze propozycje reklam i nagle okazało się, że jako bardzo młoda osoba mogę zarabiać na robieniu czegoś, co i tak lubię robić.

A potem powstały social media, w których „zwyczajowo” pokazywało się lżejsze, bardziej lifestyleowe treści. I nie wiadomo kiedy, moja działalność w internecie zamieniła się w ciasno spleciony, prywatno-pracowy węzeł, który ciężko było mi rozplątać. Nagle złapałam się na tym, że kiedy przydarza mi się coś ciekawego, to zastanawiam się jak to najatrakcyjniej przedstawić w formie stories. I choć w samym szkoleniu się w sztuce storytellingu nie ma nic złego, to już reakcja „coś mi się wydarza, a moja pierwsza myśl to czy i jak to przerobić na content” była dla mnie lampką alarmową.

Proces układania się z tym przebiegał stopniowo, przez lata. Pamiętam, że w którymś momencie rozstałam się z moim ówczesnym chłopakiem. I oprócz tego, że musiałam się przetyrać przez rozstanie, to jeszcze czułam się w obowiązku wytłumaczyć się internetom, dlaczego ta osoba, która się pojawiała w moich opowieściach czy czasem przewinęła na zdjęciu, już się nie pojawia. Nie jest to przyjemne doświadczenie i wtedy postanowiłam, że nie poruszam tematów około-związkowych w Internecie, nie pokazuję ani nie „przedstawiam” partnera i tak dalej.

 

Dużym wake up callem była też sytuacja, w której zachorował mój poprzedni pies, Chrupek. Podzieliłam się diagnozą na Instagramie, bo to był wtedy mój tryb domyślny – coś się dzieję, to wrzucam. Tym bardziej że Chrupek często się w moich opowieściach pojawiał i też jakoś czułam się w obowiązku dać znać, że u niego gorzej. Pewnie byłam też przyzwyczajona do „emocjonalnego wsparcia internetów”, które bywa mega grząskim gruntem i szukanie tam oparcia jest bardzo ryzykowną strategią.

W całym tym automatycznym trybie nie wzięłam pod uwagę wielu rzeczy. Że cała sprawa będzie się ciągnąć przez półtora roku. Że dostanę mnóstwo nieproszonych rad, ocen i internetowych diagnoz. Że jak Chrupek umrze, a ja już w miarę przejdę poszczególne fazy żałoby, to będę się w nich cofać za każdym razem, kiedy ktoś mi napisze wiadomość „a gdzie Chrupek?”, bo nie wyświetlił mu się post, w którym pisałam że umarł. I żeby było jasne – zupełnie nie mam do nikogo o to żalu, bo to zupełnie normalne rzeczy w internecie. Każda z tych osób pewnie miała dobre intencje. Nie mam nawet żalu do siebie. Po prostu była to kolejna cegiełka, która doprowadziła mnie do zauważenia kosztów, wyciągnięcia wniosków i zmiany podejścia.

 

Porzucenie modelu influencerskiego

 

Ale nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka Dlatego kolejnym ważnym krokiem było stworzenie sobie innego modelu zarabiania niż zarabianie na reklamach – które w 99% przypadków wiąże się z koniecznością ciągłego nakręcania zasiegów, bo to na nich opierają się wyceny. I mocno wpycha w kierunek „cześć kochani, opowiem Wam co tam u mnie słychać, a potem to zmonetyzuję”.

Z perspektywy czasu uważam ten model, zwłaszcza jeśli to czyjeś główne źródło zarobku, za coś co nie może się na dłuższą metę udać. Na tyle, na ile poznałam ten biznes, nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł tak działać przez lata i być zadowolonym z siebie i spełnionym w pracy. A właściwie nie wyobrażam sobie, że miałabym to być ja. Wiem, że ludzie mają różnie, ale już pomijając różne nadużycia i toksyczne praktyki w branży, to robienie zdjęć hipsterskiej herbaty i przemycanie jej w contencie szybko zaczęło mi się wydawać nudne i mało rozwijające, plus nie miałam poczucia że moja praca ma wartość. A to dla mnie bardzo ważne.

No i najważniejsze – funkcjonowanie w takiej pozornej bliskości z tysiącami ludzi i monetyzowanie jej na maksa wpływa na nasz stan psychiczno-emocjonalny. Nie znam twórców, którzy nie mierzyliby się po kilku latach z kryzysami, wypaleniami i poczuciem pustki. Nie jest to wina wyłącznie złej higieny pracy (która w tej branży prawie zawsze występuje, bo wszystko się miesza) czy błędnych decyzji, ale po prostu wynika z charakteru tego modelu. A że moimi top wartościami są spokój i rozwijanie się kreatywnie, to doszłam w końcu do wniosku że ścieżka influencerska nie zaprowadzi mnie tam, gdzie bym chciała dojść.

Wciąż jednak chciałam działać w internecie. Bardzo sobie cenię związane z tym wolność, kreatywność, możliwość szybkiego zebrania feedbacku, poznawanie ciekawych ludzi, którzy robią ciekawe rzeczy. Dobrze się odnajduję w tworzeniu i mam kilka tematów, które bardzo lubię zgłębiać. Na przestrzeni lat testowałam więc różne modele. Miałam swoją markę szyjącą piżamy i kurs online na podstawie tego, czego się przy niej nauczyłam. A w końcu znalazłam to, w czym obecnie najlepiej się odnajduję – pisanie książek.

W efekcie zupełnie zrezygowalam z jakichkolwiek współprac reklamowych i jestem z tej decyzji bardzo zadowolona. Żyje mi się po prostu lepiej. Nie zużywam energii na zastanawianie się nad propozycjami agencji czy marek, bo z automatu mówię „nie”. W efekcie prawie się już nie pojawiają.

Nie uważam że reklamy są z gruntu złe. Totalnie sobie wyobrażam, że tworzę sezon podcastu o social mediach i, by pokryć koszty odcinka, wchodzę we współpracę na przykład z aplikacją do audiobooków, która często się w podcastach reklamuje. I po prostu puszczam na początku odcinka ich jasno oznaczoną promocję. Chętnie polecam książki w newsletterze czy na stories i w teorii mogłabym wejść we współpracę z wydawnictwem – choć w praktyce zwykle nie mam ochoty tego robić. Ale absolutnie nie chciałabym wracać do modelu w którym wplatam reklamę choćby najbardziej eko kremu w swoje wakacje i martwię się, że jak długo nic nie wrzucę, to spadną mi zasięgi.

Zresztą nie chodzi tu stricte o reklamy czy brak reklam. Zarabianie tylko na reklamach praktycznie wymusza model influencerski, ale brak zarabiania na reklamach go nie wyklucza. Można mieć swoje produkty i nadal być emocjonalnie uwikłanym w instagramową prywatę. Ale to już temat z kategorii „nisza niszy” i chętnie go poruszę innym razem, dla zainteresowanych osób. Dla mnie rezygnacja z modelu reklamowego była ważnym krokiem w tym procesie, ale rozumiem, że te drogi mogą wyglądać różnie.

 

Odklejenie się od social mediów

 

Skoro nie jestem influencerką, to nie zależy mi na zasięgach i popularności. Zależy mi na dotarciu do osób, które są zainteresowane tematami, które poruszam – wypisywaniem się z kołowrotka konsumpcjonizmu i social mediów. A ponieważ nie mam pośredników, to wcale nie musi być tych osób aż tak bardzo dużo.

Dlatego ciągłe nawalanie prywatą w social mediach nie jest ani jedyną, ani często najbardziej efektywną drogą, żeby ten cel osiągnąć. Można wysyłać newsletter do osób zainteresowanych tematem i podesłać im ofertę płatnych treści. Osoby, które będą zainteresowane, kupią naszą książkę/kurs/cokolwiek innego. To model, który z powodzeniem stosował na przykład Michał Szafrański.

Mamy wtedy dużo większą szansę traktować naszą pracę jak pracę i zadbać o to, żeby nie wlewała się nam w każdy zakamarek prywatnego życia. Możemy ten newsletter napisać w Wordzie, w kawiarni, z odłączonym internetem, a potem w dwadzieścia minut go sfortmatować w programie do mailingu i wysłać.

Za to robienie na przykład Instagram Stories ma dużo większy potencjał „wciągający”. Kusi sprawdzenie, jak tam lajki, czujemy się w obowiązku odpowiedzieć na komentarze i wiadomości, a im więcej czasu spędzamy w aplikacji, tym większa szansa że zaraz nas wciągnie scrollowanko – bo tak zaprojektowane są social media. Ostatnio zwiększyłam aktywność na Instagramie, bo mam dużo do opowiedzenia o nowej książce, i bardzo szybko zauważyłam, że jak nie uszczelnię na powrót swoich granic i rutynek, to scrollowanko zaraz wleje mi się w poranki i popołudnia. Przy publikacji artykułów nie muszę się tak pilnować. Piszę, wysyłam, zamykam laptopa.

Działa to zresztą w dwie strony. Jeśli wysyłamy newsletter czy publikujemy posty na stronie, to nasi odbiorcy też nie muszą czatować w social mediach, żeby nie przegapić stories. Może się wydawać że trudniej do nich w ten sposób dotrzeć ale moim zdaniem można się dobrze w tej niszy odnaleźć. Musimy tylko dobrze się zastanowić, do kogo kierujemy nasze treści i pamiętać, że nie zadowolimy wszystkich i nie jest to naszym celem.

 

Model influencerski ryje banię wszystkim po równo

 

O negatywnym wpływie wyidealizowanego obrazu influencerów na odbiorców mówi się już sporo. I bardzo dobrze! Ale rzadko kiedy mam okazję zobaczyć rozmowę o drugiej stronie – jak to wpływa na samych twórców. A obecnie to często naprawdę młodzi ludzie czy wręcz dzieci. Często w ogóle nie decydują się na taką „ścieżkę kariery” samodzielnie. Bywa, że angażują ich do tej roli przez rodzice, na przykład prowadzących „rodzinne kanały” na Youtube.

Bycie influencerem ma swoje oczywiste benefity. Inaczej nikt by się na to nie decydował i dzieci nie wpisywałyby „Youtuber” w rubryczce z wymarzonym zawodem. Często przynosi szybkie pieniądze, rozpoznawalność, karmi nasz narcystyczny kawałek (czy to jest benefit – kwestia dyskusyjna, ale na pewno jest kuszące). Na krótką metę wszystko wydaje się super.

Ale są też nieoczywiste koszty i ma je nawet rozpoznawalność w skali mikro. Każde „bycie na świeczniku” obciąża. Wszyscy kojarzymy pewnie stereotyp dziecięcych gwiazdy Hollywoodu, które nierzadko mierzą się w dorosłym życiu z poczuciem pustki, wyobcowania, z uzależnieniami. Ich życie jest dalekie od spełnionego i spokojnego, a do tego jeszcze pewnie wbijają sobie, że przecież mają wszystko i powinni być szczęśliwi.

No to w Internecie bywa podobnie, z tym że wszystko dzieje się na mniejszą skalę, ale za to dużo bardziej „instant”. Odkąd wjechały formaty takie jak Instagram Stories, a ludzie wrzucają tam kawałki swojej codzienności, każda nasza decyzja może zostać oceniona przez tysiące ludzi. Od wyboru jogurtu po wybór drogi życiowej.

I pewnie, że nikt nam nie każe tego jogurtu wrzucać. Właśnie o tym jest ten post! Chcę pokazać, że mimo że drogą influencerska wydaje się tą domyślną i oczywistą, jeśli chcemy coś tworzyć i dzielić się tym w Internecie, to nie jest jedyną. Tylko mało się o tym mówi i alternatywy są mało widoczne, bo influencerstwo widać bardziej i głośniej.

Często słyszę argument „jeśli wrzucasz coś do Internetu, to musisz liczyć się z oceną”, zwykle pisany jako usprawiedliwienie jakiegoś wylewu frustracji. I tak właściwie to zgadzam się z nim w 100%. Oceny na pewno będą. Wiele z nich będzie miłych, wiele złośliwych, trochę zasadnie krytycznych – pełen miks, jak to w internecie.

