Joanna Glogaza

strona główna > artykuły

Dlaczego detoksy od social mediów nie działają?

Bardzo często dzieje się tak: nasza relacja z social mediami zaczyna nas uwierać. Zauważamy, że spędzamy tam więcej czasu, niż byśmy chcieli. Po sesji scrollowanka czujemy się gorzej, jakby mózg zamienił nam się w gąbkę. No i wkurza nas, że na tym Instagramie tak idealnie, wszyscy ciągle na wakacjach i chyba tylko my mamy jakiekolwiek problemy. 

Stwierdzamy, że nie chcemy sobie tego dłużej robić. I zapada decyzja: detoks! Kasujemy aplikację, wrzucamy telefon do szuflady i spędzamy weekend offline. Albo i cały tydzień czy miesiąc bez social mediów.

 

Stopniowo zauważamy, że mamy więcej czasu. Że kiedy nie zaczynamy poranka od bombardowania się milionem bodźców z ekranu, to dzień mija nam spokojniej. Że jakoś bardziej chce nam się spotykać z ludźmi. I nawet wróciliśmy do czytania tej książki, która od miesięcy czekała na szafce przy łóżku! Dochodzimy do wniosku, że te całe social media bardziej nam szkodzą niż pomagają i że aż niesamowite, że się tak daliśmy wkręcić.

 

Aż w pewnym momencie uznajemy, że wpłynęliśmy już na bezpieczne wody i ściągamy Instagrama – albo jakąkolwiek inną appkę, która jest dla nas problematyczna – z powrotem. Albo coś wrzuca nas tam przypadkowo, na przykład chcemy przeczytać co ktoś nam wysłał albo obejrzeć profil tej tatuatorki, która zrobiła koleżance super dziarkę. I ani się obejrzymy, a jesteśmy w punkcie wyjścia – z mózgiem jak gąbka, czasem przed ekranem dużo dłuższym, niż byśmy chcieli i poczuciem “jak do tego doszło, nie wiem”. Dlaczego tak się dzieje?

 

Przyglądając się naszej relacji z social mediami, możemy dużo się nauczyć z tego, co wiemy o bardziej “hardkorowych” uzależnieniach z dłuższym stażem – na przykład od alkoholu. Ta “hardkorowość” to zresztą kwestia dyskusyjna, bo przy braku hardkoru albo uzależnieniach które nie są tak społecznie potępiane jak te od używek – zakupy, social media, pracoholizm – niebezpieczne jest właśnie to, że możemy tak dryfować bardzo długo i nic nas nie zmusza do spojrzenia prawdzie w oczy.

 

Osoby, które miały do czynienia z procesem wychodzenia z choroby alkoholowej, dobrze znają różnicę pomiędzy abstynencją i trzeźwieniem. Abstynent (w tym zdaniu mowa jest o osobach, które nadużywały alkoholu i przestały go pić. Nie o abstynencie jako osobie zwyczajnie niepijącej – bo przecież do niepicia można mieć milion różnych powodów, od zdrowotnych do zwykłego nielubienia alkoholu) to często osoba, która nie przyznaje że problem ją przerasta, mówi “no przecież mogę zrobić sobie przerwę jak chcę” i na zaciśniętych zębach nie pije miesiąc, dwa, albo i dłużej. Dopóki nie pojawi się okazja albo stresująca sytuacja, która popchnie tę osobę z powrotem na stare tory, czyli do monopolowego. Osoba trzeźwiejąca to ktoś, kto również nie pije, ale przed wszystkim przygląda się temu, co i dlaczego załatwiał sobie piciem alkoholu. I zwykle dzieje się to w ramach profesjonalnej terapii uzależnień, która ogromny nacisk kładzie na wypracowanie sobie alternatywnych, zdrowszych sposobów radzenia sobie z trudnymi emocjami. Na takie poukładanie codzienności, żeby picie przestało być potrzebne. Oczywiście nie jest to proste, ale na pewno skuteczniejsze niż zaciskanie zębów na siłę i niezmienianie niczego poza tym.

 

Można to porównać do odchudzania. Abstynencja to dieta cud, na której przed dwa tygodnie jemy tylko zamówioną z podejrzanej strony internetowej papkę, męcząc się przy tym okrutnie. I może i nawet faktycznie zrzucimy tymczasowo te trzy kilo – tylko co z tego. Trzeźwienie to zmiana nawyków żywieniowych na zdrowsze, ale też takie które jesteśmy w stanie utrzymać przez całe życie.

 

To właśnie dlatego detoksy od social mediów same w sobie nie działają. Mogą być pomocną częścią większego procesu, ale jeśli nie zmienimy nic w naszym sposobie myślenia, w strukturze naszego dnia, w naszej relacji z samym sobą, to prędzej czy później Instagramy i TikToki tego świata wleją nam się w codzienność z powrotem, w równie niezdrowy sposób. A nawet jeśli nie, to znajdziemy sobie inny plasterek na naszą emocjonalną dziurę.

