Archiwa tagu: Islandia

Islandia: The Skyr Trip, część 2

Ten post to kontynuacja pierwszej części mojej relacji z Islandii- musiałam podzielić ją na dwie części, bo ledwo mieści się na stronie. Próbowałam jakoś się ograniczać, ale każda owca wydawała mi się istotna dla całości opowieści i wyszło, jak widać, czyli długo.

|DZIEŃ CZWARTY, WTOREK, SKYR JAGODOWY|

Po powrocie z Tortugi śpimy w Steig- gospodarstwie niedaleko Viku. Właścicielka poza prowadzeniem hotelu zajmuje się też dzierganiem islandzkich sweterków dla małych piesków, po recepcji pląta się więc kilku modeli.

 

Jest też pies pasterski, który chyba minął się z powołaniem, bo całymi dniami przesiaduje w doniczce pod oknem i tęsknie spogląda na mierzące sweterki chihuahuy. Jednak kiedy już zbierze się do zaganiania owiec, wychodzi mu to naprawdę dobrze- pierwszy raz coś takiego widziałam, niesamowity widok. Nigdy bym się nie spodziewała, że owce tak szybko biegają!

 

 

Przy wyjeździe z gospodarstwa mamy bliskie spotkanie z owcą. Udaje nam się wygrać pojedynek spojrzeń i jedziemy dalej.


Po drodze mijamy naprawdę piękną plażę, jednak ze względu na sztormowy wiatr, który prawie zwiewa nas z klifu, dość szybko ruszamy dalej.

 

 


Tego dnia chcieliśmy zobaczyć park narodowy Skaftafell z ogromnym lodowcem Vatnajokull oraz Jokusarlon, największą lagunę lodowcową na Islandii, jednak ulewny deszcz zmusza nas do zmiany planów. Na lodowiec rzucamy tylko okiem, lagunę oglądamy właściwie z samochodu i decydujemy pojechać do miasteczka Hofn, najbardziej wysuniętego na wschód punktu naszej podróży i tam przeczekać koszmarną pogodę, a do parku wrócić następnego dnia. Jak się okazuje, w Hofn nie ma zupełnie nic (przynajmniej nic, co byłoby rozrywką po dachem), zresztą większość dnia zajęła nam jazda samochodem, wieczór spędzamy więc w lokalnym barze, jedząc kanapki z homarem i śledząc najnowsze trendy trollowej mody.

 

 

|DZIEŃ PIĄTY, ŚRODA, SKYR BRZOSKWINIOWO-MORELOWY|

Tą samą drogą, którą jechaliśmy wczoraj, wracamy do laguny lodowcowej i tym razem zatrzymujemy się na dłużej. To że wracamy tą samą drogą nie jest specjalnie zaskakujące, biorąc pod uwagę że na Islandii jest właściwie tylko jedna droga. Oczywiście, istnieje wiele mniejszych dróżek, zwłaszcza w okolicach Reykjaviku, niektóre asfaltowe, inne szutrowe, ale tak naprawdę jedyna droga z prawdziwego zdarzenia to trasa nr 1, która obiega całą wyspę dookoła.Laguna Jokulsarlon może wydawać Wam się znajoma, jeżeli jesteście fanami Bonda i oglądaliście “Śmierć nadejdzie jutro” albo “Zabójczy widok” albo widzieliście Tomb Raidera czy Batman Begins. Wszystkie te filmy miały sceny kręcone właśnie w tej części Islandii- Jokulsarlon to chyba najbardziej dostępny “arktyczny” krajobraz, stąd jego popularność w  przemyśle filmowym. Niepozorne jeziorko ma aż 200 metrów głębokości, a dryfujące w nim ogromne odłamki lodu robią niesamowite wrażenie.

 

 

 

Krążąc po okolicy odkrywamy też misia na moście- bez głowy, za to w wózkiem zakupowym.

Ruszamy w stronę parku narodowego, ale po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy wyłażącym prawie na drogę jęzorem lodowca Vatnajokull. To drugi największy lodowiec w Europie ( i trzeci na świecie) i jest tak samo groźny, jak wygląda- tuż przy granicy lodu natykamy się na tabliczkę upamiętniającą dwójkę niemieckich turystów, którzy w zeszłym roku wybrali się obejrzeć lodowiec z bliska i nigdy nie wrócili- prawdopodobnie wpadli w którąś z licznych szczelin. Na ostatnim zdjęciu glaciermobil, czyli pojazd do jeżdżenia po lodzie.

 

 

Stamtąd jedziemy prostu do parku Skaftafell, jednego z piękniejszych miejsc na Islandii. Jest pełen wzgórz, rzek i wodospadów, spędzamy tu kilka godzin, leniuchując na trawie i spacerując. Tak jak wcześniej pisałam, na Islandii prawie nie ma drzew- większość wycięli Wikingowie, resztę zjadły owce. W ostatnich latach na Islandii powstała jednak oddolna inicjatywa zalesiania wyspy i przy wielu gospodarstwach można zobaczyć malutkie zagajniki z niesamowicie gęsto posadzonymi drzewami- czasem tak gęsto, że zastanawiałam się czy ten kto je sadził, kiedykolwiek widział w ogóle las. I to właśnie w Skaftafell znajduje się najwyższe drzewo Islandii, która ma, uwaga uwaga, 14 metrów wysokości.

 

 

Już prawie wychodząc z parku, trafiamy do zupełnie pustej chatki-skansenu i spędzamy sporo czasu, próbując kępkami trawy przekonać konie, żeby odpowiednio ustawiły się do zdjęcia (nie od dziś wiadomo, że trawa zza płotu jest dużo lepsza niż ta na pastwisku)

 

 

 

Po drodze do hotelu mijamy jeszcze kilka stad owiec- to niesamowite że one zawsze, ale to zawsze patrzą w obiektyw. Kolejne zdjęcie naszego maleńkiego Hyundaia pośrodku kompletnej pustki dobrze oddaje klimat i charakter tego południowego odcinka Islandii.

 

|DZIEŃ SZÓSTY, CZWARTEK, SKYR BRZOSKWINIOWY| 

Cywilizacja! W czwartek kierujemy się już do Reykjaviku, stolicy Islandii, mijając pod drodze kilka uroczych nadmorskich miasteczek. Przejeżdżamy także koło więzienia, co przypomina nam że Islandia, choć trudno w to uwierzyć, to państwo jak każde inne i takie instytucje jak zakład karny też w nim funkcjonują.

 

 

Kiedy już nam się wydaje że jesteśmy jedną nogą w Reykjaviku i udało nam się wyjść z wszystkich spotkań z islandzką naturą bez szwanku, pojawia się ONA- owca ostrzegawcza.

Lekkomyślnie ją ignorujemy, a ona znika, lecz dość szybko wraca. W gronie koleżanek. Napięcie rosło jak w dobrym horrorze…

 

 


Pędzące prosto na samochód stado owiec to naprawdę dość poważna sprawa, chociaż nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Stado zatrzymuje się dosłownie w ostatnim momencie, przez chwilę patrzymy na siebie nawzajem (wzrok islandzkich owiec będzie śnił mi się po nocach), a potem owce nagle odwracają się i w panice uciekają. Zdecydowanie niecodzienne doświadczenie.


Dojeżdżamy do Reykjaviku, jednak nadchodzi sztorm i robi się prawie zupełnie ciemno- nie powstrzymuje nas to przed zwiedzaniem miasta (idziemy m.in. do świetnego muzeum Wikingów), ale nie robię już tego dnia więcej zdjęć.

|DZIEŃ SIÓDMY, PIĄTEK, SKYR NATURALNY|

Aż trudno uwierzyć że dopiero w ostatnim dniu wyprawy poznaję prawdziwy smak skyru. W wersji naturalnej jest naprawdę doskonały i może się z nim równać tylko wersja czekoladowo-bananowa. Piątkowe zdjęcie “skyr of the day” robione było w wyjątkowo trudnych warunkach- co prawda deszcz skończył padać w nocy, ale sztormowy wiatr pozostał. 7 w skali Beauforta zdecydowanie wystarczy, żeby zwiać komuś skyr z łyżeczki.

Reykjavik! Najbardziej wysunięta na północ stolica świata i zdecydowanie najbardziej kameralna stolica w jakiej  byłam. Mieszka tam około 100 tysięcy mieszkańców i panuje atmosfera niewielkiego miasteczka, chociaż nie można powiedzieć żeby Reykjavik był prowincjonalny. Miasto jest pełne kontrastów, tuż przy porcie stoją szklane wieżowce, a w samej marinie często pluskają się wieloryby- podobno, my odwiedziliśmy Islandię zbyt późną jesienią, by mieć jeszcze szansę je zobaczyć.Uliczki pełne kolorowych domków są przeurocze, wszędzie apetycznie pachnie jedzeniem, a na samym środku miasta, w ścisłym centrum, ni stąd ni zowąd znajduje się całkiem spory plac, po którym spokojnie pływają sobie kaczki, łabędzie i dużo innych ptaków. Mimo że zupełnie nie wyobrażam sobie mieszkania tutaj, Reykjavik bardzo mi się podoba- myślę że najlepsze słowo, którym można go opisać to “przytulny”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Szybki obiad jemy w polecanym na Lonely Planet barze Burger Joint. Burgery są pyszne, ale jeszcze bardziej zachwycił  mnie wystrój wnętrza i książki, które umazane ketchupem były rozrzucone tu i tam po całej knajpie. Jest  i akcent patriotyczny, czyli uwielbiane przez Islandczyków Prince Polo.

 

 

 

 


Odkrywamy też rewelacyjny antykwariat. Wygląda jakby ktoś do ciasnego pomieszczenia wysypał parę ciężarówek książek, książki leżą wszędzie- na półkach, krzesłach, na podłodze, w kartonach, wszędzie! Większość przejść między półkami też jest nimi zasypana. Poza pięknie oprawionymi sagami wikingów i bogatym zbiorem książek telefonicznych z różnych części świata (nie bardzo mogę sobie wyobrazić kto na Islandii może potrzebować belgijskiej książki telefonicznej sprzed siedmiu lat), jest też sporo książek napisanych w języku angielskim. Za nic mam ograniczenia bagaży islandzkich linii lotniczych i wychodzę z ilustrowaną kroniką 1954 roku, pięknie wydaną Anią z Zielonego Wzgórza, książką o D Day z dedykacją napisaną odręcznie w 1946 roku i komiksem Star Wars z lat 70.

 

 

 


No i w końcu jakiś fragment bardziej powiązany z tematyką bloga- ubrania w Reykjaviku. Mimo braku czasu nie mogę sobie odmówić rundki po sklepach przy głównej ulicy. Mój pierwszy przystanek to Kron, projektancki duet o którym pisała kilkakrotnie Susie Bubble i to u niej pierwszy raz o nich usłyszałam (przeczytałam?). Robią niesamowite buty, większość jest bardzo kolorowa, jednak mnie najbardziej spodobały się bordowe botki z kieliszkowym obcasem.Pozostałe sklepy też robią na mnie dobre wrażenie- w kilku multibrandowych butikach jest spory wybór ubrań American Apparel, butów Jeffreya Campbella, no i są przede wszystkim sklepy poświęcone wyłącznie islandzkim projektantom. Rewelacyjne jest na przykład patchworkowe body Arny Sigrun. Nie miałam za bardzo czasu nic przymierzyć, ale spodobała mi się szeroka gama kolorystyczna (zostałam wielką fanką koloru liliowego, którego wcześniej nie znosiłam) i nietypowe zestawienia kolorów- tęczowe rajstopy to zdecydowanie hit!Godne wspomnienia są też islandzkie vintage shopy- bardzo dobrze zaopatrzone, wiszą w nich na przykład całe rzędy różnokolorowych spódnic maxi, levisy we wszystkich kolorach świata czy dziesiątki wariacji na temat klasycznego trencza. Zakochałam się też w ciężkich, inkrustowanych koralikami i cekinami sukienkach a’la lata dwudzieste, ale najpiękniejszą rzeczą, jaką widziałam, była sukienka o balenciagowym kroju, wykonana z bogatego, drukowanego w kwiaty materiału. Ryzykując mandat za parkowanie, rzuciłam się ja przymierzać, niestety okazało się, że zupełnie na mnie nie pasuje.

 

 

 

 

 

 

 

 


Ostatni dzień w Reykjaviku wykorzystujemy tak intensywnie, a wieczorem musimy już zbierać się w okolice lotniska w Keflaviku. Bardzo islandzka jest jeszcze rozmowa telefoniczna z wypożyczalnią samochodów (“samochód? jaki samochód? Aaa, to zostawcie go gdzieś przy lotnisku albo w okolicy, kluczyki wrzućcie do schowka”), ale później już ostatecznie żegnamy się z Islandią. A ona odpowiada nam pojawiającą się nagle podwójną teczą (double rainbow!).

Jeżeli tylko będziecie mieli okazję pojechać na Islandię, jedźcie! Nie jest tam wcale tak zimno jak sugeruje nazwa. Wyspę opływa cie latem temperatury dochodzą do dwudziestu kilku stopni, zimy są łagodniejsze niż w Polsce. Jak tylko mi się uda, na pewno wybiorę się na Islandię jeszcze przynajmniej raz- została mi do zobaczenia cała północna część. Dzięki że przez to wszystko przebrnęliście!

Islandia: The Skyr Trip, część 1

Po pierwsze, ostrzegam- post zawiera około miliona zdjęć. Wszystkie z Islandii. Brak też wymyślnych stylizacji- podczas pakowania miałam tylko dwa cele: a) żeby było mi ciepło i b) żeby było mi wygodnie. Na Islandii pogoda zmienia się co kilka minut (naprawdę!), ale jedno jest pewne- pada, przed chwilą skończyło padać albo zaraz zacznie. W takich warunkach postanowiłam porzucić płaszcze i botki na rzecz sprawdzonej kurtki, w której zimą jeżdżę na nartach i mniej sprawdzonych, za to cudownie wygodnych Reeboków.Po drugie, wyjaśniam- tytułowy skyr to tradycyjny islandzki ser, który wcale jak ser nie smakuje, dla mnie stoi raczej na pograniczu jogurtu, twarożku i serka homogenizowanego. Jest przepyszny, występuje we wszystkich możliwych możliwych smakach i codziennie stanowił podstawę naszego drugiego śniadania- postanowiłam więc uhonorować go umieszczeniem w tytule wyprawy.


Pozwolę sobie też hurtowo odpowiedzieć na wszystkie pytania z gatunku organizacyjnych- na Islandię lecieliśmy z Londynu, a wracaliśmy przez Oslo, w obie strony liniami Iceland Express. Spaliśmy w hotelach, które po szczytowym turystycznym sezonie są dość tanie i najłatwiej jest je znaleźć przez strony typu booking.com.

| DZIEŃ PIERWSZY, SOBOTA, SKYR WANILIOWY|

Po nocnym przylocie z Londynu odbieramy wypożyczony samochód (bez niego po Islandii nie da się poruszać- nie ma tam linii kolejowych, autobusy podobno są, ale ja przez tydzień poza Reykjavikiem nie widziałam żadnego), a o poranku zaczynamy odkrywanie Islandii od półwyspu Reykjanes. Pierwszym przystankiem jest Keflavik, dość duże jak na Islandię miasto (dość duże jak na Islandię oznacza 9000 mieszkańców- na całej wyspie mieszka tyle osób, co w moim rodzinnym mieście, czyli około 300 tys.), w którym przez pięćdziesiąt lat istniała baza wojskowa NATO i stacjonowali w niej amerykańscy żołnierze. Wpływy z USA są tu bardzo widoczne, są na przykład amerykańskie sieciówki jak Subway czy Taco Bell. Jednak prawdziwym hitem jest sklep spożywczy- można zjeść w nim obiad, samodzielnie skomponowany ze świeżych składników, zaopatrzyć się w wełnę w każdym możliwym kolorze, kupić polskie Prince-Polo (zaraz obok lukrecji ulubione słodycze Islandczyków, Prince Polo na Islandii można znaleźć wszędzie, istnieje nawet zespół o takiej nazwie- ostatnio mieli trasę koncertową po Polsce) albo podkowy dla konia. Nie dało się mnie stamtąd wyciągnąć, jednak mój entuzjazm nieco przygasł, kiedy odkryłam że 3/4 islandzkich słodyczy zawiera w sobie lukrecję- te okropne czarne zawijańce, które zawsze zostają na dnie paczki żelków, bo nikt ich nie chce zjeść.

 

 


Ruszamy dalej i zatrzymujemy się w małym porcie, by obejrzeć gigantyczne czarne mewy i zupełnie przypadkiem odkrywamy jaskinię trolla.

 

 

 


Nie dajemy się skusić błotnej kąpieli i mijając kilka miniaturowych kościołów, docieramy do latarni morskiej. Krajobraz robi się coraz bardziej księżycowy- nie chodzi nawet o to, że nie ma drzew (na Islandii drzewa prawie nie rosną- wspomnę o tym jeszcze później), ale że zamiast ziemi czy piasku są pokłady zaschniętej lawy wulkanicznej, porośniętej zielonym mchem (jedną z tradycyjnych islandzkich potraw jest owsianka z mchu- nie udało mi się jej spróbować, ale nie mogę powiedzieć żeby jakoś szczególnie tego żałowała).

 

 

 

 


Docieramy do słynnego Mid-point, miejsca w którym stykają się dwa kontynenty, europejski i amerykański. Brzmi to zdecydowanie bardziej spektakularnie niż wygląda, granica to po prostu niewielki rów, ale przynajmniej mogę powiedzieć sobie że trochę byłam w Ameryce, yeah! Postanawiamy uczcić to piknikiem, który był dość surrealistycznym doświadczeniem, biorąc pod uwagę okoliczności- kompletną pustkę, lodowaty wiatr i krążące nad nami mewy aka sępy islandzkie.

 

 

 


Półwysep Reykjanes to bardzo młode geologicznie miejsce, wszystko tutaj bulgocze, dymi i generalnie wygląda jakby miało za chwilę wybuchnąć. Zatrzymujemy się przy gorących źródłach i dopiero tam spotykamy pierwszych ludzi od czasu opuszczenia Keflaviku- autobus zagubionych niemieckich turystów.

 


Kiedy jesteśmy już całkiem przemoczeni od unoszącej się wszędzie pary, wracamy z powrotem nad morze i, ku naszemu zaskoczeniu, wreszcie wychodzi słońce. Ma doskonały timing, bo przed nami wyłaniają się dwa olbrzymie klify, jeden z nich wygląda dokładnie tak samo, jak Lwia Skała z Króla Lwa. W ogóle uważam, że gdyby ktoś chciał nakręcić Króla Lwa w wersji nieanimowanej, Islandia jest do tego idealnym miejscem (pomijając brak odpowiednich zwierząt).

 

 


Po zrobieniu trzech tysięcy zdjęć opuszczamy skały i po paru kilometrach zbaczamy z głównej drogi, by zobaczyć zabytkowy kościół. Okazuje się jednak, że drogowskaz był mocno nieaktualny, bo z kościoła została tablica informacyjna i kawałek białego płotu. Co więcej, ktoś przed nami też dał się nabrać.

 


Za to kawałek dalej odkrywamy kolejne pole bulgocących bajorek, a później dojeżdżamy do Blue Lagoon, według National Geographic “jedynego ścieku przemysłowego o światowej sławie”- laguna powstała jako efekt uboczny przy budowie elektrowni geotermalnej.

 


Tu prawdopodobnie mieszka Bjork:


Pojawiają się pierwsze owce! Odkąd usłyszałam, że na Islandii mieszka cztery razy więcej owiec niż ludzi, nie mogłam się ich doczekać. Potem zaczęły się pojawiać aż w nadmiarze, ale o tym później. Spotkaniem z owcami kończymy dzień i udajemy się do hotelu- nie bez problemów, okazuje się że w kraju, gdzie jest jedna droga, też można się zgubić.

 

| DZIEŃ DRUGI, NIEDZIELA, SKYR MORELOWO-TRUSKAWKOWY|

Zaczynamy od porządnego śniadania z obowiązkowym skyrem (i z sagą Wikingów w tle!) oraz próby przekonania hotelowych królików, żeby dały się pogłaskać, niestety bezskutecznej (chociaż królik na ostatnim zdjęciu wcale nie próbuje mnie pożreć, on po prostu się przeciąga).

 

 

 

 

Dzień postanawiamy poświęcić na zobaczenie tzw. Golden Circle, trzech najbardziej znanych turystycznych atrakcji Islandii. Najpierw jedziemy do Thingvellir, parku narodowego o historycznym znaczniu- kiedyś zbierał się tu islandzki parlament Althing, tutaj także ogłoszono niepodległość Republiki Islandii w 1944 roku (wcześniej Islandia była zależna od Danii, a jeszcze wcześniej od Norwegii). Przechodzimy długim wąwozem, oglądamy wodospad i krystalicznie czystą rzekę, jednak ulewny deszcze wygania nas z powrotem do samochodu, ruszamy więc w stronę Geysir, kolejnej atrakcji w naszym planie dnia.

 


Geysir to, jak sama nazwa wskazuje, obszar wyjątkowo obfitujący w gejzery- słowo “gejzer” powstało właśnie od nazwy islandzkiej miejscowości (skoro już jesteśmy przy słowach, to napisałam “miejscowość” z braku lepszego określenia, nie ma tam chyba ani jednego domu). Gejzery są faktycznie dość spektakularne (więcej zdjęć w moim poprzednim poście z Islandii), ale chyba jeszcze większe wrażenie robią na mnie japońscy turyści, wyczekujący godzinami na kolejne wybuchy gejzerów z ubranymi z aparatami w rękach. Najbardziej wytrwałe jednostki czatowały nawet przy największym, pięćdziesięciometrowym gejzerze, który nie wykazywał aktywności od 2005 roku.

 


Jedziemy dalej, ale po drodze mijamy jeszcze koszmarnie turystyczny sklep z wyrobami z wełny. Inna rzecz, że islandzkie wełniane swetry drogie są wszędzie- zawsze marzył mi się ciepły sweter we wzory, ale niekoniecznie chciałabym płacić za niego kilkaset złotych.

 

 


Po południu zaliczamy ostatnią atrakcję Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Wszystkie trzy miejsca były piękne, ale przeszkadzał mi ich turystyczny charakter i plątający się wszędzie ludzie z aparatami (nie żebym ja się nie plątała z aparatem)- poprzedniego dnia zdążyłam się już odzwyczaić od widoku człowieka.



Przed powrotem do hotelu mijamy jeszcze konie z grzywką, które udają wielbłądy. Postanawiamy też pojechać okrężną drogą, aby zobaczyć wulkan Hekla i okazuje się to być najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy na Islandii. Zatrzymujemy się w przypadkowym miejscu i po kilkunastominutowym spacerze uroczym wąwozem zza pagórka wyłania się najpiękniejszy widok jaki miałam okazję na Islandii zobaczyć- plątanina strumyków, miniaturowe wysepki, wodospady, a to wszystko na tle jesiennych wrzosów. Żeby  było śmieszniej, samego wulkanu nie zobaczyliśmy, bo była mgła.

 

 

 

Ostatnim, spontanicznym (jak większość), punktem programu są charakterystyczne dla regionu podświetlone szklarnie. Poza ogórkami i pomidorami na Islandii nie rosną prawie żadne warzywa, ani owoce, są więc importowane, a co za tym idzie- bardzo drogie. Snickersa kupimy taniej niż jabłko.


|DZIEŃ TRZECI, PONIEDZIAŁEK, SKYR CZEKOLADOWO-BANANOWY|

 

Ruszamy na wschód, jednak po drodze zatrzymujemy się na plaży, skąd roztacza się widok na wyspę o bardzo długiej nazwie, którą ochrzciliśmy roboczo Tortugą.

Kiedy okazje się że można na nią polecieć, ruszamy w poszukiwaniu lotniska- nasz plan był na tyle elastyczny, że właściwie nie był planem, jak najbardziej mogliśmy sobie więc pozwolić na nadprogramową wycieczkę na wyspę. Jednak miniaturowe lotnisko wygląda na opuszczone, a po awionetkach nie ma śladu- podejrzewam, że jest czynne tylko w lecie. Na kolejnych zdjęciach islandzka poczta i skansen- czasem miałam wrażenie, że na Islandii wszystko jest w wersji mikro.

 

 


Nie zniechęcamy się i wracamy na wybrzeże, gdzie po kilku minutach jazdy trafiamy na prom. Jako że wyspa jest malutka (chociaż ze swoimi 5000 mieszkańców stanowi jedno z większych skupisk ludzi na Islandii), samochód zostawiamy na brzegu i postanawiamy zwiedzić ją pieszo. Wita nas najpierw piękny widok skał u wejścia do portu, a chwilę później koszmarny zapach z portowej przetwórni ryb.

 


Schodzimy z pokładu i odkrywanie Tortugi zaczynamy od pola lawy, zastygłej po wybuchu wulkanu w 1973, który zniszczył część miasta. Pewnie zmiótłby całą wyspę, gdyby nie heroiczny wysiłek mieszkańców, którzy chłodzili płynną lawę wodą pompowaną z morza. Wybuchy wulkanów to tutaj całkiem powszednia sprawa- w 1963 r., za sprawą podwodnego wybuchu powstała wyspa Surtsey (na jej nazwę rozpisano konkurs wśród mieszkańców).Większość pola lawy jest ponownie zabudowana i płynnie łączy się z resztą miasta. Przechodzimy do “centrum” i jemy prosty obiad, składający się głównie z owoców morza, w restauracji z dość przerażającym menu, zawieszonym na dziobie wypchanego ptaka.

 

 

 

 


Ponieważ prom powrotny mamy dopiero wieczorem, a obeszliśmy już całą wyspę, postanawiamy wybrać się Muzeum Historii Naturalnej. Mieszkające tam ponure ryby są całkiem śmieszne, ale prawdziwym hitem jest mały, pingwinopodobny stwór, znaleziony na ulicy i odratowany przez dzieci z pobliskiej podstawówki (tak właściwie to na tej wyspie wszystko jest pobliskie). Do jednego z chłopców wyjątkowo się przywiązał i gdy ten tylko pojawi się w muzeum, ptak nie odstępuję go na krok. Miniaturowy pingwin człapiący za grubiutkim chłopcem w kasku rowerowym to jedna ze śmieszniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Po wizycie w muzeum wsiadamy na prom i opuszczamy Vesmannaeyar (bo tak naprawdę nazywają się te wyspy) i udajemy się do Viku, który jest naszą bazą wypadową na następny dzień.

 

 

 

 

Ilość zdjęć i tekstu w tym poście przekroczyły już wszelkie rozsądne normy, postanowiłam więc podzielić relację na dwie części. Ciąg dalszy nastąpi, wkrótce!