Ale to, czego nie bierzemy pod uwagę, to jak te oceny na nas wpływają. Nawet jak się nam wydaje, że „spływa po nas jak po kaczce”. Bo bycie influencerem to nic innego jak próba albo przypodobania się dużej liczbie osób, albo wywowałania w nich silnych emocji, żeby potem ten emocjonalny kapitał zmonetyzować. To takie życie żeby babcia była zadowolona, tylko tych babci są setki tysięcy i mają instagram. Bardzo ciężko to rozdzielić od tego kim się jest prywatnie, bo albo się to człowiekowi wszystko zlewa, albo czuje się jak hipokryta, który pokazuje w sieci jedno, a robi drugie. A żadna z tych opcji nie jest dla naszej psychiki zdrowa.

W mojej nowej książce Ekonomia uwagi wypowiedziała się Monika Ciesielska z Dr.Lifestyle i zwróciła uwagę na bardzo ważną rzecz. Całkiem sporo mówi się o tym, jak wpływają na nas negatywne oceny w Internecie. Ale mało kto zwraca uwagę na to, że te pozytywne też nie są bez wpływu. Człowiek jakoś z automatu stara się potem robić więcej tego „co się podoba” i ani się nie obejrzy, a nie wie już co robi, bo lubi sam, a co robi bo lubi to Instagram. I kim właściwie jest bez swojej internetowej persony – bo skoro to tylko praca, to dlaczego tak trudno sobie wyobrazić jej zmianę?

Nie piszę tego dlatego, że oczekuję że wszyscy będą ubolewać nad trudnym losem influencerów. To zupełnie nie jest moją intencją i sama nad nim nie ubolewam.

 

Zdrowsza dla wszystkich alternatywa

 

Celem mojego tekstu jest pokazanie, że pokazywanie swojego życia w internecie ma koszty. Można zdecydować się je ponosić, ale można też wybrać inaczej. I wcale nie wyklucza to tworzenia czy zarabiania w Internecie.

Nie jest to też opcja wszystko albo nic – albo we łzach opowiadam o kłótni z teściową, albo nie pokazuję twarzy i działam pod pseudonimem. Ale warto się naprawdę dobrze zastanowić, jaka jest nasza intencja w pokazaniu danej rzeczy, co chcemy tym osiągnąć. Bardzo łatwo jest się w tym zaplątać. Dlatego warto sobie ustalić jasne zasady co pokazujemy, a czego nie, przegadać je z kimś kompetentnym, spisać na kartce i trzymać się ich. Uwaga – robimy to dla siebie, nikogo nie oceniam i uważam że każdy może wrzucać co chce (w granicach odpowiedzialności). Ale każdy wybór ma konsekwencje, a dojrzałość polega na braniu odpowiedzialności za swoje wybory.

Szczególnie tricky robi się, jak robimy w Internecie coś zarobkowego. Bardzo łatwo usprawiedliwić wtedy formułką „ale to dobra biznesu” nie tylko godziny niepotrzebnego scrollowania, ale też nieprzemyślane dzielenie się prywatą „bo Instagram lubi autentyczność i trochę dramy”. Oczywiście świat się od tego nie zawali. Nawet jak wrzucimy coś głupiego to Internet prędzej czy później zapomni, albo my możemy wybaczyć sobie błąd i pójść dalej. Chodzi mi tylko o to, jaki to ma długofalowy wpływ na nas i na nasza psychikę – i czy chcemy to sobie robić. Bo to bardzo wciągająca ścieżka i ten emocjonalny roller coster trzyma mocno. Trochę jak w toksycznym związku. I jak w toksycznym związku, zamiast narzekać na drugą stronę, lepiej zastanówmy się jak my się w tym znaleźliśmy i dlaczego nadal w tym tkwimy.

To gruby temat i chętnie kiedyś napiszę więcej o tym, jak staram się rozdzielać u siebie to, czym się dzielę, a czym nie. Tym bardziej, że sama bardzo lubię czytać treści które są prawdziwe, autentyczne, płynące z wnętrza – czy to w formie bezpośredniej czy przerobione na fikcję. Ale wierzę, że jest różnica między podzieleniem się czymś intencjonalnie i w przemyślany sposób, w konkretnym celu, a kompulsywnym „muszę to wrzucić na insta, żeby zasilić się atencją tłumu/wyregulować emocje/rozładować napięcie dramą/zrobić z siebie ofiarę”. Nie jestem oczywiście żadnym guru w tym temacie – chyba nikt nie jest – ale mam poczucie, że idzie mi zdecydowanie lepiej niż kiedyś i chętnie wymienię doświadczenia.

Dziś chciałabym Cię zostawić z myślą, że jeśli robisz albo planujesz coś robić w Internecie, ale zniechęca Cię aspekt odsłaniania się w sieci, to po pierwsze: słusznie, że Cię zniechęca, to grząski grunt i obusieczny miecz. A po drugie: uważam że dzielenie się prywatą nie jest jedynym dostępnym modelem. Jest za to zdecydowanie najmocniej widocznym, więc często można uwierzyć że jedynym.

Moja nowa książka jest już dostępna do zamówienia w przedsprzedaży! 

Możesz ją kupić tutaj.

Dzięki za lekturę!

Jeśli nie chcesz przegapić moich nowych artykułów, odcinków podcastu czy książek, zostaw swój adres e-mail:

14 thoughts on “Dlaczego już nie pokazuję swojego życia w social mediach?”

  1. Przy Twoim powrocie na instagram zwraca mocno uwagę fakt, że jakoś Ci umknęło, że należy oznaczać autoreklamę. Nie wiem czy wiesz, ale należy to robić.
    Życzę sukcesów związanych z kolejną książką.

    1. Dzięki! A autoreklama – oznaczam zgodnie z wytycznymi #markawłasna, możliwe że na jakimś stories mi umknęło bo to rzeczywiście nowość i wierzę że mogłam gdzieś zapomnieć. Ale nie było to celowe :)

  2. „Dlatego kolejnym ważnym krokiem było stworzenie sobie innego modelu zarabiania niż zarabianie na reklamach – które w 99% przypadków wiąże się z koniecznością ciągłego nakręcania zasiegów, bo to na nich opierają się wyceny. I mocno wpycha w kierunek „cześć kochani, opowiem Wam co tam u mnie słychać, a potem to zmonetyzuję”.”

    Ale właściwie wciąż to robisz tylko z mniejszą częstotliwością. Chociaż uważam, że taki sposób prowadzenia sprzedaży jest jeszcze gorszy, bo obserwatorzy są ważni tylko, gdy można im coś sprzedać.

    1. Ja widzę dużą różnicę między modelem influencerskim, a oferowaniem własnych np książek i wytłumaczyłam to w poście. Ale rozumiem że ktoś może uważać inaczej. Ogólnie to ciekawy case jak wiele osób na to patrzy i do czego nas social media przyzwyczaiły – dla mnie to właśnie element tego uwikłania. Nikt się nie dziwi jak pan sprzedający na targ przychodzi sprzedawać jajka jak ma jajka. Planuję napisać o tym newsletter i pewnie wrzucę go później na bloga :)

      1. Wybacz, ale to jest tak tani chwyt retoryczny, że trochę mnie zażenowała ta odpowiedź.
        Czytałaś „Cyfrowy minimalizm” Cala Newporta?

        1. Nic już chyba więcej nie mogę powiedzieć – wyjaśniłam swoje stanowisko w poście, wyjaśniłam w komentarzu, uważasz inaczej – spoko! Newporta – tak, uważam że to super książka, choć niektóre rozwiązania moim zdaniem niepraktyczne, ale w 100% zgadzam się z ideą intencjonalności i dużo go cytuję u siebie w książce.

          1. Generalnie uważam że się ze sobą zgadzamy – tak, pisanie książek to moja praca, tak promuję je w internecie, tak robię to przede wszystkim wtedy jak wychodzi nowa książka albo mam jakąś promocyjną okazję typu darmowa wysyłka. Jak ktoś ma ochotę czytać moje artykuły, to może, jak ktoś ma ochotę zgłębić temat w moim wydaniu, to może, kupując książkę, ale nie ma obowiązku. Więc jest dokładnie tak jak napisałaś i nie widzę tu żadnych chwytów, podstępów ani złych intencji – ja ich w każdym razie nie mam. Ale rozumiem, że są ludzie, którzy chcą oglądać w internecie życie innych ludzi, chcą czuć jakąś para-koleżeńską więź, chcą bieżącego kontaktu, ciągłych treści na dany temat itp. Ja doszłam do wniosku, że nie chcę w takim modelu działać, chętnie powiem co mam do powiedzenia w tematach, które mnie interesują, jak ktoś ma ochotę poczytać – zapraszam.

    2. Asia już tego nie robi – nie opowiada co u niej słychać, tylko po prostu sprzedaje swoje produkty na instagramie. Szczerze mówiąc nie potrafię zrozumieć co w tym takiego kontrowersyjnego. Rozumiem za to niechęć do pokazywania prywatnego życia na insta i podziwiam konsekwencję we wcielaniu w życie tego, o czym pisze od lat. :)

  3. Ja powiem tak- od dobrych kilku kat prowadzę swoją markę, sprzedaje kursy online i prowadzę konsultacje. Marka się rozrosła do 40 tys obserwujących i oś samiutkiego początku miałam zasadę, ze zadnej prywaty i tak jest do teraz. Szczerze, to przez te wszystkie lata zastanawiałam się co ludźmi kieruje żeby sie tak upubliczniać? Jakby nie wierzyli ze można robić biznes online bez prywaty ? To są tez triki marketingowe, uczone przeć specow teoretyków: „pokaz swoją codzienność” – bzdury. Trzeba mieć dobry kontakt z intuicja i jej słychać. Ona powie co najwłaściwsze. Moja od samego początku mówiła-.udaj sobie i jesli nie chcesz pokazywać codzienności to nie pokazujesz. Kropka. Pozdrawiam serdecznie. Fanka Twoich książek ;)

    1. Super ! Mnie osobiście, jako odbiorcę, zawsze irytowało dlaczego ktoś kogo czytam / obserwuję itp. ze względu na treści merytoryczne np. język obcy, kuktura etc. nagle zaczyna zarzucać i de facto obciążać mnie informacjami o swoich ciążach / problemach zdrowotnych / zwierzętach etc (piszę o swoich odczuciach, nie że twórcy nie wolno :)). W sensie fajnie, pooglądać innych spoko, tylko…. Na koniec wciągało mnie za bardzo (instagram stories to jest dla mnie czarna dziura, którą łatwo wpaść) i musiałam robić sobie długie wakacje od sc. Bo ja, osobiście, owszem lubię poobserwować też sympatyczne kanały lajfstajlowe. Ale musi być to intencjonalne (z mojej strony), inaczej zaczynam się w swojej rzeczywistości gorzej czuć. Asię czytałam b. długo na blogu. Na insta chyba przy okazji remontu domu. Ale czytałam ją dla jej przemyśleń o szafie, minimalizmie etc. Remont był fajnym dodatkiem, ale dlatego że takie tematy uwielbiam. W ogóle wolę teksty na blogach, bo wtedy mogę zdecydować, kiedy poświęcę na nie czas i uwagę. Pozdrawiam!

  4. Pola- Odpoczywalnia

    Prowadzę sobie hobbistycznie bloga już od wielu lat i tez wpadam w pułapkę „więź z czytelnikami, powinnam więcej wrzucać na insta”. Jestem też mamą trójki dzieci, w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, jeszcze z internetu nie korzystają, i chcę żeby nie korzystali jak najdłużej. Wracałam do tego tekstu kilka razy, gdy dostałam go w newsletterze. I powiem Ci, że bardzo czekam na tego ebooka, wierzę że dużo mi poukłada, otwierasz oczy i motywujesz do zmian, dziękuję!

  5. Hej, nie wiem czy tylko ja czy więcej osób ale ta czcionka , w ogóle ta strona Twoja jest beznadziejna. Bardzo lubię Cię czytać, a tekst czyta się bardzo ciężko, zero przejrzystości, dochodzę do wniosku, że ta czcionka jest nie odpowiednia(rozprasza i męczy). Czy dałoby się coś z tym zrobić?A kolejną sprawą odkąd zbierasz maile pod komentarzami, to trochę takie nie w porządku… I co z mailami robisz? Przechowujesz? W jakim celu???

    1. Hej Aga! Dzięki za cynk z fontem, pokminię. Jakiej przeglądarki używasz? A z mailami – to funkcja WordPressa na którym stoi i zawsze stał blog, nic z nimi nie robię, sprawdzę w ogóle czy to się da zrobić opcjonalne.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.