 

Alkoholik wie, że alkohol nie jest dla niego i do końca życia będzie musiał się z nim pożegnać. Nikt mu nawet tego alkoholu nie proponuje – o ile oczywiście otacza się wspierającymi ludźmi. Ale jeśli naszym problemem jest nadmierne jedzenie, zakupy czy właśnie nowe technologie, to nie mamy wyjścia – nie da się zupełnie odciąć, trzeba się jakoś z tymi rzeczami ułożyć. Zresztą nie zawsze to odcięcie jest konieczne – social media są zaprojektowane tak, by każdy siedział tam dłużej, niż planuje i często to kwestia doedukowania się, jak możemy usiąść za kierownicą, zamiast surfować na fali algorytmów, i prostej zmiany nawyków. Czasem to wystarczy, żebyśmy nauczyli się korzystać z nich z moderacji i czerpali korzyści, ograniczając negatywne skutki uboczne. Czasem potrzeba głębszej pracy, łącznie z wybraniem się na terapię, by przyjrzeć się przed czym tak właściwie uciekamy. A czasem oczywiście ktoś może zdecydować, że social media nie są dla niego, jednym ruchem zerwać plaster i usunąć konta – znam takie przypadki.

 

O tym, jak właściwie ten proces układania się może wyglądać krok po kroku, piszę w mojej nowej książce. Długo myślałam nad tytułem i bardzo Wam dziękuję za pomoc w tym temacie. Ostatecznie stanęło na “Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia?”. Poniżej okładka, książka będzie dostępna w listopadzie. Już naprawdę nie mogę się doczekać, uważam że to na maksa ważny temat i zdecydowanie za mało o nim rozmawiamy.

 

Tak będzie wyglądać okładka mojej nowej książki. Autorką projektu jest Alina Rybacka-Gruszczyńska.

 

Jeśli interesuje Cię ten temat i chcesz wiedzieć w pierwszej kolejności, kiedy książka będzie w sprzedaży, zostaw swój adres e-mail w formularzu poniżej.

Dzięki za lekturę!

Jeśli nie chcesz przegapić moich nowych artykułów, odcinków podcastu czy książek, zostaw swój adres e-mail:

7 thoughts on “Dlaczego detoksy od social mediów nie działają?”

  1. Jestem bardzo ciekawa tej książki. Pamiętam jak zaczęłaś pisać o slow fashion i minimalizowaniu. Wówczas miałam ogromny przesyt ciuchów i rzeczy. Wydawało mi się, że ograniczanie zakupów to będzie na prawdę mocny trend. No cóż, niestety chińszczyzna dalej nas zalewa i ludzie kupują i kupują. Social media, a zwłaszcza Instagram to obecnie platformy sprzedażowe, wywołujące w obserwatorach poczucie braku. Z każdej strony ktoś próbuje nam coś sprzedać. Gospodarka musi się kręcić, kosztem naszych pieniędzy i samopoczucia. Ciekawa jestem czy masz wiedzę, jak to się ma w innych krajach Europy. Czy też jest takie parcie na konsumpcjonizm… Pozdrawiam Karolina

    1. Tak, to się na maksa łączy, social media są takie wciągające właśnie po to, żeby zadbać o interesy firm które się tam reklamują, żebyśmy kupowali więcej i więcej – i tak to się kręci. Nie znam statystyk a propos innych europejskich krajów, ale poczytam, bo mnie to bardzo zaciekawiło, dzięki Karolina!

  2. Zapowiada się na naprawdę ciekawą i bardzo potrzebną lekturę. Też miałam ostatnio myśli o tym, jak nie przeskrolować sobie życia, bo mocno wkręciłam się w siedzenie w telefonie, a za mało jestem realnie.
    Myślę, że warto też poznać powód, dlaczego ten wirtualny świat jest taki fajny i czy oglądamy go dla inspiracji, czy jak w moim przypadku – dla ucieczki od problemów.
    Myślę, że zdrową relację z social mediami należy wypracować, tak żeby nie wzbudzały w nas negatywnych odczuć i nie wciągały za bardzo, bo wyjście jest trudne.
    Czekam na książkę. Bardzo moja tematyka.

  3. Someone said it!! Ja od prawie już roku nie mam Instagrama, bo kończyło się to dokładnie tak, jak opisałaś. Przy innych śmieję się, że jestem jak weganin z memów – przy każdej wzmiance o Ig muszę wspomnieć, że „a ja….” :) Przy czym nie uważam IG za zło wcielone, bardziej za zawsze leżącą u boku paczkę czipsów. Niby nie muszę zjeść, ale jak się to kończy – wiadomo. Dlatego IG spisałam na straty i przyglądam się nerwowości, którą w moje życie wprowadzają też inne formy SM, choćby Messenger.

    1. Hahaha! Rozumiem totalnie, ja tak mam z TikTokiem i z trzymaniem Milki w domu ;) Fajnie że można wybrać i potestować co dla nas działa, zmienić zdanie w razie potrzeby, wywalić appkę mobilną i zostawić wersję webową z jakimś ograniczeniem (to w kontekście FB głównie), może całkiem zrezygnować – wedle potrzeb.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.