Joanna Glogaza

strona główna > artykuły

Co zmieniło się w moim podejściu do ubrań przez ostatnie lata

Moja mama na święta zwykle wybiera bilety na balet jako swój prezent. Tak było też w tym roku – w ubiegły weekend wybrałyśmy się do Opery Narodowej zobaczyć Mayerling. To nie będzie post o balecie, bo jedyne co jestem w stanie o nim powiedzieć, to że mógłby trwać o połowę krócej. To będzie post o ubraniach – a zaczynam operą, bo w przerwie doszłyśmy z mamą do wniosku, że ludzie są ubrani zupełnie inaczej, niż kiedy byłyśmy na balecie ostatnio – w lutym 2020, tuż przed pandemią. 
Wieczorowe suknie ustąpiły czarnym bo czarnym, ale jednak dżinsom, zamiast szpilek pojawiły się adidasy, była nawet dziewczyna w dresie – takim wełnianym, ale wciąż dresie. Absolutnie tego nie oceniam, nie ma dla mnie znaczenia w co ubierają się inni ludzie. Stwierdzam fakt, że te dwa wieczory bardzo się od siebie różniły pod względem ubioru widowni. I zaczęłam się w związku z tym zastanawiać czy to wpływ pandemii – i jak pandemia odzieżowo wpłynęła na mnie. Ostatni post o tym, co zmieniło się w moim podejściu do slow fashion napisałam w 2019 roku, więc postanowiłam odświeżyć temat. Bardzo jestem też ciekawa Waszych zmian i przemyśleń.
Mam taki przesyt eko marketingiem i taki brak zaufania do deklaracji marek, które często okazują się greenwashingiem, że w ogóle przestałam zwracać uwagę na eko obietnice. Jak szukam spodni, to chcę kupić porządne spodnie, w których będzie mi wygodnie, w których będę się dobrze czuć i które posłużą mi przez parę dobrych lat – i to są moje priorytety.
Chętnie kupię majtki z certyfikatem GOTS, ale jak będą niewygodne, to kupię takie, które mam sprawdzone, zamiast prowadzić wielomiesięczne testy zakończone kilkunastoma parami w śmietniku.

Pisałam o tym jakiś czas temu – moim zdaniem najważniejszy krok to nie wciskać sobie ściemy i nie wmawiać sobie, że ten szał zakupów na wyprzy w Patagonii pomaga planecie, bo to odpowiedzialna marka. Jeśli kupimy tam spodnie zamiast kupować je w sieciówce i skorzystamy z ich serwisu naprawy – to pomaga. Jeśli kupimy 3 t-shirty z wielkim logo, żeby być postrzegani jako ci odpowiedzialni i kupujący w Patagonii – to pomaga znacznie mniej, a nawet wcale.

To nie znaczy, że nie można kupić sobie t-shirtu, bo ma się na to ochotę – ale że wciskanie sobie ściemy jest bez sensu i zaciemnia nam obraz. Trudniej wtedy dojść do ładu ze swoją szafą, bo wydaje nam się, że wszystko robimy zgodnie ze sztuką, a nadal czujemy że coś jest nie tak.

Moim zdaniem najwazniejszy krok to nie wciskac sobie sciemy i nie wmawiac sobie, ze ten szal zakupow na wyprzy w Patagonii pomaga planecie

Wierzę, że najłatwiej uniknąć takich pułapek, kiedy myślimy przede wszystkim o swojej dobrej relacji z własną szafą – a nie o poświęcaniu się i wyrzeczeniach dla planety. To tak skomplikowana kwestia, że wszystko poza kupowaniem mniej (i może kupowaniem ubrań z GOTSem, ale marki i tym manipulują) jest praktycznie poza naszą kontrolą. Za to poczucie, że się poświęcamy i w związku z tym należy się nam podziw i szacunek raczej w żadne dobre miejsce nas nie zaprowadzi.
Podobnie jak biczowanie się za nieprzemyślany zakup. Czasem się zdarzy, że ktoś mi powie “ojej, mam bluzę z H&Mu, pewnie sobie teraz myślisz o mnie złe rzeczy”. Zupełnie tak nie jest, nie uważam żeby to była jakakolwiek zbrodnia, a przede wszystkim nie obchodzi mnie co noszą inni ludzie. Jedyne co mam do zaproponowania, to jeśli ktoś czuje że ciągle się z ubraniami boksuje, wydaje za dużo, ma chaos w szafie, to mogę mu zaproponować narzędzia i zasady, które pomogą – ale tylko jeśli ktoś sam chce i czuje taką potrzebę. Sama siebie też nie biczuję i o dziwo usunięcie tego elementu moralnej oceny sprawiło, że w efekcie kupuję mniej.
Podsumowując – odkąd zaakceptowałam, że wtopa zakupowa od czasu do czasu po prostu się zdarza i zawsze zdarzać będzie, moje odzieżowe życie się polepszyło. Więcej wyrozumiałości dla siebie i dla innych i zrozumienie, że robię to tylko dla siebie, pozwoliło mi się też pozbyć takiego poczucia rozżalenia, że ja tu się umartwiam, a cały świat obkupuje się co miesiąc w Zarze. Bo wiem, że też bym mogła, tylko zwykle po prostu nie chcę.
Mniej chodzę do second handów. Kiedyś miałam stamtąd większość rzeczy. Wiele z nich nadal ze mną jest, ale proporcje się zmieniły, bo zaglądam do lumpeksów dużo rzadziej. Przede wszystkim dlatego, że coraz trudniej w nich coś wyjątkowego znaleźć – statystyka jest nieubłagalna, sieciówki są z nami już przynajmniej 20 lat i siłą rzeczy sukienki z poliestrowego szyfonu drukowanego w sowy wypchnęły wełniane swetry szkockich marek. Nie znaczy to, że nie da się ich znaleźć – ale jest to znacznie trudniejsze. Dużo czasu spędzam też w Warszawie, a mocno wierzę w zasadę – im mniejsza miejscowość, tym lepsze lumpeksy. Mniej podróżuję – a to na przykład w Tajlandii obkupiłam się jak norka w używane kuloty. 
Nie porzuciłam ubrań z drugiej ręki zupełnie. Często wykorzystuję sieć towarzyskich kontaktów i pytam koleżanek, czy nie mają zbędnej spódnicy albo krótkiego swetra, zanim zacznę szukać w sklepach. Ale nie jestem już takim vintage bunny jak kiedyś – choć liczę na to, że kiedyś się to zmieni.
Jeszcze ważniejsza jest dla mnie użytkowość/użyteczność. Żeby się nie gniotło – unikam sukienek i spodni z cienkiej wiskozy. Żeby nie lepiły się psie włosy – ciemne dresy z domieszką syntetyku nie mają szans, bo są całe z psa i minutę po zdjęciu z suszarki wyglądają jakbym ich nigdy nie prała. Żeby dało się wyprać w pralce – bo nie bardzo mi się chce biegać do pralni, miałam też parę pralniowych wpadek, łącznie z oddaniem do polecanego miejsca kurtki puchowej z tłustą plamą po psich chrupkach na kieszeni. Odebrałam ją bez plamy, ale i bez puchu. I przede wszystkim – żeby było wygodne. Jak coś mnie obciera, jest sztywne, przekręca się czy podwija przy chodzeniu, to dobrze wiem że nigdy, przenigdy nie opuści mojej szafy. Szkoda mi życia na męczenie się w ubraniach, które sprawiają mi ból czy dyskomfort.
O ile na początku mojej drogi marzyłam o swetrze z grubym splotem w idealnym odcieniu beżu czy falbaniastej-ale-nie-za-bardzo białej letniej sukience z angielskim haftem, o tyle teraz marzy mi się żeby ktoś co roku dowoził mi karton ultrawygodnej i niewidocznej spod ubrań bielizny i równie wygodnych skarpetek, które nie przecierają się na piętach i nie zsuwają ze stopy.
Wystarcza mi wystarczająco dobra szafa. Pełna ubrań które lubię, w których jest mi wygodnie i które pasują do siebie nawzajem i łatwo z nich ułożyć cztery zestawy do spakowania na weekend do małej torby. 
Perfekcja mi niepotrzebna, tym bardziej że nie wierzę że jest możliwa do osiągnięcia. Ubrania mają nam dobrze służyć na co dzień, a nasza codzienność się zmienia. To często drobne, trudne do przewidzenia rzeczy, nawet nie muszą być wielkimi życiowymi zmanami jak narodziny dziecka czy przeprowadzka do innej strefy klimatycznej. Ja właściwie zawsze miałam przy sobie jakiegoś psa, ale żaden z nich nie futrzył się tak spektakularnie jak Fala. Teraz przy zakupach mam to z tyłu głowy, wcześniej nie musiałam się tym tak bardzo przejmować.
Różnica między chaosem w szafie a poziomem “wystarczająco dobrze” jest ogromna. Między “wystarczająco dobrze” a “pozornie idealnie” wydaje się niewielka, więc zwyczajnie nie chce mi się wkładać w to wysiłku – tym bardziej że to wszystko takie dość rozmyte i trudne do zdefiniowania. Dla mnie najważniejszym miernikiem jest to, że jestem zadowolona, lubię się co rano ubierać i nie czuję żebym robiła coś kompulsywnie – a równie dobrze mogą to być i szaleństwa na wyprzy w Primarku, i obsesyjne szukanie idealnego jedwabnego topu.
Zauważyłam też, że im mniej myślę o ubraniach, im mniej śledzę eko profili na Instagramie, tym mniej kupuję, bo po prostu nie przychodzi mi to do głowy. Za to właśnie najbardziej lubię odzieżowy (względny) minimalizm – że jest narzędziem, które pozwala nam o ubraniach po prostu na co dzień w ogóle nie myśleć i nadal wyglądać i czuć się dobrze. Taka trochę odzieżowa dieta pudełkowa, albo odzieżowy meal prep. To ostatnie to nawet dosłownie, bo mam swoje ulubione zestawy, które trzymam sfotografowane w folderze w telefonie i jak zdarzy mi się przed wyjściem czuć totalny brak odzieżowej inspiracji, to po prostu któryś wybieram. 
Jestem ciekawa, co zmieniło się u Was.
Jak macie też jakiekolwiek pytania związane ze slow fashion, coś Wam sprawia szczególną trudność, to też śmiało dawajcie. Będę niedługo odświeżać bloga i chciałam zebrać tematy odzieżowe w jednym miejscu, w dużym poście z Q&A. Postaram się więc tam na nie odpowiedzieć – jeśli będę potrafiła.
DARMOWA DOSTAWA „WYCHODZĄC Z MODY” DO KOŃCA WEEKENDU

I ostatnia sprawa – jeśli macie ochotę na wiosenne porządki w szafie i potrzebujecie przewodnika, który przeprowadzi Was krok po kroku, podrzuci praktyczne wskazówki, jak ta z folderem ze zdjęciami ulubionych zestawów, to daję znać że włączyłam darmową wysyłkę mojej książki „Wychodząc z mody” – działa do końca weekendu. Rozbijam w niej na części pierwsze to jak dojść do szafy, która nam dobrze służy – jak wybierać materiały, jak robić zakupy, żeby były udane i tak dalej. Książkę można zamówić tylko tutaj.

Dzięki za lekturę!

Jeśli nie chcesz przegapić moich nowych artykułów, odcinków podcastu czy książek, zostaw swój adres e-mail:

59 thoughts on “Co zmieniło się w moim podejściu do ubrań przez ostatnie lata”

  1. Dobrze Cię znów przeczytać! Zdecydowanie odrzucam niewygodne ubrania, więcej kupiłam w tych dwóch latach z vinted niż ze sklepów, kilka też w ten sposób sprzedałam.
    Mam problem z tą częścią szafy, która należy niejako do mojego „poprzedniego” życia przed pandemią – np. biała sztywna formalna koszula. Przed pandemia chodziłam do pracy i często miałam okazje, gdzie musiałam prezentować się profesjonalnie. Teraz moja praca jest luźniejsza, hybrydowa (a w większości jednak zdalna), ale nie wykluczam, że może będę musiała powrócić do tego dress code. Dużą część szafy udało mi się zaadaptować do aktualnego życia i dobrze mi służy, ale jest jednak kilka wieszaków po które nie sięgam (ale myślę: ale może za tydzień będę miała spotkanie, na które będę musiała po nie sięgnąć?), ale wciąż siedzi mi w głowie, że mogą być przydatne.
    Moim ulubionymi ubraniami ostatnio są sukienki z riska (risk made in warsaw), zdobyte na vinted za istotnie mniejszą cenę niż w sklepie. Jest mi w nich wygodnie (dzianina!), bez problemu je piorę, noszę je do biura (jak już tam jestem), zabieram na wakacje. Pozostaję jednak nieczuła na piękne nowości za 549 zł.
    Jestem ciekawa nowego wyglądu bloga, pozdrowienia!

  2. U mnie zmieniło się niewiele, ale też byłam trochę wśród znajomych pionierką tego, do czego wielu ludzi doszło podczas pandemii – że życie weryfikuje nadmiar. Czytałam Twoją książkę (zreszta, jak wszystkie) i była przydatna…

    …ale bardziej przydatne by było, gdyby ludzie uświadomili sobie skalę chciwości nas jako gatunku, szczególnie pokolenie boomerow. Moim zdaniem chciwość zgubi rasę ludzką, nie wiem czy się zgodzisz Joasiu. Wychodzę oczywiście z pozycji bezdzietnej lambadziary która żyje sobie komfortowo, ma świetną i spokojną, nieźle płatną pracę…. I tyle. Często budzę sensację mówiąc ze życie slow, życie nie w nadmiarze mi wystarczy. Szokuję pytaniem po co ludziom te wszystkie tandety z aliexpress (fujka). Nie potrzebuje kolejnego zlecenia czy markowej torebki – zyskuje czas który spędzamy z mężem na życiu. I ubrania które mamy muszą to odzwierciedlać – wygodne do pracy z domu, na weekendowe wyjazdy z psem.

    Mieszkam od roku w Hiszpanii i tu nie spotykasz praktycznie ludzi modnych czy eleganckich – jeśli ktoś jest ubrany modnie, lub krzykliwie, na 90% nie jest stąd. Ludzie stawiają na wygodę. Wiele osób nie ma social mediów. Mój mąż, w Polsce fanatyk mody męskiej tutaj wybiera dresy i flanelkę. Może dlatego długość życia jest tu najdłuższa w Europie?:)

    Ściskam!

    1. Będąc przez 2 tygodnie w Andaluzji miałam odczucie, że Hiszpanki (w każdym wieku) ubierają się podobnie do Włoszek: elegancko, z fantazją, ciekawie. Czy to różnica duże/małe miasta? Obserwacje prowadziłam w tych dużych.

  3. Zgadzam się w 100%, chyba każdy z nas przechodzi takie zderzenie z rzeczywistością i zaczyna odrzucać, to co jest podsuwane nam różnymi chwytami marketingowymi, a przechodzi na bardziej praktyczne i wygodne ubrania (co nie oznacza, że trzeba się rozstać z dobrym wyglądem).

  4. Widzę po sobie, że zakupy w ogóle przestały zajmować mi głowę. Rzeczy w sklepach są tak brzydkie i kiepskiej jakości, że wolę chodzić w tym co mam, dopóki mole mi tego nie zjedzą :D Albo ja zdziadziałam, albo moda zwariowała.

  5. Cześć! :)

    U mnie same zmiany, tylko na lepsze.
    Nr 1 na liście to odkrycie sklepów charytatywnych!
    Bo o ile w pozbywaniu się dziadowych rzeczy z akrylu jestem sprawna i gibka jak Marie K. to już wyrzucanie ubrań nowych, z dobrych tkanin, szło mi fatalnie. Zalegały latami nienoszone, szkoda wyrzucić, może komuś dam, może sprzedam i cała ta lista wymówek.
    Do dwóch sklepów oddałam ponad 200 sztuk odzieży i praktycznie całą kolekcję szpilek.
    Zostało mi mniej niż 80 sztuk ubrań + bielizna. Odetchnęłam z ulgą. :) Mój facet zgapił i zrobił to samo.
    Drugi sukces to odesłanie do Fundacji kartonów książek. Wyrastałam w domu gdzie były w domach opasłe biblioteki, więc wydawało mi się normalne, że muszę mieć na książki osobny pokój. Nie muszę. :) Zostawiłam najbliższe sercu egzemplarze, pewnie z 50 sztuk i czytnik.
    Na koniec sprzęty kuchenne, elektronika i wyselekcjonowanie sobie tylko ulubionych elementów z zastawy.
    Mieszka mi się teraz totalnie wspaniale.
    Przekonałam się, że w moim przypadku minimalizm daje wolność.

  6. Nowy wpis <3
    Właśnie wychodzę z pułapki niekupowania nowych rzeczy. Licznik wciąż bije – póki co 1,5 roku tylko używane, ale jeeeny, zdałam sobie sprawę, że to wcale nie jest takie super. Najpierw było miło, większość fajnych rzeczy znajdowałam na vinted, ale doszłam do momentu, kiedy zużyły mi się wszystkie czarne legginsy. Polowanie na używane (w dobrym stanie) nie przyniosło pożądanych rezultatów i doszłam do wniosku, że już lepiej kupić te legginsy w podłej sieciówce, niż w imię ekologii nie mieć podstawowej części garderoby :P

    1. Też tak mam, i nie czuję się z tego powodu winna.
      Second hand kupuję już od 15 lat (brytyjski eBay to kopalnia fajnych rzeczy), zaoszczędziłam majatek. Do moich perełek należa dżinsowe spodnium Citizen of Humanity, które przyszly z metka $425, a ja kupiłam za skromne $25. I wiele innych. Mam w pracy dress code, to też kosztuje. Nie chce mi się latać po sklepach, mierzyć i ogladać. Ale poddaję się przy skapetkach, gatkach, rajtach itp. Kupię w Primarku, H&M, na rynku, gdziekowiek. Szkoda mojego czasu na spinanie się

  7. Przez pandemię przeszłam praktycznie wyłącznie na pracę zdalną. Zrewidowałam swoje podejście do wygody ubrań. Już wcześniej wydawało mi się, że ważny jest dla mnie komfort ale gdy po kilku miesiącach nienoszesznia pijących rurek włożyłam je ponownie, doszłam do wniosku nigdy więcej. Przez to, że o dużo mniej wychodzę to nie potrzebuję nowych ubrań choć na początku było to trudne. Cały czas coś kupowałam a potem nie zakładałam bo nie miałam gdzie. Zainwestowałam też w Twoją książkę by sobie z tym pomóc. Teraz stwierdzam, że kupię coś jeśli naprawdę będzie mi potrzebne, czyli generalnie rzadko to robię:D

  8. Super artykuł! Fajne podsumowanie :) ja dodam od siebie taką prośbę, że chciałabym zobaczyć jak wygląda teraz Twoja szafa :-)

    1. Dzięki! Raczej nie planuję, bo ani mnie „szafiarskie” posty nie interesują – w sensie robienia ich – ani nie bardzo chcę czytać opinie na temat tego co jak wygląda, plus większość moich ubrań ma po kilka lat, więc nie da się ich już kupić. Ale Kasia z Simplicite robi takie posty :)

  9. Zapomniałam jeszcze dodać, że również mam turbo przesyt eko marketingiem i polską modą.

    Zawiodłam się już tyle razy.
    Dwa komplety dresów z Elementów pruły się przy każdym nakładaniu i straciły kolor.
    Kupione w tym samym czasie dresy z COSa są jak nowe. Mam też sporo zarzutów do dresów Nago.

    Kwintesencją jest MLE i sukienka na której zrobiły się plamy od kropel wody. Nie dało się ich wyczyścić w pralni, a pieniądze dostałam z powrotem dopiero jak zaczęłam straszyć Biurem Ochrony Konsumenta. :/ (Pani w pralni powiedziała, że to tkanina zasłonowa).

    Cieszę się, że zakupy nie sprawiają mi już takiej przyjemności bo nawet nie wiem gdzie je robić. ;)

    1. Mam bardzo podobne spostrzeżenia jeśli chodzi o wymienione przez Ciebie marki, choć udało mi się oszczędzić sobie przekonywania się o tym na własnej skórze i portfelu, wystarczyły mi zdjęcia używanych Elementów albo Nago-ów na vinted, które wyglądały jak sprane najtańsze sieciówki.. T-shirt COSa z second-handu jest nie do zajechania :)

      1. to mnie załamałyście, bo właśnie dałam do skurcenia świeżo kupiony trencz z Elementów, więc już go nie zwrócę.

    2. Joanno, miałam pisać wiadomość na priv, ale widzę po komentarzach, że na Twoim blogu są ludzie Twojego pokroju i może komuś się przyda mój komentarz ;)
      Bardzo dziękuję za książkę Wychodząc z mody! Jest tak kompleksowa, z mnóstwem naprawdę przydatnych rad, a nie w stylu „10 sposobów na…, przy których ma się dość od samego czytania :P a co dopiero realizacja.
      Ja ostatnio mocno odczułam nadmiar ubrań. Mam dwie małe dziewczynki i częściowo zostawiałam niektóre ubrania, na potem, na prezent :P, z kiepskimi kolorami czy naprawdę paskudnymi materiałami (szkoda nawet pisać co można wyprodukować dla dzieci, coś co na pewno ubraniem nie jest a już na pewno nie dla dziecka…) i tak się nazbierały te rzeczy. Chcąc ogarnąć trochę przestrzeń postanowiłam je oddać (tak, bo kupować nikt nie chce). I co się okazało? Że za darmo też ich nikt nie chce. Dwoiłam się i troiłam, żeby całe duże pudło mimo wszystko nowych albo używanych ciuchów w dobrym stanie nie wylądowało na śmietniku. Bez skutku. Nigdzie i nikt tego niw chciał! Okazało się, że ludzie na OLX sprzedają całe wory ubrań dla niemowlaków i małych dzieci za bezcen. „Z pomocą” przyszło mi oddanie ubrań uchodźcom z Ukrainy. A potem okazało się, że mam jeszcze kilka ubrań… pomyślałam, że oddam przy następnej zbiórce rzeczy. I co? W wytycznych dotyczących oddawanych rzeczy było: prosimy o niedawanie ubrań – rynek jest już tym nasycony…
      PS.: Udało Ci się znaleźć dobrej jakości skarpetki? Hehe jest to dla mnie teraz naprawdę wyzwanie :)

      1. To prawda, niełatwo się pozbyć ubrań, zwłaszcza damskich! Dziękuję za ciepłe słowo i cieszę się, że książka Ci pomogła :) Co do skarpetek – najlepsze jakie mam są z Marc O’Polo ale takie grubsze bawełniane z H&M też się zadziwiająco długo trzymają.

      2. Wszystkim poszukiwaczkom i poszukiwaczom porządnych skarpetek polecam skarpetki polskiej firmy Estera https://esterashop.com/ . Wybór materiałów, kolorów i jakość (a przy tym wszystkim jeszcze dobra cena) to takie złoto, że odkąd odkryłam około rok temu, polecam wszystkim :DD

    3. Gratuluję, że udało Ci się dostać zwrot z MLE. Moją reklamację odrzucili, po sprzeciwie wysłali rzecz do rzeczoznawcy, który stwierdził, że wada jest nieistotna. Teraz szukam sama drugiego rzeczoznawcy, bo nie zgadzam się z tym, że to normalne, że jakiekolwiek ubranie po kilku praniach nadaje się do śmieci. Miałam taki okres, że kupowałam polskie marki, chciałam mieć rzeczy robione lokalnie i coś bardziej unikalnego. Niestety, w większości rzeczy są źle skrojone, słabej jakości, projekty kopiowane z sieciówek (czy może być gorzej?), a jak widać z reklamacjami jest problem. To w ogóle bardzo dziwne, bo latami niczego nie musiałam reklamować, rzeczy zaczynały mi się niszczyć po latach noszenia.

  10. Cieszę czytając Twój post, lubię jak piszesz.
    Wygoda faktycznie zdominowała kryteria wyboru, bardzo mało kupuję i staram się jeszcze mniej. Najczęściej to odzież outletowa z poprzedniej kolekcji zakupiona na allegro, której firma daje nowe życie. Polubiłam się na nowo z bluzami.

    Z dumą w końcu posprzątałam piwnicę i odkryłam masę nowych(!) nigdy nie założonych, zapomnianych ubrać oraz trochę używanych, czekających na jakiś nie nadchodzący, lepszy czas.
    Spakowałam je wg wzoru: kilka na sprzedaż na vinted/olx, cześć oddałam kuzynce, która zaczyna pracę zawodową, wiec to chciałaby prezent (sama wybrała, co chciała) a pozostałe podzieliłam na nowe i używane. Używane wybrałam i poskładałam. Całość planuje wysłać do UOD (ubrania do oddania) na Bokserską 64, Warszawa, by zyskałby nowe życie np. u usamodzielniających się zawodowo i życiowo kobiet z Ukrainy. Bardzo polecam!

    1. Dzięki za wtręcik o UOD. Nie wiedziałam, że coś takiego istnieje (nie siedzę w temacie ubraniowo-recyklingowym), a teraz kończy się trzecie pranie i w poniedziałek pojadą dwa kartony. Jaram się i w weekend podam info dalej w rodzinie.

  11. Miałam dziś podobnego typu przemyślenia tylko dotyczyły śmieci, segregacji itd. Całe swoje dorosłe życie segregowałam te śmieci, na suche, mokre gdy jeszcze nie było tak o tym głośno. Zawsze wyobrażałam sobie ludzi, którzy segregują nasz cały syf i myślałam, ze najnormalniej w świecie łatwiej będzie posegregować worek suchych niż zmieszany z mokrymi. Wiele lat toczyłam wojny z rodzicami na ten temat. Aż w końcu zaczęli segregować :) A teraz pod moim blokiem stoi 5 kontenerów, każdy na inny rodzaj odpadów. Po każdy kontener przyjeżdża inna śmieciara. I tak dzień w dzień. Czasami się zastanawiam czy może jednak ten zwiększony ruch smieciar suma Summarum nie jest gorszy niż te całe smieci. Nie wiem. Płacimy za to coraz więcej i ok, gdzieś tam z tylu głowy mam romantyczne przesłanie, ze te pieniądze są dla dobra planety. Chociaż dobrze wiem, ze tak nie jest. I najnormalniej w świecie mam przebłyski o tym, że te moje „śmieci” są NICZYM w porównaniu z tym jak zanieczyszczają świat wielcy tego świata i maja to gdzieś. I żadne górnolotne hasła o tym, ze w grupie siła i im więcej osób tym będzie lepiej nie przekonują mnie. Bo to nie prawda. Więc ostatnio coraz częściej wyrzucam wszystko „jak leci”. Co wcześniej byłoby nie do pomyślenia. Dalej segreguje bo mam taką naturę, ale nie dramatyzuje już jak kiedyś gdy wrzucę wszystko do jednego worka.
    To samo z ubraniami. Wszystko jest teraz eko, green itp. A ilość tego badziewia (tylko tym razem green) w sklepach nagle nie zmniejszyła się. To nadal będą śmieci tylko z „makulaturową” metką. Niczym więcej. Wszyscy są minimalistami, wyrzucają tony ubrań z domu, innych niepotrzebnych rzeczy i kupują eko. Dwa razy więcej tego eko, bo przecież to dla dobra planety?! Nie jestem w stanie tego pojąć. Wszędzie tylko i wyłącznie biznesy, nic więcej.
    Te przemyślenia może dla niektórych nie są na temat tego postu, ale jak sie człowiek głębiej nad tym wszystkim zastanawia to dochodzi do dziwnych wniosków. Może czas na sen :)

  12. Zbijam piątkę w kwestii nadmiernego obłażenia ubrań przez zwierzątka ;) podczas pandemii przybyły mi 2 koty z przewagą białego na futrze i podstawą obecnych zakupów jest to czy będzie tę sierść widać na ubraniu i czy łatwo ją zdjąć.

  13. Alez mnie ucieszyl newsletter i nowy wpis do porannej kawy :)
    Nie mowica juz o piosence Summer on my mind – ktora sprawila, ze postanowilam, ze musze ale to musze dodac komentarz. Tak sobie pomyslalam, ze jesli kiedykolwiek wpadniesz na pomysl podzielenia sie lista na Spotify to ja pierwsza!
    Co do ubran zgadzam sie w 100%, szczerze mowiac mialam mniej wtop jak wpadalam czasem do sieciowek i wybieralam cos co skradlo moje serce (od 10 lat mam ukochane dwie poliestrowe sukienki w kwiaty z Zary :D ) niz kiedy poddalam sie modzie na male, POLSKIE, eko marki – eh te wbijajace sie nie tam gdzie trzeba body z eko bawelny (ale ja nienawidze body!), albo eko t shirty za 200 zl, ktorych kroj mi kompletnie nie odpowiadal, nie mowiac o bawelnianej sukience, ktora po jednym praniu miala powywijane szwy, a reklamacja nie zostala uznana – w koncu powinnam bawelniana sukienke prac recznie! Brrrr….
    Teraz kupuje to co chce, jesli ma to byc kaszmirowy czarny golf to go znajde i kupie, nie krzyzujac sie, ze na pewno po roku poszukiwan w lumpeksie bym go znalazla :D
    Asiu, tym przydlugim komentarzem – zycze Ci slonecznego weekendu!

  14. Cześć,
    bardzo ciekawy post. Bardzo dużo nauczyłam się z Twojej książki, którą pożyczyła mi przyjaciółka -później kupiłam egzemplarz dla mamy. Wiele rzeczy mi ponazywała, trochę to zajęło, ale myślę, że jestem już bliżej niż dalej dojścia do punktu szafy z ubraniami, które rzeczywiście noszę z przyjemnością. Ponadto udało mi się odzyskać pieniądze za trzy pary jeansów, które w jakiś sposób rozpadły się po pierwszym praniu, opisane przez Ciebie tematy przełożyły się na to, co moja uwaga wychwytuje każdego dnia (pojemniki PCK, wyobrażanie sobie tego, co się później dzieje z tymi ubraniami itd.). Cena, jaką płacę to trochę częstsze poczucie bezradności albo swoistego ,,odstawania”, bycia ,,niszczycielem zabawy” kiedy nie bardzo podniecam się zamówieniem tony poliestrów złożonych przez koleżankę w momencie chandry na Popularnym Tanim Chińskim Portalu. Wciąż uważam, że warto i bardzo Ci dziękuję.

  15. Pamiętasz akcję z początku pandemii #wspierampolskiemarki? Wkręciłam się na maxa. Kupiłam wtedy fioletowy garnitur o fikuśnym fasonie od Natalii Siebuły. Wełniany, perfekcyjnie odszyty, za połowę ceny. Grzech nie wziąć, nawet za ostatnie pieniądze.

    W przeciągu dwóch lat założyłam go raz. Na godzinę.

    A w ogóle to co to za pomysł kupować garnitur, gdy wszyscy kupują dresy i chodzisz co najwyżej z dziećmi do lasu? I nie że niewygodny, ale jednak dresy można wrzucić do pralki. Niekwestionowana przewaga. Epilog tej historii jest taki, że sprzedałam go na vinted. Z zyskiem. Bez żalu.

    Mocno byłam wtedy wkręcona w polskie-najlepsze. Dziś kupuję basicowe t-shirty w serek z Massimo Dutti za 69 zł, bo relacja jakości do ceny bije na głowę wszystko co miałam do tej pory. Na myśl o poszukiwaniach nowego TOP robię się chora.

    Na wyprzedażach tej zimy kupiłam loafersy od Moniki Kamińskiej. Takie które gdy zobaczyłam je jeszcze latem, to pomyślałam: co za upiorki. Do zimy jednak Monika Kamińska umiejętnie mi je sprzedała. No i za połowę ceny, NAJWYGODNIEJSZE buty na rynku?

    Przyszły. Za duże.

    Rozmiar mniejsze by nie pasowały, zresztą wszystko rozeszło się na pniu. Odsyłać żal za takie pieniądze. Co zrobiłam: dokupiłam wkładki i zabrałam ze sobą na ferie w hotelu. Buty jeszcze się rozbiły. Z ogromnym żalem będę musiała się z nimi pożegnać. Żalem i udręką, bo bardzo takiego modelu potrzebuję w swojej szafie.

    Jaki jest morał: złapałam się jak ostatnia idiotka na gadkę o najwygodniejszych butach. O wyśmiewaniu marki Ryłko, która nie tylko zrobiła identyczne buty jak MK, ale nawet nadała im taką samą nazwę, że te ich Audrey są na niewygodnym kopycie i że to widać gołym okiem. A ja mam haluksy, nie stać mnie na niewygodne kopyta. I nie chcę tu bronić Ryłko, bo z ich butami mam osobną historię (spoiler alert ich buty wbrew obietnicom koszmarnie mi się noszą). Chcę powiedzieć, że stopy są różne.

    Chciałam jeszcze napisać o kaszmirowych swetrach z vinted, ale chyba już za bardzo przeciągam. Więc krótko: kaszmiry z pierwszego obiegu są dla snobów. Zupełnie bez sensu przepłacać.

    Tyle, dziękuję i pozdrawiam najserdeczniej!

    1. Hejka, a to ciekawe z tymi butami Ryłko, bo mi z kolei noszą się wygodnie. Jednak stopy są różne i trzeba sprawdzać.

    2. Ja sie tze przejechalam na butach od niszowych polskich marek- buty Balagan, moze i piekne, ale tak delikatne, ze tylko do chodzenia po domu albo jezdeznia autem (którego nie mam od lat). W ryłko zawsze znajdę, to czego potrzebuję, w rozsądnej cenie i jak dla mnie, bardzo dobrej jakości, od lat.

    3. ja też się złapałam na marketing najwygodniejszych butów. butów, które miały mi towarzyszyć codziennie przez długie godziny. tyle pozytywnych opinii – co mogło pójść nie tak?

      ano obtarły mnie do krwi tak, jak jeszcze nigdy żadne buty :( zdecydowanie za sztywna skóra. wracałam z teatru na boso.

      od tamtej pory dzielę przez cztery zapewnienia o wygodzie przez wszystkie polskie marki. nie wszystkie są tak wygodne, jak chciałyby by być. zwłaszcza w sytuacji, gdy szyją np. one size…

      wróciłam z podkulonym ogonem do swoich sprawdzonych marek. mi akurat w ryłko wygodnie, chociaż sandałów na moją stopę nie robią dobrych niestety:)

    4. Ja mam sandały od Ryłko, noszę czwarty rok, skórzane. Mam dwie pary – to jak zawsze zależy.
      Mój mąż zainwestował w Tropicfeel z recyklingowanych butelek i po pół roku reklamował, gdzie buty wstrętnej i złej marki Nike spokojnie starczają na 3-4 lata.
      A Moniki Kamińskiej całe szczęscie nie trawię, jak widzę jej reklamy na Insta niezmiennie zgłaszam jako spam ;)

      1. Bardzo bym prosiła o powstrzymanie się od personalnych wycieczek w komentarzach. A a propos butów – zgadzam się że stopy są różne, mnie np obcierają Melissy do krwi, a dla wielu osób są mega wygodne. Marki mają też różne rozmiarówki i też mi się zdarzy wypaść między dwoma rozmiarami – mam tak np w Wojasie.

    5. Kochana, zaprzyjaźnij się z „filozofią” i ofertą marek barefoot, czyli butów, które mają nie przeszkadzać naszym stopom normalnie funkcjonować. Dla halluksówców (tez się zaliczam) I nie tylko.

    6. A co do kaszmirów to się nie zgodzę. Ja zupełnie nie rozumiem kupowania na vinted. Tzn. bardzo mi się podoba że innym się to sprawdza, ale ja odsyłam 90% zamówień online bo na mnie nie pasują tak jakbym chciała. A jednak na vinted nie odeślę więc ryzykuję że z tym zostanę. No chyba że mówimy o second handach, ale wszystkie kaszmiry które tam widziałam były niestety w złym rozmiarze albo wykurczone od złego prania.

  16. Ja na szczęście kupuję głównie w sh. Miałam moment zadumy nad wspieraniem małych, polskich marek, ale że zawsze uwzględniam stosunek jakości do ceny, to nigdy mnie nie kusiło, żeby ulec presji reklamy i popłynąć w zakupowe „ratowanie świata”, jak się nam to przedstawia. W pandemii kupuję jeszcze mniej, bo zwyczajnie mniej rzeczy mi się niszczy. Dresów nadal nie mam i nie planuję. Odkryłam vinted i sprzedałam tam te ubrania, co do których byłam zdecydowana, że nie chcę ich oddawać za darmo, ale nosić ich też nie chciałam. Z butami to droga przez mękę, znaleźć wygodne, które nie są sneakersami, to dla mnie prawie niewykonalne. W grudniu udało mi się kupić za ułamek ceny nowe buty „z górnej półki” – po dwóch pierwszych wyjściach miałam plastry na piętach, a teraz pierwszy raz w życiu żałuję, że robi się ciepło, bo niedługo powędrują do szafy :)

  17. Nauczylam sie ze kupujac jakakolwiek rzecz (no moze poza jakims super dizajnem), musze liczyc sie z tym, ze byc moze nie uda mi sie jej za zadna, nawet symboliczna, cene pozniej odsprzedac. Czyli ze „kupimy, a potem zobaczymy”, to kiepski pomysl.
    Jak juz ktos pisal – nawet za darmo ludzie nie chca.
    Wiec siedza do dzis w szafie (jak wyzrut sumienia ;) nowe, skorzane botki na obcasie (nie nosze obcasow!), bo nie mam komu oddac, a wyrzucic szkoda.

  18. Cieszę się, że o tym piszesz. Ubrań prawie nie kupuję, jak już to w lumpeksie lub jakies pojedyncze sztuki bielizny nowe. Mimo, że trudno mi znaleźć brakujące elementy garderoby wśród używek to zatwardziale nie chciałam kupowac nic nowego, bo jak to, przecież to zle, nieetyczne itp. Zaczęłam się zastanawiać czy kupić coś nowego i mieć to na sumieniu czy trwać w imię zasad. Kiedy przeczytałam co napisałaś trochę mi ulżyło, przecież ostatecznie nie ma się co biczować.

  19. A ja trochę z innej beczki. Po przeczytaniu newslettera od Ciebie i jako UI Designer z wypiekami na twarzy wyczekuję nowego szablonu na Twoim blogu! :) Zwłaszcza, że mówi o tym, że nie masz w planach rzucania pisania bloga, a to jest bardzo dobra wiadomość. :)

  20. Od ponad 3 lat pracuje z domu. Przez 2.5 roku chodziłam w dresie przez 6 dni w tygodniu. I mam zwyczajnie dość. Zaczęłam kupować zimowe sukienki i nosić z leginsami, wygodnymi rajstopami. Mam 2 pary wygodnych spodni nie-dresów) i szukam kolejnych. Zaliczyłam Kilka wpadek zakupowych, rzecz jasna. Zimą noszę ładne swetry, a czasem nawet zakładam jakieś bizu. Także wygoda owszem, ale stawiam też na wyglad więcej niż kiedyś, żeby czuć się ze sobą lepiej i korzystać na codzień ze wspaniałych ubrań, które mam.

  21. Fajnie, że wróciłaś na bloga ? Czy na YT też będziesz? Jesteś w stanie polecić jakieś sklepy z trochę „niższej półki” gdzie też można dostać nie najgorsze rzeczy?

  22. Pierwsze, co mi się nasuwa, to…rozmiar ubrań :)
    A zupełnie poważnie – kupuję zdecydowanie mniej. Kupuję bardzo mało i tylko wtedy, gdy muszę. Ostatni zakup to spodnie dżinsowe, bo została mi jedna para, po tym gdy druga, namiętnie noszona, nie wytrzymałam próby czasu (po 4 latach).
    Nie załapałam się na „wspieranie rodzimych marek”, bo niw mieszkam w PL i ich zwyczajnie nie znam. A ubrania tych, które kojarzę, zupełnie nie przypadają mi do gustu (rozmiar i krój „oversize” działa na mnie mocno negatywnie”.
    Przy zakupach patrzę na metkę. O ile wcześniej z marszu odrzucałam wszystko made in biedny kraj/wyzyskiwani pracownicy, o tyle teraz przeważa skład. Bo liczy się dla mnie to co naturalne i wygodne.
    Moda? Nie wiem, co jest na czasie. Obserwując na codzień ludzi w berlińskim metrze, mam wrażenie, że wszystko. Może nawet ja :)

  23. U mnie może to głupie ale zmieniło się właściwie wszystko teraz już nie liczy się w sumie czy dane ubranie pasuje do siebie czy nie, ważne aby było wygodne i spełniało swoją rolę. Przez to nie chodzenie do biura praktycznie zapomniałam o szpilkach i spódnicach, zastąpiły je lekkie adidasy i dresy. Zauważyłam jak dużo robiło się nie dla siebie ale „bo co ludzie powiedzą” W tej chwili jak czasami jestem w biurze to większość ludzi bardzo stonowała swoje stroje i większość jest teraz na luzie.

  24. Na szczęście w trakcie pandemii odzwyczaiłam się od kupowania masy ubrań. Ostatnie większe zakupy robiłam ponad rok temu. Parę miesięcy temu kupiłam 2 pary spodni po pracy, na wymianę tych które się zniszczyły. Buty kupuję ze swoją zniżką pracowniczą w sieciówce, mierzę do bólu, aż jestem całkowicie pewna decyzji. Ostatnie kupiłam 3 lata temu, na wymianę poprzednich. Na jesieni kupiłam puchówkę z carry, planuję ją nosić kolejne kilka lat, uprana w domu na koniec sezonu przetrwała bez szwanku. Niepotrzebnych ubrań i książek pozbyłam się na vinted i olx. Przy okazji black week zainwestowałam w kindle i od tej pory książki trafiają tam, jestem bardzo zadowolona z tego zakupu. Uznaję, że minimalizm w szafie bardzo mi pasuje i na pewno nie wrócę do poprzedniego stylu.

  25. Dzięki za ten wpis! Ale życie jest ciekawą drogą, prowadzi do miejśc, o których nigdy by się kilka lat wcześniej nie pomyślało…
    Bardzo cieszy mnie minimalizm, dużo nauczyłam się od całego ruchu slow.
    Ale – nadal lubię delikatne sukienki i ciekawe swetry, i bluzy do biegania takie ładne, że spędzam w nich cały dzień. Po odchowaniu trójki dzieci odkryłam na nowo swoją kobiecość i seksualność. Uwielbiam dobrą bieliznę, taką, w której moje (ciepłe, czułe, silne, wytrzymałe, mądre) ciało rozkwita i samo tańczy. Czasem pod codzienne spodnie i koszulę w kratkę zakładam swój najładniejszy gorset, Mam też wspaniałą podomkę inspirowaną japońskimi kimonami.
    Na co dzień chodzę w ulubioych butach do biegania, ale na randki ubieram wysokie obcasy. Chociaż nikt już tego nie robi…
    Prawie wszystko kupuję z drugiej ręki, jesli coś mi przestaje pasować – odsprzedaję albo podaję dalej. I pewnie mogłabym cały ten czas spożytkować wspanialej. Ale cieszy mnie komponowanie kolorów, zestawianie wzorów, cieszą mnie komplementy i błysk w oku mojego partnera…

    1. A tam wspanialej, to brzmi totalnie wspaniale! Jakbyśmy wszyscy spędzali życie tylko na „pożytecznych” czynnościach, to poumieralibyśmy z nudów, a życie byłoby dużo mniej piękne :)

  26. U mnie zmieniło się to, że przestałam zwracać uwagę na polskie marki. Za dużo rozczarowań + reportaż Tygodnika Powszechnego o warunkach pracy polskich szwaczek + greenwashing i wtopy w stylu Veclaim. Kupuję gdzie chcę bez wyrzutów sumienia, staram się to po prostu robić rzadko. I być uczciwa wobec siebie, zauważać w jakich momentach, stanach emocjonalnych pojawia się chęć na zakupy. Odpuściłam też zupełnie śledzenie trendów, instagrama, blogów i stron o modzie. To już nie mój temat. Co nie znaczy, że nie chcę dobrze wyglądać. :) Inspiracji szukam jednak gdzie indziej.

  27. Ja donaszam to, co mam już od ponad 2 lat. Zostalam mamą, przeprowadziłam się z Warszawy w Karkonosze i większość mojej miejskiej garderoby nie ma tu najmniejszego sensu :)
    Chciałabym wyglądać lepiej niż teraz (ubraniowo), ale głowa mnie boli od samego myślenia o poszukiwaniach nowych ciuchów, jak doszczętnie zedrę te, które mam. Dla dziecka kupuję tylko na olx/vinted, prócz butów. Chętnie przygarnęłabym wiedzę o markach wygodnych codziennych ubrań dobrej jakości.

    1. Ja podobnie, przeprowadziłam się z Warszawy na południe Polski. Co prawda nie mam dziecka, tylko pracę zdalną, ale to tez spowodowało, że nie mam praktycznie potrzeb zakupowych. Nie muszę wyglądać elegancko i donaszam to, co mam. Jakieś pojedyncze sztuki ubrań musiałam ostatnio dokupić, bo stare były już mocno zniszczone. Zaangażowałam się w szukanie zamienników dobrej jakości i najlepiej z polskich marek, ale trudno znaleźć coś odpowiedniego co dobrze leży, więc dodatkowo musiałam ponieść koszty zwrotów. To była droga przez mękę, nigdy nie lubiłam zakupów, a narzuciłam sobie jakieś super wysokie wymagania, które wręcz utrudniały zakup. Teraz wróciłam do etapu „noszę to co mam dopóki się nie porwie” :)

  28. Ja niestety nie ogarniam swojej szafy. Tuż przed zajściem w ciążę przeczytałam Twoja książkę i przeorganizowalam swoją szafę. Później w ciazy, wszystkie moje gotowe zestawy ubraniowe wylądowały w pudełku na strychu. Po ciąży 90% ubrań z pudla na strychu sprzedałam lub oddałam, zmieniła mi się sylwetka i te ubrania zupełnie mi nie odpowiadały, tymbardziej do mojego obecnego stylu życia. Eh… utknęłam w martwym punkcie i mam wrażenie, że moja szafa zupełnie mnie nie jara, bo i tak za każdym razem jak do niej zaglądam wybieram, to co zwykle. Codziennie chodzę w tym samym. Cały czas szukam czegoś, co by mogło odmienić szafę, zwykle na Vinted coś znajduje. Te rzeczy tylko pogarszają sytuacje i wprowadzają więcej chaosu.

  29. Również byłam na Mayerlingu, bardzo mi się podobał. Natomiast ubiór widowni mnie zasmuca. Odpowiedni strój świadczy o naszej kulturze, szacunku do miejsca i innych osób. Dobrze, że jeszcze orkiestra wygląda godnie, a nie przychodzi grać w dresach.

  30. Życiowy wpis :-)
    Mnie zmieniła sie figura i rozmiar. Siłą rzeczy musiałam wymienić część garderoby.Nagle poczułam,że nie muszę koniecznie mieć obcisłych spodni, podkreślać,że jestem taka chuda, że mam ochotę, na lużne spodnie, oversizowe bluzki, że pragnę wygody, postawiłam na miękkie materiały, część rzeczy znalazłam w szafach- takie vintydże, coś dokupiłam, staram się nabywać bez szaleństw i tyle.Regularnie przeglądam szafy i oddaję to czego nie potrzebuję, bo nadmiar mnie rozprasza.
    Rozmawiałam, tez ostatnio z panią, która prowadzi second hand i ona mówiła,że z jej obserwacji wynika,iż ludzie postawili na bardziej praktyczne stroje, mniej sprzedaje kreacji na sylwestra itp.Coś sie zmieniło, ewidentnie.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *