Islandia: The Skyr Trip, część 1

Po pierwsze, ostrzegam- post zawiera około miliona zdjęć. Wszystkie z Islandii. Brak też wymyślnych stylizacji- podczas pakowania miałam tylko dwa cele: a) żeby było mi ciepło i b) żeby było mi wygodnie. Na Islandii pogoda zmienia się co kilka minut (naprawdę!), ale jedno jest pewne- pada, przed chwilą skończyło padać albo zaraz zacznie. W takich warunkach postanowiłam porzucić płaszcze i botki na rzecz sprawdzonej kurtki, w której zimą jeżdżę na nartach i mniej sprawdzonych, za to cudownie wygodnych Reeboków.Po drugie, wyjaśniam- tytułowy skyr to tradycyjny islandzki ser, który wcale jak ser nie smakuje, dla mnie stoi raczej na pograniczu jogurtu, twarożku i serka homogenizowanego. Jest przepyszny, występuje we wszystkich możliwych możliwych smakach i codziennie stanowił podstawę naszego drugiego śniadania- postanowiłam więc uhonorować go umieszczeniem w tytule wyprawy.


Pozwolę sobie też hurtowo odpowiedzieć na wszystkie pytania z gatunku organizacyjnych- na Islandię lecieliśmy z Londynu, a wracaliśmy przez Oslo, w obie strony liniami Iceland Express. Spaliśmy w hotelach, które po szczytowym turystycznym sezonie są dość tanie i najłatwiej jest je znaleźć przez strony typu booking.com.

| DZIEŃ PIERWSZY, SOBOTA, SKYR WANILIOWY|

Po nocnym przylocie z Londynu odbieramy wypożyczony samochód (bez niego po Islandii nie da się poruszać- nie ma tam linii kolejowych, autobusy podobno są, ale ja przez tydzień poza Reykjavikiem nie widziałam żadnego), a o poranku zaczynamy odkrywanie Islandii od półwyspu Reykjanes. Pierwszym przystankiem jest Keflavik, dość duże jak na Islandię miasto (dość duże jak na Islandię oznacza 9000 mieszkańców- na całej wyspie mieszka tyle osób, co w moim rodzinnym mieście, czyli około 300 tys.), w którym przez pięćdziesiąt lat istniała baza wojskowa NATO i stacjonowali w niej amerykańscy żołnierze. Wpływy z USA są tu bardzo widoczne, są na przykład amerykańskie sieciówki jak Subway czy Taco Bell. Jednak prawdziwym hitem jest sklep spożywczy- można zjeść w nim obiad, samodzielnie skomponowany ze świeżych składników, zaopatrzyć się w wełnę w każdym możliwym kolorze, kupić polskie Prince-Polo (zaraz obok lukrecji ulubione słodycze Islandczyków, Prince Polo na Islandii można znaleźć wszędzie, istnieje nawet zespół o takiej nazwie- ostatnio mieli trasę koncertową po Polsce) albo podkowy dla konia. Nie dało się mnie stamtąd wyciągnąć, jednak mój entuzjazm nieco przygasł, kiedy odkryłam że 3/4 islandzkich słodyczy zawiera w sobie lukrecję- te okropne czarne zawijańce, które zawsze zostają na dnie paczki żelków, bo nikt ich nie chce zjeść.

 

 


Ruszamy dalej i zatrzymujemy się w małym porcie, by obejrzeć gigantyczne czarne mewy i zupełnie przypadkiem odkrywamy jaskinię trolla.

 

 

 


Nie dajemy się skusić błotnej kąpieli i mijając kilka miniaturowych kościołów, docieramy do latarni morskiej. Krajobraz robi się coraz bardziej księżycowy- nie chodzi nawet o to, że nie ma drzew (na Islandii drzewa prawie nie rosną- wspomnę o tym jeszcze później), ale że zamiast ziemi czy piasku są pokłady zaschniętej lawy wulkanicznej, porośniętej zielonym mchem (jedną z tradycyjnych islandzkich potraw jest owsianka z mchu- nie udało mi się jej spróbować, ale nie mogę powiedzieć żeby jakoś szczególnie tego żałowała).

 

 

 

 


Docieramy do słynnego Mid-point, miejsca w którym stykają się dwa kontynenty, europejski i amerykański. Brzmi to zdecydowanie bardziej spektakularnie niż wygląda, granica to po prostu niewielki rów, ale przynajmniej mogę powiedzieć sobie że trochę byłam w Ameryce, yeah! Postanawiamy uczcić to piknikiem, który był dość surrealistycznym doświadczeniem, biorąc pod uwagę okoliczności- kompletną pustkę, lodowaty wiatr i krążące nad nami mewy aka sępy islandzkie.

 

 

 


Półwysep Reykjanes to bardzo młode geologicznie miejsce, wszystko tutaj bulgocze, dymi i generalnie wygląda jakby miało za chwilę wybuchnąć. Zatrzymujemy się przy gorących źródłach i dopiero tam spotykamy pierwszych ludzi od czasu opuszczenia Keflaviku- autobus zagubionych niemieckich turystów.

 


Kiedy jesteśmy już całkiem przemoczeni od unoszącej się wszędzie pary, wracamy z powrotem nad morze i, ku naszemu zaskoczeniu, wreszcie wychodzi słońce. Ma doskonały timing, bo przed nami wyłaniają się dwa olbrzymie klify, jeden z nich wygląda dokładnie tak samo, jak Lwia Skała z Króla Lwa. W ogóle uważam, że gdyby ktoś chciał nakręcić Króla Lwa w wersji nieanimowanej, Islandia jest do tego idealnym miejscem (pomijając brak odpowiednich zwierząt).

 

 


Po zrobieniu trzech tysięcy zdjęć opuszczamy skały i po paru kilometrach zbaczamy z głównej drogi, by zobaczyć zabytkowy kościół. Okazuje się jednak, że drogowskaz był mocno nieaktualny, bo z kościoła została tablica informacyjna i kawałek białego płotu. Co więcej, ktoś przed nami też dał się nabrać.

 


Za to kawałek dalej odkrywamy kolejne pole bulgocących bajorek, a później dojeżdżamy do Blue Lagoon, według National Geographic “jedynego ścieku przemysłowego o światowej sławie”- laguna powstała jako efekt uboczny przy budowie elektrowni geotermalnej.

 


Tu prawdopodobnie mieszka Bjork:


Pojawiają się pierwsze owce! Odkąd usłyszałam, że na Islandii mieszka cztery razy więcej owiec niż ludzi, nie mogłam się ich doczekać. Potem zaczęły się pojawiać aż w nadmiarze, ale o tym później. Spotkaniem z owcami kończymy dzień i udajemy się do hotelu- nie bez problemów, okazuje się że w kraju, gdzie jest jedna droga, też można się zgubić.

 

| DZIEŃ DRUGI, NIEDZIELA, SKYR MORELOWO-TRUSKAWKOWY|

Zaczynamy od porządnego śniadania z obowiązkowym skyrem (i z sagą Wikingów w tle!) oraz próby przekonania hotelowych królików, żeby dały się pogłaskać, niestety bezskutecznej (chociaż królik na ostatnim zdjęciu wcale nie próbuje mnie pożreć, on po prostu się przeciąga).

 

 

 

 

Dzień postanawiamy poświęcić na zobaczenie tzw. Golden Circle, trzech najbardziej znanych turystycznych atrakcji Islandii. Najpierw jedziemy do Thingvellir, parku narodowego o historycznym znaczniu- kiedyś zbierał się tu islandzki parlament Althing, tutaj także ogłoszono niepodległość Republiki Islandii w 1944 roku (wcześniej Islandia była zależna od Danii, a jeszcze wcześniej od Norwegii). Przechodzimy długim wąwozem, oglądamy wodospad i krystalicznie czystą rzekę, jednak ulewny deszcze wygania nas z powrotem do samochodu, ruszamy więc w stronę Geysir, kolejnej atrakcji w naszym planie dnia.

 


Geysir to, jak sama nazwa wskazuje, obszar wyjątkowo obfitujący w gejzery- słowo “gejzer” powstało właśnie od nazwy islandzkiej miejscowości (skoro już jesteśmy przy słowach, to napisałam “miejscowość” z braku lepszego określenia, nie ma tam chyba ani jednego domu). Gejzery są faktycznie dość spektakularne (więcej zdjęć w moim poprzednim poście z Islandii), ale chyba jeszcze większe wrażenie robią na mnie japońscy turyści, wyczekujący godzinami na kolejne wybuchy gejzerów z ubranymi z aparatami w rękach. Najbardziej wytrwałe jednostki czatowały nawet przy największym, pięćdziesięciometrowym gejzerze, który nie wykazywał aktywności od 2005 roku.

 


Jedziemy dalej, ale po drodze mijamy jeszcze koszmarnie turystyczny sklep z wyrobami z wełny. Inna rzecz, że islandzkie wełniane swetry drogie są wszędzie- zawsze marzył mi się ciepły sweter we wzory, ale niekoniecznie chciałabym płacić za niego kilkaset złotych.

 

 


Po południu zaliczamy ostatnią atrakcję Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Wszystkie trzy miejsca były piękne, ale przeszkadzał mi ich turystyczny charakter i plątający się wszędzie ludzie z aparatami (nie żebym ja się nie plątała z aparatem)- poprzedniego dnia zdążyłam się już odzwyczaić od widoku człowieka.



Przed powrotem do hotelu mijamy jeszcze konie z grzywką, które udają wielbłądy. Postanawiamy też pojechać okrężną drogą, aby zobaczyć wulkan Hekla i okazuje się to być najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy na Islandii. Zatrzymujemy się w przypadkowym miejscu i po kilkunastominutowym spacerze uroczym wąwozem zza pagórka wyłania się najpiękniejszy widok jaki miałam okazję na Islandii zobaczyć- plątanina strumyków, miniaturowe wysepki, wodospady, a to wszystko na tle jesiennych wrzosów. Żeby  było śmieszniej, samego wulkanu nie zobaczyliśmy, bo była mgła.

 

 

 

Ostatnim, spontanicznym (jak większość), punktem programu są charakterystyczne dla regionu podświetlone szklarnie. Poza ogórkami i pomidorami na Islandii nie rosną prawie żadne warzywa, ani owoce, są więc importowane, a co za tym idzie- bardzo drogie. Snickersa kupimy taniej niż jabłko.


|DZIEŃ TRZECI, PONIEDZIAŁEK, SKYR CZEKOLADOWO-BANANOWY|

 

Ruszamy na wschód, jednak po drodze zatrzymujemy się na plaży, skąd roztacza się widok na wyspę o bardzo długiej nazwie, którą ochrzciliśmy roboczo Tortugą.

Kiedy okazje się że można na nią polecieć, ruszamy w poszukiwaniu lotniska- nasz plan był na tyle elastyczny, że właściwie nie był planem, jak najbardziej mogliśmy sobie więc pozwolić na nadprogramową wycieczkę na wyspę. Jednak miniaturowe lotnisko wygląda na opuszczone, a po awionetkach nie ma śladu- podejrzewam, że jest czynne tylko w lecie. Na kolejnych zdjęciach islandzka poczta i skansen- czasem miałam wrażenie, że na Islandii wszystko jest w wersji mikro.

 

 


Nie zniechęcamy się i wracamy na wybrzeże, gdzie po kilku minutach jazdy trafiamy na prom. Jako że wyspa jest malutka (chociaż ze swoimi 5000 mieszkańców stanowi jedno z większych skupisk ludzi na Islandii), samochód zostawiamy na brzegu i postanawiamy zwiedzić ją pieszo. Wita nas najpierw piękny widok skał u wejścia do portu, a chwilę później koszmarny zapach z portowej przetwórni ryb.

 


Schodzimy z pokładu i odkrywanie Tortugi zaczynamy od pola lawy, zastygłej po wybuchu wulkanu w 1973, który zniszczył część miasta. Pewnie zmiótłby całą wyspę, gdyby nie heroiczny wysiłek mieszkańców, którzy chłodzili płynną lawę wodą pompowaną z morza. Wybuchy wulkanów to tutaj całkiem powszednia sprawa- w 1963 r., za sprawą podwodnego wybuchu powstała wyspa Surtsey (na jej nazwę rozpisano konkurs wśród mieszkańców).Większość pola lawy jest ponownie zabudowana i płynnie łączy się z resztą miasta. Przechodzimy do “centrum” i jemy prosty obiad, składający się głównie z owoców morza, w restauracji z dość przerażającym menu, zawieszonym na dziobie wypchanego ptaka.

 

 

 

 


Ponieważ prom powrotny mamy dopiero wieczorem, a obeszliśmy już całą wyspę, postanawiamy wybrać się Muzeum Historii Naturalnej. Mieszkające tam ponure ryby są całkiem śmieszne, ale prawdziwym hitem jest mały, pingwinopodobny stwór, znaleziony na ulicy i odratowany przez dzieci z pobliskiej podstawówki (tak właściwie to na tej wyspie wszystko jest pobliskie). Do jednego z chłopców wyjątkowo się przywiązał i gdy ten tylko pojawi się w muzeum, ptak nie odstępuję go na krok. Miniaturowy pingwin człapiący za grubiutkim chłopcem w kasku rowerowym to jedna ze śmieszniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Po wizycie w muzeum wsiadamy na prom i opuszczamy Vesmannaeyar (bo tak naprawdę nazywają się te wyspy) i udajemy się do Viku, który jest naszą bazą wypadową na następny dzień.

 

 

 

 

Ilość zdjęć i tekstu w tym poście przekroczyły już wszelkie rozsądne normy, postanowiłam więc podzielić relację na dwie części. Ciąg dalszy nastąpi, wkrótce!

 


Nudzi Ci się w podróży? Mam idealne rozwiązanie!

 

 

85 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Anonymous

    hej, marzy mi się od lat podróż na Islandię i tylko z powodu braku funduszy nie mogłam sobie na to pozwolić jeszcze. Mam takie pytanie, mogłabyś mi napisać, ile kosztował Was lot mniej-więcej, noclegi i wynajęcie samochodu? Byłabym mega wdzięczna

  2. Edyta

    Przeczytałam każde słowo i obejrzałam każde zdjęcie. Niesamowite ile można się ciekawego dowiedzieć. Przepiękne widoki na zdjęciach bardzo zachęcają, żeby tam pojechać, a cały tekst nie jest nudny, czyta się go z przyjemnością :) Może niedługo zabłysnę na geografii ciekawostkami na temat Islandii, mówiąć, że prawie nie ma tam drzew, albo że owiec jest więcej niż ludzi :P Zaintrygował mnie ten cały skyr :)

  3. Anonymous

    Chyba zaczynam rozumieć kolegę, który po skończeniu liceum na Islandii wrócił do Polski i cały czas mówi, że za nią tęskni. Trochę przeraża mnie fakt ciągłym deszczów i brzydkiej pogody, ale na taki wypad jak Ty na pewno chętnie bym się wybrała :)

    Świetne zdjęcia Joasiu! Oby więcej takich relacji :))

  4. Żelikowska

    Wow! Faktycznie normy przekroczyłaś. Ale! Warto przeczytać cały ten post i obejrzeć wszystkie zdjęcia! Zrobiłaś mi smaka na taką wyprawę i coś czuję, że może za 2-3 lata się chętnie wybiorę na Islandię.
    A! I Twoje opisy mnie oczarowały ;) łącznie z wstawkami – jesteś genialna ;)

    pozdrawiam!
    Żelikowska

  5. life full of colors

    Przepiekna wyprawa naprawde zazdroszcze Ci pobytu w Islandii. Widoki sa nieziemskie. Zdjeciami idealnie oddalas klimat tego miejsca ( takie mam wrazenie). Mam nadzieje, ze i ja kiedys sie tam wybiore chcialabym na zywo zobaczyc te magiczne miejsca.

    Piekny post juz sie nie moge doczekac kolejnego

  6. Anonymous

    wspaniały post, bardzo ciekawie opisałaś całą podróż, czyta się to z przyjemnością i narastającą chęcią zobaczenia Islandii ;) i muszę Ci powiedzieć, że nawet w sportowej kurtce i reebokach nadal wyglądasz pięknie, uroczo i… stylediggerowo ;) zwłaszcza na zdjęciu, gdzie jesteś zapięta pod nos i w kapturze :)
    narobiłaś mi też smaka na ten serek!
    czekam z niecierpliwością na część drugą.

    Konstancja

  7. yerri

    Wow! Ja byłam na Islandii 2 lata temu, przez miesiąc. Ale wasza wycieczka była chyba bardziej ekskluzywna – my spaliśmy w namiotach i płynęliśmy promem ;p
    Zdjęcia świetne i super opisy! Czekam na drugą część :)

  8. D.

    Bardzo podoba mi się Twoja relacja :) Przeczytałam i obejrzałam wszystko. Piękne widoki! Koń z grzywką jest słodki. Podczas czytania doszłam do wnioski, że lepiej jest tam pojechać kiedy jesień zawita do kraju i doda dodatkowych barw, a co za tym idzie i uroku przyrodzie.
    Owce mają takie zabawne mini, a ten królik to jakiś gigant!
    Ten wypchany ptak wygląda jakby był oblany zastygłą lawą.
    A to ostatnie zdjęcie – słodycz!

  9. Anonymous

    Wspaniała relacja -piękna zdjęcia, tekst niezwykle wciągający i ogólnie relacja rewelacja! :) Podczas czytania nasunęło mi się na myśl jedno pytanie: skąd te szczegółowe informacje na temat każdej ze zwiedzanych rzeczy? Czy mieliście jakieś przewodniki, czy przed wyjazdem przeczytaliście mnóstwo jakichś stron?

    Gorąco pozdrawiam,
    Karina

  10. Hanja

    Wow! Śmiem oznajmić, że to najpiękniejszy post jaki w zyciu czytałam/oglądalam! Z niecierpliwoscią czekam na kolejną częśc i chyba chciałabym te zdjęcia oglądać bez końca! Mam nadzieję, że w kolejnym poście poczestujesz nas ta sama ilością zdjęć – jesli są takie piekne wcale nie zanudzają i mozna je oglądać bez końca. Zazdroszcze wyprawy, ale tym samym mam nadzieje, ze kiedys zobacze to piekne miejsce na włąsne oczy :)\

    Pozdrawiam Asiu,
    H.

  11. robaczek

    zazdroszczę wyprawy! Odkąd przeczytałam książkę “81:1. Opowieści z Wysp Owczych” mam apetyt na wizytę w tamtejszych rejonach świata (swoją drogą polecam książkę jeśli nie czytałaś bo jest naprawdę dobra!)
    ps. widzę, że każdy kraj ma swój serek:D ja do tej pory tęsknię za szwajcarską double cream z Gruyere, a w Polsce jej nie ma:((

  12. anies

    Ostatnie zdjęcie- przegigant;) Widać maluch traktuje go jako mamę! ;) Byłam w różnych miejscach po za Polską ale takich widoków nie widziałam! Niesamowite widoki. Chciałabym zobaczyć kiedyś na żywo kratery, wulkan:) Mimo, że przez ostatni islandzki wybuch odwołano mi lot do Londynu dokładnie w dniu eksplozji :(

  13. Anonymous

    Po prostu raj na ziemi:)!
    Świetna relacja, a ostatnie zdjęcie jest przeurocze!:))- no proszę, jak zwierzęta potrafią przywiązać się do człowieka…

  14. Ryfka

    Zarówno te, jak i poprzednie zdjęcia po prostu mnie rozwaliły. W ogóle lubię relacje z podróży, których głównym tematem nie są “stylizacje”, tylko piękne widoki ;)

  15. Ska

    Chyba Twój najbardziej udany post :) Przepiękne zdjęcia, a relację czyta się jednym tchem. Nie wiem czy znajdzie się ktoś, kto po jej przeczytaniu nie będzie chciał wsiąść w samolot i lecieć na Islandię ^^

  16. styledigger

    Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, szczerze mówiąc bałam się że nikt przez to wszystko nie przebrnie:)

    Jag, Ania-> z tym domem Bjork to akurat był żarcik, na zdjęciu może nie widać, ale to maleńka chatka, pewnie na narzędzia, na środku jakiegoś pastwiska:)

    Anonimowy-> ceny biletów zależą od konkretnej daty, najlepiej po prostu sprawdzić na stronie. My zapłaciliśmy około 1500 zł w obie strony. Cena samochodu też zależy od wypożyczalni, sezonu, rodzaju auta itp- zapłaciliśmy ok. 800 euro i była to wyjątkowo tania opcja. Żeby wypożyczyć samochód, koniecznie trzeba mieć kartę kredytową. Noclegi bardzo różnie, ale można znaleźć takie w okolicach 100 zł/osobę/noc. Jest też mnóstwo tańszych opcji noclegów, chociażby couchsurfing czy pola namiotowe w lecie.

    Rabbit Hole-> na jakiś tydzień

    Glam-> właśnie wcale nie jest tak zimno, wbrew nazwie- latem jest całkiem ciepło, a zimy są łagodniejsze niż w Polsce- rzadko kiedy zdarza się żeby leżał śnieg

    Konstancja-> najsmutniejsze jest to że skyru nie można kupić w Polsce, sprawdzałam wszystkie Almy itp:(

    D.-> mnie też się wydaje że dobrze trafiliśmy z tą jesienią- piękne kolory, normalny dzień (latem prawie przez całą dobę jest jasno, zimą ciemno- mają dzień i noc polarną) i dużo niższe ceny

    Karina-> dużo czytaliśmy w Internecie przed wyjazdem, mieliśmy też ze sobą przewodnik z National Geographic, całkiem niezły, choć trochę chaotyczny

    Hanja-> oo, dziękuję bardzo! Jest mi niesamowicie miło.

    Robaczek-> już kolejny raz słyszę o tej książce, muszę ją w najbliższym czasie przeczytać!

    Ska-> dziękuję!

  17. agatiszka

    Powiem Ci, że przeniosłam się na dłuższą chwilę do Islandii, bardzo wczułam się w klimat, aż zrobiło mi się zimno. Prawie poczułam smak tego serka. A ziewającego królika, chętnie zaadoptuję :)

  18. Anonymous

    Wspaniała relacja. Aż zapragnęłam zobaczyć to na własne oczy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :) Masz szczęscie, że mogłaś tam pojechać

  19. lavender

    Ojej! Uwielbiam twój blog :** Strasznie podoba mi się ta dolina z strumyczkami i wrzosami. A ten mały pingwin[?] był uroczy :-) Też chciałabym mieć taki ciepły sweter , ale … noc cóż masz rację , że kilkaset złotych to już przesada. Strasznie podoba mi się to , że wrzucasz zdjęcia , ze swoich podróży , bo zawsze są świetne!!! Już nie mogę się doczekać kolejnej ich porcji ;-))

  20. styledigger


    EWE-> nie nie, żarcik, to jakaś szopa na narzędzie

    Anonimowy-> to przede wszystkim mój blog, na którym zamieszczam to co mi się podoba, wydaje inspirujące, albo mam jakiś jeszcze inny powód żeby to zamieścić. W tym przypadku była to chęć utrwalenia sobie wspomnień w rewelacyjnej podróży i odpowiedzenia hurtem na mnóstwo pytań o Islandię. Jeżeli post Cię nie interesuje, możesz go przecież ominąć

  21. Anonymous

    ja również miałam okazję być na Islandii parę lat temu i spędzić tam najpiękniejsze 3 miesiące swego życia, stąd też widok tych zdjęć i opisów sprawił mi ogromną przyjemność i rozbudził wspomnienia :) bardzo Ci dziękuję za ten wpis! (a co do skyr- jego smak pamiętam do dziś ;))

  22. yerri

    ten “domek Bjork” to taka budka, do której każdy może wejść, jeśli nagle pogoda się bardzo pogorszy. Jak to na Islandii, jest zawsze otwarta i obowiązuje zasada: zostaw to, co zużyłeś. W środku jest łóżko, piecyk i chińskie zupki ;p

  23. Ola

    Nie wiem który raz wracam już do tej relacji. Te zdjęcia są PRZECUDNEEE. Gdybym ja miała okazję zobaczyć to wszystko na żywo chyba cały czas chodziłabym z ‘rozdziawioną buzią’ z podziwu ;)

    Czy istniałaby możliwość dostania tego zdjęcia w większym formacie? -> http://farm7.static.flickr.com/6162/6244625575_99bd5a8eec_b.jpg (Bardzo chciałabym sobie je ustawić jako tapetę, ale w tym rozmiarze nie wygląda tak dobrze jakby wyglądało na full screenie) ;)

    Pozdrawiam serdecznie,
    Ola

  24. Czarne Espresso

    Oj, cudowne widoki, te malutkie kościółki i niesamowite zdjęcia natury! Chciałabym to zobaczyć na własne oczy! O tej wyspie – Surtsey – czytałam chyba w “Krainie zimnolubów”.

  25. pi ratio

    I’ve got go through a handful of positive things in this article. Unquestionably benefit bookmarking intended for returning to. My partner and i surprise the best way a lot attempt you placed to make the almost fantastic educational web-site.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *