Jak zmieni się moda po koronawirusie?

Kiedy zapytałam Was na Instagramie, co Waszym zdaniem zmieni się w modzie po pandemii, najczęstszą odpowiedzią było: “nic”. Nie zgadzam się z tym. Może pozornie wszystko wróci do normy, ale historia uczy nas, że takie kryzysy zawsze przyspieszają zmiany społeczne. Pytanie brzmi: w którym kierunku pójdzie ta zmiana?

Przez media społecznościowe przewija się ostatnio głównie nostalgia. Tęsknimy za tym, co było – za codziennością w biurowcach, urozmaicaną szybkimi zakupami na wyprzedaży i weekendowymi wypadami do Włoch. Martwimy się o topniejące oszczędności i o to, że nie będzie nas stać na dotychczasowy poziom życia. Problem w tym, że od dawna nie było nas stać na tanią modę i tanie podróże, tylko usilnie staraliśmy się ignorować rachunek. Przez dekady żyliśmy na kredyt kosztem naszej planety.

W mojej nowej książce (jest już na ostatniej prostej!) w wywiadzie z Anną Piętą pojawia się porównanie  eksploatowania zasobów przez rabunkowy kapitalizm do tubki pasty do zębów. Wiecie, jak to z tą pastą jest – niby się skończyła, ale jeszcze przez 2 tygodnie dajemy radę coś z tej tubki wycisnąć. Ale kiedyś pasta w końcu się kończy. To kiedyś jest teraz.

Widziałam video, w którymi Naomi Klein, autorka No Logo i osoba mądrzejsza od większości z nas, zastanawia się, dlaczego politycy za wszelką cenę chcą ratować te najbrudniejsze biznesy, jak statki wycieczkowe czy tanie linie lotnicze. Dlaczego tak bardzo chcemy wrócić do tego, co było, skoro prowadzi nas to do katastrofy ekologicznej dużo poważniejszej w skutkach, niż koronawirus. Dlaczego by nie wykorzystać tego momentu na dotowanie eko rozwiązań, na pokazanie że jest 2020 i kupowanie coraz większej liczby plastikowych ubrań nie jest jedynym sposobem na rozwój.

Wiadomo, że proces przerzucenia się na bardziej zielone tory nie jest prosty. Ale to, co najbardziej stoi na przeszkodzie, to niewyobrażalna chciwość wielkich korporacji i zależnych od nich polityków.

Czy możemy liczyć na to, że Andrzej Duda z Donaldem Trumpem obudzą się jutro rano i uznają, że ekologia to priorytet? Raczej nie. Oczywiście możemy chodzić na protesty, wywierać presję i, co najważniejsze, głosować na możliwie zielone opcje. Ale zawsze jest coś, co możemy poprawić w swoim zachowaniu jako jednostek. Jakiś kroczek, który może nas przybliżyć do bardziej harmonijnego funkcjonowania.

Kiedy tylko skończy się kwarantanna, sklepy rozpoczną gigantyczne wyprzedaże, żeby pozbyć się zalegającego im w magazynach towaru i odzyskać chociaż część kosztów. Zobaczcie, co powiedział w wywiadzie prezes LPP, czyli korpoparasola nad Reserved, Sinsayem czy Mohito.

Kiedy z powrotem otworzycie sklepy, powiedzmy w maju – czy tam w ogóle będzie towar? Czy ma szansę dotrzeć zza granicy?

Tam będzie za dużo towaru. Cała branża ma go zbyt dużo. Zniknęły dwa miesiące handlu, a towar do nas płynie i musimy za niego płacić. W dodatku ten asortyment, który sprzedajemy w marcu i kwietniu – rzeczy cieplejsze – nie sprzeda nam się w momencie kiedy zrobi się już gorąco. Nikt nie będzie tego chciał.

W sieci już widać pierwsze ostre promocje dotyczące odzieży. Tak będziecie się ratować?

Nie ma wyjścia, wszyscy będą zbijać ceny. To jest konieczność.

Swoją drogą, to ten sam pan, który niedawno mówił, że nie ma co się wyrywać z tą ekologią przed szereg i jego zadaniem jest przede wszystkim robić biznes.

Problemy z zalegającym towarem będą miały prawie wszystkie marki. I te z gigantycznymi obrotami, i te najmniejsze. Teraz koncept “głosowania portfelem” naprawdę nabiera mocy. Dla wielu marek to być albo nie być.

Nie namawiam Was do kupowania rzeczy, których nie potrzebujecie. Ale jeśli i tak mieliście w planach zakupy, to zastanówcie się u kogo składacie zamówienie. Ja bardzo się z tym ostatnio pilnuję. Kiedy skończył mi się krem do rąk, zamiast wyprawiać się do Rossmana po produkt wielkiego koncernu, zamówiłam bananowy sztyft z Ministerstwa Dobrego Mydła. Potrzebowałam majtek – zamówiłam parę w swojskie dmuchawce z Pan tu nie stał. Droższe? Pewnie, że tak. Ale stać mnie na te rzeczy i uważam takie wybory za swoją odpowiedzialność.


#wspierampl, czyli polskie marki w potrzebie – akcja zniżkowa


Nie wiem czy wiecie, ale polskie marki zorganizowały się ostatnio w akcję #wspierampl. Polecają się nawzajem, oferują rabaty, by utrzymać przepływ gotówki.

Moja marka piżamowa Lunaby też bierze udział w akcji. Z hasłem #wspierampl zrobicie zakupy z 15% zniżki. Jeśli myśleliście o zakupie naszych piżam, to jest dobry moment.

Na razie nie mamy jak wypuścić nowej kolekcji. Doszywamy parę brakujących modeli, ale generalnie w sklepie jest to, co jest, a jak się sprzeda, to nie będzie. Jeśli więc macie coś na oku, to nie czekajcie.

nasze piżamy przez najbliższe dni zamówicie o 15% taniej z kodem #wspierampl – nie znam  jeszcze daty końcowej akcji

Od dawna chodziły mi też po głowie zmiany w Lunaby – moje piżamy powstały już 6 lat temu (!) i wiele się przez ten czas zmieniło. Nie mogę Wam jeszcze zdradzić, jak dokładnie te zmiany będą wyglądały, bo to dość nowatorski pomysł i muszę się upewnić, że będziemy w stanie go dowieźć, ale obiecuję, że jako Czytelnicy mojego bloga dowiecie się pierwsi. Na razie daję tylko znać, że jeśli macie chrapkę, na któryś z naszych obecnych modeli, to nie warto się wstrzymywać z zakupem.

Wracając do tematu: wiadomo, że nasze indywidualne wysiłki to nie wszystko i potrzeba zmian systemowych. Może trzeba obciążyć korporacje odpowiedzialnością za śmieci, które powstają z ich produktów – to zmusiłoby ich do projektowania z takich materiałów i w taki sposób, by recykling był łatwy i opłacalny. Może wymusić obieg zamknięty. Może jeszcze coś innego. Ale małe, codzienne kroki też są ważne. Epidemia pokazała nam, że potrafimy się zmobilizować, jeśli trzeba i robić rzeczy, które do niedawna nie mieściłyby nam się w głowie. Albo nie robić tych, które uważaliśmy za oczywistą oczywistość. Może uda nam się to powtórzyć w walce z kryzysem klimatycznym? Do niedawna to był odległy, niesprecyzowany wróg, który może i szkodził, ale gdzieś tam na biegunach czy na innym “końcu świata”. Ale ostatnie pożary w Australii chyba w końcu nam uświadomiły, że jeśli drastycznie nie przebudujemy sposobu, w jaki funkcjonujemy na tej planecie, takie katastrofy niebawem staną się dla nas codziennością. Liczę, że wyciągniemy z tego wnioski.


No dobra, a co może zmienić się w modzie z takich bardziej praktycznych, przyziemnych rzeczy?


  • Marki wyciągną lekcję i dopracują swoje sklepy online. Wiele wielkich marek, z H&M na czele, ma spory dług technologiczny, a ich sklepy mocno odbiegają od internetowych standardów. Te, które sobie radzą, będą jeszcze mocniej inwestować w rozwiązania pomagające klientom dobrać właściwy rozmiar i ograniczyć zwroty. Swoją drogą, wiedzieliście, że tanim sklepom często nie opłaca się wprowadzać ponownie na stronę towaru ze zwrotu i po prostu go niszczą?
  • Kiedy okazało się, że świat bez granic jednak wciąż te granice ma, wiele marek może pójść w ślady ultrazwinnego Inditexu i przenieść produkcję z Chin czy Bangladeszu do Europy.
  • Jeszcze bardziej rozwinie się kategoria loungewear. Kiedy sześć lat temu pisałam w mojej pierwszej książce, że warto zadbać o to, w czym chodzimy po domu, nasłuchałam się, że to bzdury dla znudzonych i bogatych. Mam wrażenie, że stopniowo się to zmieniało. Zresztą nawet ta “wyjściowa” moda stawała się bardziej wygodna. Kiedy byłam na studiach, strój na imprezę składał się ze szpilek i obcisłej sukienki. Dzisiaj to sneakersy, dżinsy a’la lata 90 i biały T-shirt, ewentualnie podrasowane czerwoną szminką. Izolacja ostatecznie pokazała nam, że warto ubierać się dla siebie, a nie tylko dla innych i że milej siedzi się pod naturalnym kocem niż pod strzelającym akrylem.
  • Będziemy bardziej dbać o higienę. Pranie ubrań po zakupie stanie się normą – wbrew pozorom wiele osób wciąż tego nie robi. A powinni, nie tylko ze względu na wirusy, ale i szkodliwe ftalany czy substancje, które mają zapobiegać gniciu ubrań w transporcie.
  • No i ostatnia, bardziej futurystyczna predykcja – myślę, że do przodu ruszy branża ubrań wspierających zdrowie, czyli smart clothes. Piżama, która mierzy temperaturę dziecka, skarpetki wspomagające cukrzyków, legginsy do jogi, które powiedzą nam, na którą część ciała powinniśmy zwrócić uwagę czy strój kąpielowy, który przypomina nam, kiedy musimy nałożyć krem z filtrem. Nie wymyśliłam tych przykładów – one wszystkie istnieją, a epidemia daje im większą szansę na wejście do mainstreamu.

Co Wy myślicie? Jak rozwinie się sytuacja? Jestem mega ciekawa Waszej opinii!

 

191 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. sia

    “Wiele wielkich marek, z H&M na czele, ma spory dług technologiczny, a ich sklepy mocno odbiegają od internetowych standardów” – gdzie można się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat?

      1. kasia

        Generalnie fajnie, że masz taką swobodę finansową, że jesteś pewna, że w czasach kryzysu koronawirusowego będziesz mogła sobie pozwolić na zakup ubrań z Polski, wyszywanych etycznie i ekologicznie. Wydaje mi się, że dla wielu osób wcześniej było to abstrakcją, tak i w czasie kryzysu ekonomicznego, który z wielką pewnością nadejdzie, kupowanie polskich marek pozostanie nieosiągalne. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo uprzywilejowana jesteś, że jesteś w stanie zamartwiać się w obecnym czasie zmianami klimatycznymi i śmieciowymi fast fashion.
        Piszę to wszystko jako osoba, która od wielu lat kupuje głównie ciuchy polskich, niewielkich marek, a jak nie polskich to mam pewność, że są zrobione etycznie. Bardzo interesuje się klimatem i jak najbardziej jestem za tym, aby nadać wielu rzeczom carbon footprint.
        Po prostu należy zauważyć, że to że jesteśmy “woke” w sprawach ekologicznych i prawach pracowniczych nie oznacza, że reszta ludzi to ignoranci, z dużym prawdopodobieństwem gdyby byli na takim samym poziomie ekonomicznym, co my mogliby sobie pozwolić na dywagacje jak wyżej.
        Jednak jeśli uruchomią się sklepy i zrobią zniżki gigantyczne, to również dlatego, aby móc dalej utrzymać swoich pracowników i ich nie zwalniać, a ludzie którzy kupią te ciuchy na wyprzedaży będą mieli jeden z niewielu momentów “szczęścia” jakie je czeka na bliskiej przyszłości podczas recesji.

        Co do loungewear się zgadzam, już zaplanowałam po kwietniowej wypłacie kupić parę rzeczy z nago, które wydają mi się przede wszystkim wygodne, totalnie brakuje mi takich ciuchów

        1. Joanna Glogaza Autor wpisu

          Rozumiem Twoje rozgoryczenie, ale nie wydaje mi się, żebym zasłużyła na ten rant;) W sensie nigdy nie napisałam, że uważam kogokolwiek za ignoranta i w tekście wskazuję głównie na to, że to systemowo powinno się coś zmienić, bo wiadomo że żyjemy w bańce i na pospolite ruszenie zero waste nie ma co liczyć w momencie, gdy wiele osób martwi się o to, za co kupi dziecku podręczniki. I nie raz o tym mówiłam i pisałam.

          1. Michał Zaczyński

            Joanno i Kasiu – niestety, ale większość ludzi jest ignorantami. A wielu z nich – cytując dr Płonkę – po prostu egoistami. Zerknijcie na ostatnie badania dot. świadomości ekologicznej – Polacy mało wiedzą, mało rozumieją, puszą się. A najfajniejszą dla nich marką modową jest Pepco. Wszystko powyższe opisałem tu: https://www.newsweek.pl/trendy-i-inspiracje/nieekologiczna-moda-dlaczego-produkcja-nieetycznych-ubran-powinna-byc-zakazana/kmevg0b

          2. anna

            Mysle, ze dosc surowo oceniasz korporacje. Trzeba byc elastycznym i dostosowaywac sie do obecnej sytuaji. Szukajmy rozwiazan , nie krytyki.
            Czy rzeczywiscie przeniesienie produkcji z Chin i Bangladeszu do Europy jest mozliwe? Co z tymi krajami? Czy Europa dysponuje takim zapleczem technologicznym i produkcyjnym? To bardzo głębokie tematy gdzie laicy często mogą wydawać niewłaściwe opinie tworząć fake news – bo czytelnicy mogą powierzchownie odczytać i powtarzać takie hasła.

          3. Dorota

            Wtrącę się, bo podzielam zdanie Kasi. I nie uważam, by było w jej komentarzu cokolwiek, co byłoby wymierzone przeciw Tobie, Joanno. Nie widzę też rozgoryczenia. Jest prawdą, że w mediach obserwujemy nieco mentorski ton odnośnie “bycia świadomym konsumentem”, podczas gdy wielu Polaków nie może sobie pozwolić na polskie marki (nota bene – nie jest też prawdą, że polska marka jest gwarancją poszanowania praw pracowniczych). Rodzina z trójką dzieci nie będzie “inwestowała” (okropne słowo w kontekście kupowania ubrań, tak błędne, a tak chętnie używane przez niektórych blogerów, influencerów etc.) w drogą polską odzież, z której za 3 miesiące dzieci powyrastają albo po prostu zniszczą podczas zabawy. Nie każdemu też odpowiada szukanie ubrań w SH. Opowiadanie o “świadomości”, “zrozumieniu powagi sytuacji”, “obudzeniu się” i tak dalej, uważam za protekcjonalne, nieuprzejme, bez zrozumienia i empatii. Mój komentarz nie jest wymierzony przeciwko komukolwiek, to mój głos w dyskusji toczącej się już od dłuższego czasu w mediach. Tyle tu pouczania, naprowadzania na właściwy tor i pobłażliwego poklepywania po ramieniu tych, którzy “nie rozumieją”. A to ci po drugiej stronie często nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć, że nie każdy ma wybór. I że dziecko czasem chce mieć swoją własną nową rzecz, a nie wiecznie po starszej siostrze czy z Caritasu. I czasem musi to być bluzka z Elzą, a nie z wzorem łowickim czy bliżej nieokreślonym “rarytasem” z ręcznie robionej koronki.
            Marzę, żeby każdy mial wybór i mógł go dokonywać kierując się wyłącznie etyką. Niestety życie nie dla wszystkich jest kolorowe, w moim bezpośrednim otoczeniu mam samodzielną matkę z dwojgiem małych dzieci, którym potrzebna jest kosztowna rehabilitacja. Niewyobrażalne byłoby choćby napomknięcie takiej mamie, że nie powinna kupować w pepco. Takich mam na świecie są setki tysięcy. I czują się oceniane.
            Mój komentarz nie jest absolutnie zarzutem wobec Twojego tekstu, nie ma w nim nic nieodpowiedniego – komentarz Kasi odbieram jako głos w szerszej dyskusji odnośnie zmian klimatu/konsumpcji, podobnie jak mój:)

        2. Mary

          Wydaje mi się, że wiele osób nie kupi nic ani od polskich marek, ani nawet na wyprzedaży. Gdy ludzie nie mają pieniędzy, to po prostu nic sobie nie kupują. Wiele polecanych polskich marek, ma po prostu zbyt wysokie ceny i dlatego ich nie kupuję. Jeśli mam do wyboru podobną i tańszą rzecz w sklepie, który zadowala mnie jakością, to wybiorę właśnie tańszą opcję, nie czuję obowiązku dofinansowywania czyjejś prywatnej działaności. Zamawianie każdej jednej rzeczy w innym sklepie internetowym, nie ma chyba wiele wspólnego z ekologią. Małe sklepy też nie mają dla mnie jasnej polityki dotyczącej materiałów, pracowników itd. Nie końca im ufam.

          1. Iw

            Zgadzam się z tym. Pracowałam w sklepie internetowym z własną szwalnia. Przestrzeganie praw pracowników oraz wynagrodzenia były na średnim poziomie.
            Wiem jednak jedno, że polska produkcja wcale nie jest droga. Przykłady – dobra gatunkowo wiskoza, u nas sukienka za 129 zł w innych sklepie spódnica za 300, u nas sukienka maxi za 159 zł u konkurencji za 500 zl. Są to działalności na podobnym poziomie z własną modelką, bez kampanii reklamowych. Do czego dążę? Mianowicie chciałabym wspierać polskie marki jednak gdy widzę takie przebitki cenowe to sorry.

            1. Aga

              Jeszcze gorzej bywa: sukienka z marką polskiego projektanta uszyta z poliestru kosztuje ponad tysiąc złotych. Małej firmy z bawełny czy wiskozy 200. Mała firma nie płaci za reklamę celebrytom i firmom reklamowym i koszt jest znacząco mniejszy.
              Następna rzecz: za polską markę uważam taką, która podatki płaci w Polsce. Nie kupuję tam, gdzie wiem, ze firmy tego nie robią.

          1. A little piece of magenta

            Nie wiem jak będzie wyglądał Świat Mody po koronawirusie, ale chciałabym aby ludzie zaczęli myśleć nad jakością tego co kupują, kupowali mniej, a rzeczy dobrej jakości, które posłużą im latami. Nasi Dziadkowie takie rzeczy właśnie nosili, nie nosili jednorazowych tshirtów z H&M za 20 zł. Mieli mało rzeczy, ale porządnych – takie które przetrwały lata, nie było czegoś takiego jak szybka moda, która za chwilę ląduje w koszu na śmieci. Oby do tego dojrzeli konsumenci i aby świadomie dbali o naszą planetę. Dla siebie i przyszłych pokoleń.

            1. Iwa

              Ja też o tym marzę. Dobrej jakości sukienka wystarczy na kilka sezonów, nie trzeba kupować czterech w ciągu roku. Zacznijmy kupować coś co posłuży nam dłużej i nie wyrzucimy tego po jednym sezonie.

              1. Anna

                Kurczę, a ja się zawsze zastanawiam jak to jest z to jest, że na rzeczy z sieciówek jest taki hejt, że wytrzymują pół/jeden sezon i krytykowanie ludzi, że kupują dużo rzeczy, bo na ile im na bluzka z sieciówki wystarczy. Jasne, zdarzają się rzeczy byle jakie, po których najczęściej już w sklepach widać, że nie przetrwają długo, ale ja w większości swoich rzeczy z sieciówek chodzę po kilka sezonów, czy to w sukienkach, bluzkach czy spodniach. I zastanawiam się czy to ja szczególnie dbam o swoje rzeczy (nie wydaje mi się)? Z kolei większość małych polskich marek ma moim zdaniem rzeczy w absurdalnie wysokiej cenie i chociaż uzasadniają to kosztami produkcji, to jednak wciąż większość ceny to marża.

        3. Iza

          Świetnym rozwiązaniem jest po prostu nie kupować. To wspomniane poczucie „szczęścia”, to największa pułapka psychologiczna branży tekstylnej. Jak ktoś kiedyś powiedział „biednych nie stać na tanie rzeczy”, dlatego powinno się przykładać wagę do jakości tego, co kupujemy, a nie do samego faktu kupowania. Ciuchy szyte w polskich fabrykach, z tkanin w produkowanych w Polsce często (choć nie zawsze) są po prostu lepszej jakości – można kupować mniej, wystarczy na dłużej, a tym samym ślad węglowy również będzie mniejszy. Myślę, że nie powinno mówić się, że przejmować się zmianami klimatycznymi mogą tylko lepiej sytuowani ludzie – smog i kataklizmy naturalne dotykają każdego tak samo, niezależnie od grubości portfela. Każdy powinien się pochylić nad klimatem, bo nie wyemigrujemy nagle na księżyc, kiedy Polska będzie przypominała Saharę. Pro tip – nasze dzieci, wnuki, czy prawnuki też tego raczej nie zrobią.

      2. Besta

        Cześć Joasiu! Śledzę Twojego bloga chyba od samego początku i szczerze podziwiam jak się zmienił i zmienia na plus przez te wszystkie lata. Nie jest tak, że ze wszystkimi tematami się z Tobą zgadzam w 100%, ale lubię czytać Twoje wpisy, bo są szczere i prawdziwe. Ale do rzeczy. W kwestii zmian środowiskowych, jakie mogą nastąpić na świecie ,po tym jak już uporamy się z koronawirusem, niestety nie podzielam Twojego optymizmu. Po pierwsze właściciele korporacji, póki będą zarabiać na swoich szkodliwych biznesach, nie zmienią podejścia względem ochrony środowiska, prędzej wpompują pieniądze w kampanie marketingowe, które stworzą pozory, że los planety nie jest im obojętny, niż wydadzą je na faktyczne ekologiczne działania. Nie za bardzo też wierzę, że ludzie zmienią swoje podejście do konsumpcjonizmu, na pewno nie będą to zmiany na masową skalę. Ludzie może i są świadomi zagrożeń, jakie płyną z ocieplania się klimatu, ale wizja wydania 100 zł na koszulkę z organicznej bawełny zamiast 10 zł na tą z sieciówki na promocji myślę, że szybko zweryfikuje ich teoretyczną wiedzę. Piszę to, bo pracuję w międzynarodowej korporacji, wśród ludzi często młodszych ode mnie i gdy tylko rozmowa schodzi na tematy ekologii okazuje się, że należę do na prawdę nielicznej grupy osób, która traktuje te kwestie serio i nawet tymi drobnymi kroczkami próbuje coś zmienić. Ludzie najczęściej patrzą na mnie jak na dziwoląga bo przeszłam z diety wegetariańskiej na wegańską, kupuję ciuchy w szmateksach, a na zakupy chodzę pieszo, bo zezłomowałam 18letni samochód, którym i tak nie jeździłam częściej niż raz na trzy miesiące. A podkreślam są to osoby młode, wykształcone, oczytane. Czasami myślę sobie, że moi niemłodzi już rodzice-emeryci mają więcej pojęcia o ekologii w codziennym życiu niż moje pokolenie.

  2. Gniewko

    A ja myślę, że będzie tylko więcej śmieci po tym wszystkim, a wniosków żadnych i jeszcze większe nastawienie na kupowanie, bo może znów wszystko zamkną.

    1. myblueyes

      też mi się tak wydaje :( kiedy tylko ludzie poczują się bezpieczni- ruszą ku pepco, promocji na graty z biedronki i wyprzedaże sieciówek.

    2. Magda

      Niestety podzielam to zdanie. Jak długo potrwa kwarantanna nie wiemy, ale jak tylko to się skończy wszystko wróci do normy i to ze zdwojoną siłą. Ludzie usłyszą ‘okazja’, zobaczą wielkie przeceny i będą latać do galerii.

  3. harel

    Ech, ja chyba jednak też z tych, którzy w wielkie zmiany nie wierzą. Owszem, teraz coś ruszyło, bo musiało. Potem ruszy, bo ceny staną się niewiarygodnie niskie. A potem, może za rok, dwa, wróci mniej więcej na dawne tory. Nie wierzę, że produkcja zostanie przeniesiona na lokalne rynki w 100%. Zresztą lokalni producenci to osobny temat, bo wcale nie jest tak kolorowo.
    W co wierzę za to, to wzmocnienie pozycji CSR. Znów, nie dlatego, że nagle wszyscy się obudzą i mają tak dobre serca. Ale dlatego, że już pytamy, a będziemy pytać coraz częściej i głośniej. Doceniam, co robią polskie koncerny w tej kwestii. Daleko im do ideału, ale – tak szczerze – czy jakikolwiek koncern kiedykolwiek do ideału się zbliży? Nie sądzę.
    Tu kolejna rzecz. Koncern nie, ale nasza świadomość rośnie. Sama podobnie jak Ty, praktycznie przestałam kupować drogeryjne, zagraniczne kosmetyki (z nielicznymi, sentymentalnymi wyjątkami). Wybieram polskie marki. W mojej szafie jest już 70% polskich rzeczy, wciąż ich liczba rośnie. I tu dochodzę do czwartej rzeczy.
    Czytałam w zeszłym roku świetny wywiad z Jacquemusem w magazynie System. Mówił w nim o nasyceniu, przesyceniu wręcz, o tym, że spełnił się, organizując spektakularny pokaz, ale że po dziesięciu latach na rynku poszukuje nowej, bardziej odpowiedzialnej drogi. Nie chce produkować za dużo, zamawia o wiele mniej surowców. Oblicza, co się wydarzy, gdy w kolejnym sezonie obniży zamówienia o 50%. I na to liczę: że większe marki będą w końcu zmuszone do zmniejszenia produkcji, która obecnie jest absurdalna. Bo coraz bardziej będziemy się interesować, co dzieje się z niesprzedanymi rzeczami. I coraz trudniej będzie to ukryć, co już pokazało kilka przykładów.
    Lubię zwracać uwagę na dobre praktyki, które stosują nawet wielkie firmy. Dostaje mi się za to czasem po głowie, ale nie poddaję się. Widzę ludzi, którzy dla nich projektują, ich kreatywność, wysiłek, radość z efektów pracy. Dlatego nie przekreślam sieciówek, raczej obserwuję, jak się zmieniają. Wiadomo, niektórzy mogliby reagować szybciej i lepiej. Ale daleka jestem od wydawania ostrej opinii, jeśli nie mam 100% pewności, że miałaby sens.
    Najbardziej boję się o małe polskie marki. Nastał dla nich czas potworny. Jeśli giganci się boją, to co dopiero tacy, którzy dopiero co zaczęli albo mają maleńką działalność i oszczędności, które ledwo pokryją zatrudnienie pracowników w najbliższych tygodniach? I w tym sektorze niestety spodziewam się większych zmian. Choć bardzo nie chcę, żeby moje przypuszczenia się spełniły.
    Uffff… rozpisałam się, ale czekałam na ten tekst jak na starcie i słowa wybiegły ze mnie sprintem.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Z tymi zamówieniami to też jest tak, że trochę zapominamy, w jakiej bańce żyjemy. Wydaje nam się, że wszyscy noszą eko torby i kupują zero waste mydełka, a ze statystyk wynika, że marki produkują coraz więcej, a my coraz więcej kupujemy – między 2000 a 2014 rokiem podwoiła się produkcja ubrań i od tej pory tylko rośnie. Więc Jaquemus może obniżać, ale obawiam się, że dopóki rządy czy UE nie zdyscyplinują gigantów, nic większego się nie zmieni. Bo skoro sieciówki wciąż zwiększają produkcję, to zadbają o to, żebyśmy chcieli to wszystko kupic. Teraz ich zdyscyplinował koronawirus (zdyscyplinował=przerzucili koszty na dostawców, nie płacąc za zamówione i wyprodukowane rzeczy), ale pewnie będą chcieli się odkuć i uderzą jeszcze mocniej. Ogólnie: ech;) I bardzo dobrze, że się rozpisałaś!

      1. Paulina JB

        Niestety wydaje mi się że Warszawiacy i inni mieszkańcy dużych miast żyją w swojej bańce. Ja studiowałam w wawie i mieszkam pod, więc znam w miarę nowe trendy i idee ale już podwarszawska prowincja wcale tak się tymi ideami nie fascynuje i nie wybiera tych wszystkich małych firm z fajnymi produktami. To tak samo jak się zdziwilas że to Pepco jest największym sprzedawca odzieży (chyba dla dzieci i ja wtedy w twojej ankiecie zgadłam:D) . Bo o ile Warszawiacy kupują w hm czy kappahlu dla dzieci tak prowincja obkupuje się w pepco… Minie jeszcze trochę czasu, żeby ludzie zyskali świadomość

        1. Rev

          Nie chodzi o świadomość. Większość osób, które kupują w Pepco wiedzą, że kupują tanie ubranie kiepskiej jakości. Chodzi o zarobki. Spróbuj wyobrazić sobie, że zarabiasz najniższą krajową lub coś koło tego i musisz ubrać siebie i dziecko, do tego opłaty wyżywienie itd. logiczne, że wtedy nie korzysta się z droższych marek. Nie śledzi się terendów. Bo po co, skoro i tak się z nich nie skorzysta?
          A dziecko z podanego przykładu rośnie szybko, ubrania to poniszczy przy zabawie, to wyrośnie. Ludzie nie będą przepłacać jeśli muszą przetrwać. Mnie zawsze zadziwia, że jest tak wiele osób, którym się dobrze powodzi tego nie zauważają.Patetycznie mówią o nieświadomości ludu. Tymczasem takimi przykładami zazwyczaj są Wasi pracownicy. Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy ich zapytać.

          1. Olga

            Według mnie to jest kombinacja niewielkiego budżetu oraz braku świadomości. W tej samej cenie co w Pepco, w Lidlu czy w Biedronce można kupić używane ubrania dziecięce choćby na OLX. Ale to jest jak z lumpeksami. Trzeba mieć pewną determinację, żyłkę łowiecką, szczęście oraz czas. Złapanie kilku bodziaków przy okazji zwykłych spożywczych zakupów jest po prostu łatwiejsze, i zwykle jest pełna rozmiarówka, a nie polowanie ;)

            I mówię to z pozycji osoby, która przez 3 miesiące patrolowała okoliczne sklepy charytatywne w poszukiwaniu kurtki zimowej dla dziecka (na przyszłą zimę). Kupiłam temuż dziecku 4 czy 5 sztuk garderoby, trzy zabawki i zegar ścienny, ale kurtki ładnej i w odpowiednim rozmiarze nie znalazłam.

            1. Ewelka

              Ja polecam podpytać znajomych. Sama szykuję się do przyjścia na świat potomka i pierwsze o czym pomyślałam to napisanie do koleżanek, czy czasem nie mają do odsprzedania/oddania ciuszków niemowlaczków lub odzieży ciążowej. Okazało się, że mają i chętnie oddadzą :)

            2. Kasia

              U mnie zakupy dla siebie i zakupy dla dzieci to dwie różne bajki. Dla siebie kupuję rzeczy klasyczne i dobrej jakości i nie mam oporu przed wydaniem większej kwoty na ubranie, które posłuży mi długo, nie wyjdzie z mody ani z niego nie wyrosnę. Z dzieciakami mam odwrotnie – część rzeczy udaje mi się upolować w lumpeksie czy po dzieciach znajomych (kurtki, kombinezony itp.), natomiast spodnie i bluzki kupuję zawsze na wyprzedażach w sieciówkach lub w Lidlu (Pepco raczej nie, mają wybitnie podłą jakość). Mam synów w wieku 6 i 8 lat i oni każde, absolutnie każde spodnie zarzynają w zastraszającym tempie i po prostu nie stać mnie na dokupowanie co chwilę kolejnych par u polskich producentów. Średni żywot spodni dziecięcych w naszym domu to 2 miesiące, bluzki jakieś 3-4 miesiące. Swoją drogą, znaleźć spodnie w lumpeksie na 6latka graniczy z cudem, więc domyślam się, że nie tylko moje dzieci tak mają ;)

          2. Ania

            Zgadzam się. Ja np. bardzo mało kupuje dla siebie. Co tylko potrafię szyję sama i są to rzeczy dobrej jakości na lata. Ale juz dla dzieci często kupujecie w pepco. Powód jest prosty: nie stać mnie np. na buty za 150zl na jeden sezon (na tą zimę kupiłam używane sniegowce z olx i córka nie miała och na nogach ani razu bo nie było śniegu, za rok będą za male, podobny los spotkał kombinezon ;) )
            Takze jak dyskusja na temat świadomych zakupów jest na pewno potrzebna, tak jej ton w większości komentarzy jest strasznie smutny: ludzie muszą zrozumieć, głupi ludzie rzuca się na wyprzedaże. Myślę że większość osób, szczególnie w kryzysie ekonomicznym, nie będzie nijak na to stać żeby wesprzeć małe polskie marki

          3. Metastasia

            Ale trafna uwaga:
            „ Tymczasem takimi przykładami zazwyczaj są Wasi pracownicy. Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy ich zapytać.”
            Ja właśnie jestem takim pracownikiem – pensja minimalna , trzeba ubrać i wyżywić dziecko ii siebie.. Ważniejsze więc jest dla mnie lepszej jakości mleko dla dziecka /70 zł na niecały tydzień / niż droższe ubranie.
            Muszę kupować w sieciówkach , a kupować w Pepco zwyczajnie nie lubię, bo córka w ich ubraniach wygląda po prostu biednie. Poza tym po praniu są to szmaty.

      2. joanna beckwith

        mam was obie w jednym miejscu więc zapytam;) jak oceniacie szansę mikromarek (tych, które mają metkę którą ktoś już kiedyś widział, ale produkują z “resztek” , czyli kilka egzemplarzy jednego modelu)? dekonstrukcji przez recykling?

        1. joanna beckwith

          swój komentarz/zapytanie kieruję do joanny i harel. całkiem umknęła mi cała reszta aktywności komentatorskiej ;)

    2. Katarzyna

      Niestety ale nie wierzę w to, że przyśpieszy się rozwój ubrań smart wear-z prostego powodu te biznesy dla VC są kojarzone z kobiecymi biznesami i trudniej im o dostanie dofinansowania. Smart Car -proszę bardzo bierzcie ile chcecie, smart clothes? nope, na co to komu :(

  4. ola

    Chciałam zacząć “moim zdaniem”, ale w tym rzecz, że mam albo “dwa zdania” albo żadnego;)

    Bo najpierw myślałam, że no kurcze, właśnie teraz jest ten reset, czas na ogarnięcie; czas że możemy z dystansu spojrzeć, co tak naprawdę nam potrzeba na co dzień. Moment, kiedy martwimy się o bliskich i tylko to jest najważniejsze. Że mówiąc “oddałabym wszystko” za życie/zdrowie najbliższych nie jest tylko frazesem, tylko naprawdę można to poczuć.
    Tylko, że potem człowiek wchodzi do internetu poza tą swoją bańką informacyjną, trafia na artykuł nt Li Edelkoort i jej pierwszych wniosków ” o świecie po pandemii” utrzymany w tonie Twojego wpisu, natomiast w komentarzach festiwal odwrotności;) jak to baba zupełnie się myli, że wszyscy za wszelką cenę będą chcieli się odkuć i nadgonić to, co przegapili ze zdwojona siłą.

    I właśnie dlatego zupełnie nie wiem, co będzie. Życzę sobie i wszystkim opcji numer jeden.

    ps czy mrówki Cię nie pogryzły? ;)

  5. Ania

    Ja koncentruję się na tym, żeby wierzyć w to, że zmiany na świecie będą pozytywne. Jestem zmęczona psychicznie nieustannym postrzeganiem wszystkiego w czarnych barwach. Nie mówię oczywiście o zasłanianiu oczu i zatykaniu uszu, żeby udawać, że coś, co się dzieje wcale się nie dzieje—mówię o świadomym skłanianiu się ku pozytywnej interpretacji ponieważ i tak nie wiemy co będzie dalej, więc czemu by nie decydować się myśleć pozytywnie? Tak dla higieny psychicznej. (W tym samym duchu nie komentuję przesyłanych przez rodzinę rewelacji o statystykach zachorowań, zamieszkach itp, a dzielę się jedynie pozytywnymi wiadomościami ze świata.)

    Jeśli chodzi o modę… Staram się pamiętać, że kupowanie od lokalnych/zrównoważonych marek to przywilej, na który wielu ludzi nie stać, więc nie wydaje mi się, że znienacka zniknie fast fashion. Niewykluczone, że niektórzy ludzie będą chcieli pójść do centrum handlowego w poszukiwaniu dawnej normalności, że skuszą się na te wszystkie promocje żeby poczuć się trochę lepiej—oczywiście jeśli będą w ogóle mieli możliwość wydawać pieniądze na nowe ubrania. Dlatego nie liczę specjalnie na zmiany w branży modowej. Mam za to szczerą nadzieję (i tutaj właśnie to pozytywne myślenie koncentruję), że zajdą zmiany socjopolityczne, które przyczynią się do sprawiedliwej dystrybucji bogactwa, może wprowadzenia uniwersalnego dochodu podstawowego itp. I potem krok po kroczku może te części społeczeństwa, których teraz z różnych powodów nie zajmują tematy takie jak np. etyczna konsumpcja będą mogły się edukować i zmieniać zdanie. A potem świat, na lepsze. Tak mi się marzy :)

    1. Marta

      Jak miałaby wyglądać ta “sprawiedliwa dystrybucja bogactwa”? Pytam, bo niestety większość osób, która głosi socjalistyczne idee, nie miała w ręku żadnej książki o ekonomii i nie ma pojęcia, do czego to prowadzi.

  6. Natalia

    Bardzo bym chciała aby to o czym mówisz stało się prawdą, ale zupełnie w to nie wierzę. Jestem przekonana, że wyciśniemy tą tubkę do końca i doprowadzimy do ruiny swojej i wszystkiego na około, dlatego też nigdy nie zdecyduję się na dzieci, bo po prostu nie wierzę w ich przyszłość. Czytam na ten temat dużo i cały czas się edukuję, i im więcej wiem tym bardziej popadam w przygnębienie. Nie wierzę też, że ten kryzys popchnie tematy ekologiczne do przodu, jedyne co się stanie to zapanuje okrutny zastój przez załamanie gospodarki, a ludzie nie będą mieli pieniędzy ani na fajne piżamki, ani kremy do rąk ani lokalnie produkowane ciuchy. Pamiętajcie, że my wszyscy czytający Twoje książki tzw. ‘świadomi konsumenci’ żyjemy w bąbelku a świat wygląda zupełnie inaczej. Na tej planecie są setki milionów ludzi, którzy aspirują do tego aby było ich stać na niedzielne zakupy w sklepie Inditexu, a nie u lokalnego krawca. Nie przeskoczysz tego, ja po prostu nie wierzę w tą zmianę.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Na pewno żyjemy w bańce. Na pewno nie ma nic dziwnego w przygnębieniu, też się tak czasem czuję. Ale wychodzę z założenia, że jedyne co mogę zrobić, to odpowiadać sama za swoje wybory i edukować na jak najszerszą skalę – i siebie, i innych. Bo inaczej pewnie poszłabym płakać do kąta.

  7. Agata

    A może po prostu przestaniemy tyle kupować. I marki same się zorientują, że nie ma sensu tyle produkować. A zamiast niszczyć ubrania, które wyprodukowali mogli by rozdawać dzieciom z domu dziecka lub potrzebującym. Ja w tym roku postanowiłam nic nie kupować z odzieży, tylko jak naprawdę będę coś potrzebować- np moja 6letnia kurtka zimowa nie wytrwa próby czasu. W sumie obecna kwarantanna pomaga mi w realizacji noworocznego postanowienia.

    1. Kasia

      Bardzo bym chciała obudzić się w takim pięknym świecie. Ale nasza bańka musiałaby się rozrosnąć, zero waste musiałoby stać się czymś niesamowicie modnym i prestiżowym i wtedy każdy by tak chciał i wtedy wielkie marki musiałyby przestać tyle produkować. Problem jest tylko taki, że to się “nie opłaca” z pukntu widzenia ekonomii. A szkoda.

      Super, że masz takie postanowienie i że tak dobrze ci idzie! Pozdrawiam!

  8. Kasia

    Ja też się zastanawiam, co się zmieni. Mój tata mówi, że to koniec takiego świata, jaki znamy. Ja, osobiście, obawiam się wzmożenia tendencji nacjonalistycznych i ksenofobicznych.
    Jeśli chodzi o modę, to trudno powiedzieć. Czytałam wywiady z kurierami (Polska, Hiszpania), że ludzie kupują wszystko, tylko przez internet. Że wożą w tę i z powrotem ubrania, meble, dywany… z narażeniem własnego zdrowia. Ja też się do tego przyczyniłam, z gigantycznym moralnym dylematem zdecydowałam się kupić 2 książki z małej księgarni ale bijąc się z myślami, że tym zakupem narażam życie i zdrowie kuriera… Ostatnio kupowałam ubrania kompulsywnie w wieku lat 20, czyli 8 lat temu, a ubrania z tamtego okresu donaszam do dziś. Teraz dla odmiany kupno czegkokolwiek do ubrania jest dla mnie torturą, czasami mama mnie zmusza do zakupów, bo nie może już patrzeć na to, jak wyglądam. Przy zakupie absolutnie każdej jednej rzeczy mam wyrzuty sumienia, czy moja decyzja za bardzo nie obciąża planety, no takie zboczenie mi się zrobiło. Ale mam świadomość, że jest to bańka, że sieciówki z badziewiem mają się świetnie. Jednak dla części świata możliwość kupowania dużo i tanio to oznaka statusu, przynależności do bogatego zachodu. Dopóki zero waste nie wejdzie pod strzechy, tak jak wkradła się pod nie tęsknota za kapitalizmem, doputy niewiele będzie z tej zmiany. W pewnym momecie poszerzyłam moją bańkę o koleżanki, dla których prawdziwym problemem jest niemożliwość robienia luksusowych zakupów, wykonywania licznych zabiegów kosmetycznych, które podczas wspólnych wakacji elegancko ignorowały 8 rodzajów pojemników na śmieci i wrzucały wszystko tam, gdzie jest jeszcze miejsce. Bo kogo obchodzi, że jesteśmy na wyspie. Konsumpcja jest wygodna, daje prestiż i to też musi się zmienić.
    Jeśli chodzi o wygodne ubrania, to także mam wrażenie, że to bańka. Może i coraz szersze gremium ubiera się wygodnie, jednak tam, gdzie królowała niewygodna elegancja, tam nadal ona króluje. Poza tym, z jednej strony dobór outfitu na po domu może i jest z pewnych względów istotny, to czy jest nam naprawde potrzebne kupowanie kolejnych ubrań?
    Jeśli chodzi o tanie loty, to tu niestety bardzo egoistycznie przeraża mnie koniec tej ery. Mieszkając za granicą ułatwia mi życie możliwość przemierzenia Europy w czasie 3,5h za koszt średnio 400zł w jedną stronę. Jeśli ceny lotów znacząco wzrosną, będzie to dla mnie duży problem. Na wakacje poza miejsca, w których mam rodzinę i przyjaciół staram się nie jeździć. Ale wiem, że trudno by mi było się bez tych wizyt objejść. W tej kwestii rozprzestrzenianie się chorób poprzez transport lotniczy nie sądzę, aby coś zmieniło. Jeśli nie wzrosną ceny biletów, to wydaje mi się, że za rok ludzie znów będą latać wszędzie. W te wakacje może część ze strachu zostanie w kraju, jak niegdyś z obawy przed terrorystami/uchodźcami/kolejnym wyimaginowanym wrogiem kolektywnym. Nie sądzę jednak, żeby zatrzymanie świata koronawirusem coś zmieniło.

    Takie są moje przemyślenia. Może i miejscami trochę odbiegam od tematu, za co bardzo przepraszam. Bardzo Ci dziękuję za ten wpis, tak różny od paninternetowej narracji o a. tragicznym kryzysie, b. odnalezieniu nowego szczęścia i wartości w zamkniętym świecie. I dziękuję za otwarcie tego okienka do dyskusji. Chetnie poczytam, co inni myślą na ten temat. Każdy czuje, że coś jest na rzeczy, ale jednak różnimy się i każdy ma inne spostrzerzenia. Czekam z niecierpliwością na następne komentarze!

    1. Marta

      Ale wiesz, że ten kurier też chce mieć co włożyć do garnka i jak ludzie przestaną zamawiać przez Internet, to kolejna grupa nie będzie miała pracy?

      1. Hh

        Teraz kurierzy się nie wyrabiają. Jakby ludzie zamawiali tyle co przed epidemią, nie musieliby martwić się o pracę. Teraz dla niektórych jest jej za dużo, przez co jeszcze bardziej się narażają.

        1. Marta

          Niestety ludzie nie mogą zamawiać mniej z tego prostego względu, że wszystko jest pozamykane i to, co normalnie kupiliby w sklepie, muszą zamówić. Mamy siedzieć w domu, więc trzeba się czymś zająć – układać puzzle, czytać książki, haftować – możliwości jest wiele i o ile wcześniej nie zgromadziliśmy np. planszówek, to zamówienie przez Internet jest jedynym wyjściem.

    2. Hannah

      Czytałam o sytuacji kurierów zanim złożyłam jakiekolwiek zamówienie, bo chciałam postąpić odpowiedzialnie. Z tego co zrozumiałam w większości krajów są niezależnymi kontraktorami i wynagrodzenie mają od paczki więc – skoro i tak są i będą na pierwszej linii frontu – właśnie dodatkowe zamówienia mogą im pomóc.

      1. Anna

        Pracuje w branży logistycznej i spędziłam tydzień z kurierami, aby wdrożyć się w działanie firmy. Z mojego doświadczenia większość kurierów pracuje u przewoźników, którzy ich wynagradzają. Często ich praca na codzień to około 12h. Wcześnie rano są na terminalu żeby załadować paczki. Kończą późnym popołudniem/wieczorem. Jest to niezależne od tego czy kurier rozwozi w swoim rejonie blisko okolicy magazynu, czy też jedzie do innego miasta. Także wg mnie masakra i na pewno branża jest teraz bardzo przeciążona.. Nie dołożymy im więcej pieniędzy tylko pracy. Wg mnie oni nie mają życia.

  9. beata

    Z większością tekstu się bardzo zgadzam. Ale mam poczucie, że wszystkim umyka jedna dość istotna rzecz. Piszesz: “dlaczego politycy za wszelką cenę chcą ratować te najbrudniejsze biznesy, jak statki wycieczkowe czy tanie linie lotnicze”. Dla mnie odpowiedź jest prosta: bo w tych kolosach pracują setki, tysiące ludzi. Jak upadną sieciówki, biura podróży, linie lotnicze etc. – ogrom ludzi straci pracę. Ja wiem, że w Azji obecnie nie jest lepiej. Jest wręcz beznadziejnie, a warunki szwaczek dalej, mimo wielu głosów, są fatalne.

    Niemniej, kapitalizm zagalopował się tak bardzo, że mnie zupełnie nie dziwi, że politycy chcą te biznesy ratować, bo jak nie uratują, to się państwa nie wypłacą z zasiłków. Pracowałam w sieciówce. Na magazynie na wsi niedaleko dużego miasta pracuje 600 osób. Dojeżdżają z okolicznych wsi, gdzie mają do wyboru pracę na czarno, albo bezrobocie. Sieciówka daje im niewiele, bo najniższą krajową, ale daje też poczucie bezpieczeństwa (umowa o pracę) i miejsce, w którym idzie dotrwać do emerytury (tak, pracują tam też panie przed 60). Powiedz teraz tym osobom, że od jutra zostają z niczym. Ten system jest chory, wyniszcza ludzi, środowisko i mija się z etyką. Ale rozwalenie go z dnia na dzień też nie byłoby etyczne.

    Nie cierpię LPP, wkurza mnie ich prezes, wkurza mnie to co robią, ale rozumiem ich obecne kroki i zawieszenie produkcji w Azji, zostawiając tysiące ludzi bez płacy, o czym pisałaś na instagramie. Nie, to nie jest fair. Ale jak to za przeproszeniem pierd***lnie, to będziemy mieć w Europie setki tysięcy bezrobotnych ludzi. Czy wtedy małe marki odzieżowe przetrwają? Nie, bo ludzi nie będzie stać na jedzenie, a co dopiero etycznie produkowane ciuchy. Czy Europa zasługuje na lepsze traktowanie niż Azja? Nie, oczywiście że nie. Jednak nadal rozumiem tę decyzję z biznesowego punktu widzenia.

    Rozumiem te decyzje, chociaż mnie wkurzają. Wkurza mnie bezsilność wobec tego błędnego koła, w które sami się wpakowaliśmy. Nie widzę sensownego rozwiązania, serio. I to mnie bardzo smuci.

    1. kasia

      Tak! Zgadzam się w stu procentach, na każdym kryzysie przede wszystkim tracą najbiedniejsi, którzy a priori są w trudnej sytuacji.

    2. iwona

      “Niemniej, kapitalizm zagalopował się tak bardzo, że mnie zupełnie nie dziwi, że politycy chcą te biznesy ratować, bo jak nie uratują, to się państwa nie wypłacą z zasiłków. ”
      W tym zdaniu sama sobie zaprzeczasz, bo albo kapitalizm albo zasiłki. My (niestety) nie żyjemy w kapitalizmie, tylko w socjalizmie, tyle że dopuszczającym własność prywatą.

    3. Iwa

      Prezesowi LPP nie chodzi o miejsca pracy dla swoich ludzi. Udowodnił to już kilka razy szczególnie dobitnie pokazał to parę lat temu swoim niepełnosprawnym pracownikom. Ten osobnik dba tylko o własny interes i o to aby jak najmniej stracić a jak najwięcej zarobić.

  10. Marcelina

    Zgadzam się z tym co napisałaś.
    Zmieni się i to bardzo dużo… nie wiemy jeszcze co dokładnie. Jednak moda się zmieni. Chociaż ze względu na kryzys, który bezdyskusyjnie będzie z nami lada chwila.
    Jeśli o modę chodzi, czytam Twojego bloga od dawna.
    Jestem bardzo za slow life, slow fashion, z rozwagą mniej.
    Dlatego od dawna zwracam uwagę na to co kupuję. Jestem na etapie NIE kupuję ubrań nowych ( tak namiętnie korzystam z “lumpeksów” które nazywam czule – najlepszym sklepem – najlepszym, bo jest to dla mnie forma recyklingu, nie kolejna produkcja. To jak ludzie wyrzucają dobre jedzenie tak wyrzucają dobrze rzeczy, ubrania.
    Mam ten przywilej, że umiem szyć – i pozwalam sobie na szycie swoich ubrań – nie mam wyrzutów sumienia, że mam kolejną sukienkę, płaszcz czy biustonosz ( tak szyję od niedawna również swoją bieliznę – jest piękna ! ).
    Powiększają swoją garderobę, jest dość spora – wiem, że to był mój czas, moje umiejętności i nikt nie został oszukany, wykorzystany i pracował za bezcen. Dzięki temu też noszę swoje ubrania latami – bo wiem jak powstały – wiem ile czasu i pracy trzeba poświęcić żeby coś zrobić własnoręcznie.
    Tak, mam dużo ubrań, ale dzięki recyklingowi i dzięki pracy swoich rąk. Nie, nie mam wyrzutów sumienia – jestem dumna, że nie muszę chodzić do galerii, a mimo to mam się w co ubrać i to całkiem przyzwoicie.
    Bardzo smutne niestety, że w tej chwili nikt nie uczy jak zrobić coś własnoręcznie. Wtedy, może też wzrosłaby świadomość konsumpcji. Świadomość jak coś powstaje o zera.
    Zmieni się wiele.

  11. Ewa

    A ja myślę, że jedyne zmiany, jakie nastąpią, to te na skutek recesji i zubożenia społeczeństwa, “ogólna świadomość” pozostanie raczej bez zmian. 2-3 miesiące siedzenia w domu i potem siup – wracamy do tego co było, oprócz tych, co nie wrócą, bo chwilowo nie będzie ich na to stać.

  12. Monika

    Nie wiem co będzie. Wiem natomiast jakie mam potrzeby. Na ten rok nie planowałam kupować ciuchów, bo mam tyle, że powinno starczyć. Od lat mam tak, że bardzo rzadko je kupuję. Pandemia zmieniła tyle, że chcę kupić w końcu sukienkę od mojej kumpeli, która szyje autorskie kolekcje z lnu. Zawsze jej produkty były dla mnie za drogie, teraz mimo tego, chcę wydać swoje pieniądze w ten sposób. Dla niej. I dla siebie (bo w końcu to piękne rzeczy).
    Z drugiej strony potrzebowałam buty dla siebie i dziecka. Bez wahania kupiłam na eobuwie. To jest dla mnie firma lokalna, rodzinna zatrudniająca kilkaset mieszkańców Zielonej Góry (w tym wielu moich bliższych i dalszych znajomych). Dziś chcę by moje pieniądze poszły do nich. Kiedyś (jak finanse pozwolą) pójdą do Balaganu, Rylko, czy innego producenta z Radomia.
    Dziś każdy wybór konsumpcyjny może być trudny jak człowiek zaczyna myśleć.

  13. B.

    Uważam że niesprawiedliwym jest mierzenie wszystkich sieciówek i polskich marek jedną miarką. Wrzucanie ich do kategorii krwiożerczych i nastawionych na obrót sieciówek i filantropijnych małych marek. Pracuje w jednym z większych sklepów online i miałam okazje przez lata pracować i z najmniejszymi i największymi graczami na rynku. Często to właśnie wielkie koncerny wdrażają technologie i produkują ekologicznie na skale która jest w stanie zmienić dużo więcej w ogólnym rozrachunku. Czy jest to podyktowane zyskiem, CSRem czy szczerymi chęciami jest to inna dyskusja, ale nie jest powiedziane ze mniejsze marki nie kierują się tą samą strategią. Również w sieciówce można zapłacić 10 zł więcej za t shirt z lini consious czy join life i również tam można kupować świadomie – sprawdzając skład , certyfikaty czy kraj pochodzenia . I marki te dokładnie sprawdzają swoich dostawców bo mają dużo więcej do stracenia. Przez lata pracy odwiedziłam tez wiele fabryk w Europie, Indiach czy Chinach i również tutaj są różne standardy, ekologiczne i warunków dla pracowników wiec unikałbym zbyt dużego uogólniania. Również LPP jest polskim biznesem i zatrudnia wielu pracowników jak i angażuje się w pomoc w trakcie pandemii, a cześć swoich kolekcji produkuje i w Polsce i w Europie. Czy sieciówki mogłyby robić więcej – zapewne, czy lokalne biznesy mogłyby robić więcej – również . Uważam ze należy pamiętać ze za jednymi i drugimi stoją ludzie, którzy są świadomi zagrożeń ekologicznych niejednokrotnie wprowadzają zmiany na szeroką skale. Osobiście jestem z wykształcenia inżynierem ochrony środowiska i ten temat interesował mnie na długo nim stało się to modne. Dlatego uważam ze bardzo dobrze ze starasz się uświadamiać odbiorców i zachęcać do bardziej świadomej konsumpcji, ale bazowanie na schematach i popularnych opiniach niejednokrotnie jest krzywdzące .

    1. _

      A może jednak po dekadach paskudnych praktyk, sieciówki zasłuży sobie na bycie wrzuconymi do kategorii krwiożerczych?
      Czytam, że za wielkimi koncernami również stoją ludzi świadomi zagrożeń ekologicznych i myślę sobie “SERIO?” Nie widać.

    2. Natalia

      Kolekcja Join Life to zwykły greenwashing Inditexu. Pod koniec sezonu letniego z ciekawości zerknęłam do mojego dawnego pracodawcy- Oysho. Koszule z lnu kosztowały 34 złote. Zapytałam Pani przy kasie “czemu tak tanio?” Odpowiedziała szybko ale chyba wystarczająco dosadnie “pozbywamy się już tej kolekcji”.

      1. wiktoria

        Najbardziej etycznie byłoby nie kupować. Małe marki, nawet etyczne, slow i dbające o ekologię, NADAL muszą sprzedawać, żeby się utrzymać. Więc ta ekologia jest siłą rzeczy elementem marketingu. Tak więc w moim odczuciu, wszyscy tu uprawiają greenwashing. W mniejszym lub w większym stopniu (bo nie wykluczam, że są marki, dla których to naprawdę ważne), ale jednak.

        Polecam też aplikację Good On You. Jest tworzona niezależnie. I na bazie researchu można zobaczyć, które sieciówki są bardziej, a które mniej spoko jeśli chodzi o łańcuch produkcji.

        Nie każdego stać na koszulę z lnu za 300 zł. Miejmy oczy skierowane dalej, niż czubek własnego nosa – wielu osób nie stać na zakupy w sieciówce w regularnej kolekcji, dlatego kupują na wyprzedażach. I nie, nie zawsze są to zakupy “byle najwięcej i byle najtaniej i jak najmodniej”. Ale trzeba chcieć to dostrzec.

  14. Ania R , BB

    Witam. Moim zdaniem jedyne co moze trzymac ludzi z daleka od sieciowkowych wyprzedazy to strach przed tlumami jakie moga tam zastac (po koronawirusie czesc spoleczenstwa moze unikac mas ). Jednak wciaz beda kupowac choc byc moze mniej ze wzgledu na czesto niepewna sytuacje finansowa i to wszystko. Niestety. Niektorzy nawet nie slyszeli o etycznej modzie czy fastfashion. Interesuje mnie zero waste, czesto kupuje warzywa we wlasnych firankowych woreczkach a przy tym nigdy nie widzialam tej praktyki u innych klientow co daje do myslenia. Czas pokaze.

    1. Magdalena

      Biorąc pod uwagę, że w obecnym szczycie zachorowań – czy tez może nawet przed-szczycie, kto to może wiedzieć? – ludzie organizują sobie grille i inne podobne spędy – to nie liczyłabym na rozsądek po zakończeniu kwarantanny. Ty nie pójdziesz, ja nie pójdę, ale co zrobi mentalna gimbaza, obecnie uwięziona w domach? Ruszy na sklepy.

  15. Niunia

    Mysle Asiu, ze myslisz zyczeniowo. Jak sama bardzo slusznie zauwazylas, najglebszym rdzeniem problemu jest ” niewyobrażalna chciwość wielkich korporacji i zależnych od nich polityków”. Pozwole sobie rozwinac: korporacja jako taka nie moze byc chciwa, to ludzie w niej sa chciwi. I ludzie spoza korporacji tez bywaja chciwi. Sama ilosc zalewajacych swiat dobr to tylko objaw choroby. Moze zmienic sie scenografia, entourage, ale czy jestes pewna, ze pandemia jak dobra wrozka usunie z ludzi chciwosc..? Nie. A skoro nie- to nie spodziewam sie “i zyli dlugo i szczesliwie”.

  16. Magda

    Myślę, że recesja i bezrobocie nie tylko popchną ludzi w stronę najtańszych wyborów w modzie, ale i w żywieniu. Byłoby cudownie, gdyby to była vintage & home made. Obawiam się jednak, że na buszowanie po lumpeksach i domowe wypieki będą mogli sobie pozwolić nieliczni, których będzie stać poświęcić na to czas. Myślę, że dla wielu ludzi z mojego pokolenia, zabezpieczonych lepiej lub gorzej finansowo kwarantanna to jeszcze nadal „przygoda”. Nie mamy chleba? Upieczmy ciasteczka! Jesteśmy w bardzo uprzywilejowanej grupie. Piszę to ze smutkiem, ale obawiam się, że globalnie ta nasza bańka jest kropelką w obliczu morza ludzi, którzy będą musieli ( lub muszą) dokonywać dużo trudniejszych wyborów. Np. Między rachunkami, lekami, jedzeniem. Moda I niestety świadome do niej podejście, nie będzie pierwszą potrzebą.

  17. Maga

    Ja myślę, że to o czym piszesz może się ziścić, głównie dlatego, że takie zatrzymania mogą się w przyszłości wydarzać częściej. Przenoszenie produkcji na lokalne rynki może być dla koncernów strategią na przetrwanie, bo co jeśli tego typu epidemie będą się pojawiać w przyszłości? A sądzę, że będą, dlatego czeka nas odwrót od globalizacji, bo będzie to jedyny sposób na uniknięcie tego, co się dzieje w tej chwili.

  18. Kinga

    Ciekawy artykuł, daje do myślenia. Jak zwykle jednak w mojej głowie sprowadza się do jednego: skąd mam wiedzieć, że teoretycznie dobra, polecana i droższa rzecz z Polski faktycznie będzie dobra? Tyle razy już się sparzyłam, że czasem dwa miesiące zastanawiam się nad kupnem zwykłego T-shirta. Brakuje mi prawdy i poleceń, na których naprawdę mogę polegać. Nie zwykłych influencerów, którzy koszą za to kasę. Marzy mi się, że ludzie polecają ubranie po roku noszenia i dopiero wtedy mówią: tak, ubrania tej marki są dobre, polecam. Ale czy to realne? Pozostaje mi chyba próbować, do skutku. Mam już dość bylejakości w odzieży.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Ja staram się tak robić – ale zrobiłam kiedyś na blogu testy t-shirtów i wniosek był taki, że marka nie gwarantuje niczego. Trzeba indywidualnie starać się ocenić jakość, a jeśli coś jest nie tak – reklamować. Problem z poleceniami po roku jest taki, że nie da się już tej rzeczy wtedy kupić – a jeśli się da, to nie ma żadnej gwarancji, że chociażby materiał jest z tego samego źródła i czy nie zmieniły się w międzyczasie jego parametry. Są marki, na których można polegać bardziej niż na innych, ale najlepsze co możemy zrobić, to wyrobić sobie oko do rozpoznawania porządnie zrobionych rzeczy, wbrew pozorom nie jest to takie trudne, tylko wymaga wprawy. Zrobię na ten temat ebooka do pobrania za darmo.

      1. Kinga

        Wierzę, że kiedyś się tej sztuki rozróżniania nauczę. Największy problem sprawiają mi rzeczy z tzw. średniej półki. Zastanawiam się wtedy czy to okazja w dobrym sklepie czy przeplata z kiepskim. Mistrzynią jest jednak moja ciocia, która cały życie była szwaczką. Iść z nią do sklepu to jak z encyklopedią wiedzy o materiałach. Wystarczy jej chwila i ona już wszystko wie: warto albo nie warto :)

  19. Kasia

    A ja zastanawiam się czemu wiele osób uparcie powtarza, że ludzie po kryzysie będą musieli gdzieś kupować i będą musieli robić to tanio – i to dlatego sieciówki będą miały się dobrze. Czy serio dalej musimy kupować dużo, czy serio zakupami mamy sobie zrekompensować przymusowy czas w domu? Branża reklamowa już doradza markom, by po pandemii postawiły na promocje, wyprzedaże i rabaty. Cały czas ktoś dyktuje nam „potrzeby”, które de facto nimi nie są. My cały czas oczekujemy, ze te potrzeby spełnimy, oczywiście nie wydając przy tym dużo – to nasza „norma”. Kiedyś ludzie nie kupowali na potęgę i przez 10 lat kupowali tyle co my w rok, bo ceny odzieży to był spory procent ich pensji, a na wiele rzeczy musieli zwyczajnie odkładać pieniądze. Dlatego argumenty o najniższej krajowej przestają do mnie trafiać. Wystarczy zapytać dziadków ile kupowali kiedyś i ile przy tym zarabiali. Tu wyświechtane argumenty o „snobizmie i uprzywilejowaniu” raczej odpadają… może to powinno dać nam do myślenia?

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Kasia, ubiegłaś mnie, mam o tym rozplanowany następny post na bloga – że nie trzeba kupować kaszmirowego swetra za 700 zł, żeby być bardziej odpowiedzialnym konsumentem, wystarczy kupować to, czego potrzebujemy i co naprawdę nosimy. Czy w sieciówce, czy w eko marce, to kwestia drugorzędna. Lepsza noszona latami sukienka z sieciówki niż rzucony w kąt tshirt z najbardziej eko kolekcji. I od razu odpowiem na zarzut pod tytułem “w sieciówkach trzeba kupować często, bo jakość słaba” – jak często kupujemy, żeby zastąpić coś, co się naprawdę zniszczyło, a jak często, bo po prostu mamy ochotę na coś nowego, albo wydaje nam się, że musimy coś mieć, bo mignęło nam na Instagramie.

      1. Kasia

        O, to tym bardziej ciekawa jestem kolejnego wpisu. I wydaje mi się, że jeszcze jednym z problemów jest to, że gdy o odpowiedzialnej konsumpcji, czy wystopowaniu z zakupami, mówi bloger/influencer (lub w rozmowach prywatnych osoba, która postrzega się jako lepiej sytuowana), bo wtedy bardzo łatwo jest uderzyć w ton: co ty tam wiesz o zwykłym życiu, pewnie jakaś marka Ci to podarowała i dlatego to chwalisz/Ciebie to stać na takie fanaberie. I to niestety powoduje, że dalsza dyskusja przestaje mieć sens…

  20. Eva

    Pewnie jedna z nielicznych czekam na wyjście na zakupy. Ja nie cierpię zakupów jednak już przed obostrzeniami miałam listę czego brakuje a w czasie pandemii widzę że moja lista rosnie. Nie kupuję online, ponieważ jestem niewymiarowa i rzeczy typu bielizna czy spodnie muszę przymierzyć. Buty z sieciówki za które zapłaciłam 300 rozwaliły się i nie uznali reklamacji. Zauważyłam też że moje domowe ciuchy też zasługują na wymianę. dla zdrowia psychicznego chcę w domu “dobrze wyglądać”. Jedynie kosmetyki przerzucam na online i wybieram lepsze, naturalne.

    1. _

      Obstawiam, że możesz też dobrze wyglądać w domu, w tym co masz już w szafie. Czy nie jest czasem tak, że połowy rzeczy z listy nie potrzebujesz? Może chcesz sobie poprawić w ten sposób nastrój, tylko że to nie jest rozwiązaniem.

      1. wiktoria

        Zaskakuje mnie, z jaką częstotliwością przy takich komentarzach, że ktoś ma jakąś potrzebę, pojawiają się od razu głosy “na pewno tej potrzeby nie masz, zrewiduj swoją listę”. Bądźmy dorośli. Nie potrzebujemy na każdym kroku strażników moralności. Oraz dajmy sobie prawo do bycia różnymi. Jedna osoba świetnie odnajdzie się z szafą z 30 rzeczami, drugiej będzie potrzebne 60. Nawet, jeśli Tobie by się w głowie nie pomieściło, że ktoś może mieć tyle ubrań.

        Najważniejsze w tym wszystkim, to świadomość. Jeśli jestem świadoma, co jest moją potrzebą, a co zachcianką i nie oszukuję przy tym samej siebie, to naprawdę, niepotrzebne są takie komentarze.

        Sama kiedyś usłyszałam, że jak mam więcej niż 4 swetry na zimę, to kiepska ze mnie minimalistka. Dzięki temu skutecznie wyleczyłam się z tego środowiska, które urządza sobie wyścig pt. “kto ma mniej”.

        1. Emka

          Też mnie zaskakuje takie oceniająco-pouczające podejście. Eva pisze wyraźnie, że zakupów nie lubi, wszystko kupuje zgodnie z listą i że zauważyła, że domowe ciuchy są już do niczego. Wskazuje to na osobę bardzo świadomą i mało kupującą. Jednak i tak została pouczona przez internetowego strażnika minimalizmu podpisującego się kreską.

  21. Namysłowska 3

    A ja sobie pomyślałam, że są osoby, dla których kupowanie etyczne czyli wybór ubrań polskich marek jest zbyt „trudny”. Wbrew pozorom te marki nie są szeroko promowane, nie mają sklepów w każdej galerii handlowej, nie mają setek fasonów i szerokiej kolorystyki i niskich cen, a to niestety decyduje o trafieniu w gustach (nie wiem w zasadzie, czy to na pewno gusta) większości. Dużo łatwiej kupić coś z modowego fast-food’u.
    Wracając do Twojego pytania…obawiam się, że obecny kryzys niewiele zmieni w kwestii mody i zakupu ubrań. Teraz nie możemy podróżować ale przeglądamy zdjęcia ciekawych miejsce i obiecujemy sobie, że: „Gdy tylko to się skończy, to pojadę czy polecę…” Analogicznie będzie z zakupami, tymi ubraniowym głównie – teraz nie można wędrować po galeriach i bez końca przymierzać plastikowych T-shirtów..ale: „Gdy to już się skończy, to pójdę na TAAAKIE zakupy”.
    Przykre ale prawdziwe.

    1. wiktoria

      Nosząc rozmiar 46 nie jestem w stanie kupić spodni w markach slow fashion. Ani dobrze dopasowanej koszuli. W zasadzie większości rzeczy nie jestem w stanie kupić, poza rzeczami z dzianin, które się rozciągają. Wiem oczywiście, z czego to wynika (koszty), ale jednak polskie marki nie chcą moich pieniędzy :)

      1. Maiko

        Hej, mam ten sam problem. W dodatku jeśli już coś jest w moim rozmiarze (44), to jest to głównie bezkształtny worek. Znam osobę, która rozkrecala markę odzieżową i rozumiem, że to koszta, ale jednak…

        Dodatkowo przez budowę ciała bardzo szybko drą mi się spodnie, więc szczerze nie wydałabym 500 zł na spodnie, które będą zniszczone po pół roku.

        Jednocześnie kojarzę z blogów amerykańskich, że w USA są takie marki, ale jak się ma to do wspierania lokalnych polskich marek?

  22. Kaja

    Asiu, dziękuję za ten tekst i za nazywanie rzeczy po imieniu (you had me at “rabunkowy kapitalizm” 😊). Uważam też, że niesłusznie obrywasz za “uprzywilejowanie” – tak jak zwraca uwagę na to jedna z komentujących i jak będziesz pisać w swoim następnym poście (czekam z niecierpliwością), kupujemy o wiele za dużo i wydajemy masę pieniędzy na ciuchy, loty, i inne zupełnie zbędne rzeczy, zamiast kupować dużo mniej i z głową. To po części też jest kwestia edukacji, a po części zmian systemowych, skończenia z wszechobecnością reklam w przestrzeni publicznej i tym podobnych rzeczy… Ja mam bardzo mały budżet (jestem muzykiem freelancerem), a jakoś starcza mi na te eko warzywa, sukienkę czy cień do powiek od małej marki (cień do powiek starcza mi na tak długo, że ktoś by mógł powiedzieć, że to niehigieniczne 😂, a nowe ciuchy kupuję nie częściej niż raz, dwa na rok). Poza tym… tak to wszyscy powinniśmy się zamknąć i nic nie mówić, bo wszyscy jesteśmy uprzywilejowani, jeśli mamy dach nad głową i ciepła wodę w kranie. Powodzenia z Lunaby, rzucę okiem na stronę 😊

    1. wiktoria

      Dokładnie tym jest uprzywilejowanie. To nie jest tak, że należy za nie kogoś ganić. Ale warto mieć świadomość tego, że to, jak żyje część osób, którzy najczęściej mają największe zasięgi i ich głos jest słyszalny, jest niedostępne dla bardzo wielu ludzi.

  23. Kaja

    Aha, chciałam jeszcze napisać, że w Brukseli, gdzie mieszkam, ta eko-bańka jest większa niż w Polsce i systematycznie się zwiększa – np. sklepy z żywnością “eko”, w których robię zakupy, mają coraz większą i bardziej różnorodną klientelę. Nie wątpię w to, że ta banieczka rozszerza się też w Polsce, po części pewnie dzięki internetom i instagramom, które popularyzują i “estetyzują” zagadnienia ekologiczne wśród młodych ludzi z dużych miast – ale z drugiej strony moja mama ciągle robi zakupy u fantastycznych wiejskich bab na lokalnym ryneczku, i to jest takie zero-waste (pomijając ilość foliówek 😱), short circuit, bio i eko, które w mniejszych miastach i wsiach zawsze było i dobrze się ma chyba… Cieszę się na ten Twój następny post, bo trzeba o tym mówić jak najwięcej, że bio, eko, zero-waste i odpowiedzialne zakupy to nie tylko rozwiązania dla młodych, pięknych i bogatych 😊

  24. 😊

    Przez wiele lat byłam księgową polskiej firmy odzieżowej i obserwowałam jeden trend, coraz gorsze materiały i coraz wyższe ceny ubrań. Później również miałam dostęp do informacji o cenach hurtowych i detalicznych ubrań innej firmy produkującej odzież na terenie naszego kraju. I wniosek mam jeden branża odzieżowa i gastronomiczna mają najwyższe marże jakie kiedykolwiek widziałam, a dodam, że osobiście liczyłam całkowite koszty produkcji różnych grup produktów na przestrzeni co najmniej kilku lat. Plus mojej pracy jest jeden, to głęboko zakorzeniona świadomość ile jestem w stanie zapłacić za dany typ ubrania. I to niestety nie jest tak, że produkcja w Polsce równa się świetna jakość i etyczne prowadzenie biznesu. Ktoś może pomyśleć, że pewnie i tak wygląda to lepiej niż w Chinach i na pewno ma rację, ale czy to jakieś pocieszenie. Myślę, że najlepiej byłoby, gdyby każdy z nas przed każdym zakupem zastanowił się czy na 100% go potrzebuje, a jeśli odpowiedź brzmi “tak” to postarajmy się, żeby uzyskać jak najlepszą jakość za cenę, która nas nie zrujnuje. Ja cały czas uczę się tego… Firmy chcą maksymalizować zyski i minimalizować koszty i to chyba się nie zmieni, a politycy z oczywistych względów nie będę im przeszkadzać, ale konsumenci swoimi codziennymi wyborami również coś producentom pokazują. Świat nie zmieni się w jednej chwili, ale pamiętajmy, że kropla drąży skałę. Wszystkie mniejsze i większe rewolucje kiedyś miały swój skromny początek… I to daje mi nadzieję!!! Uczmy się wzajemnie, a ta wiedza będzie zataczać coraz większe kręgi. I tu wielkie podziękowania Tobie Asiu za wiedzę, którą nam przekazujesz. Wielki dzięki za uporządkowanie mojego stylu i “odchudzenie” mojej garderoby. Dużo zdrowia i uśmiechu Wszystkim!!! Pozdrawiam 😊

    1. Ewelka

      Dobrze napisane. Faktycznie my sami możemy dać o sobie znać dużym korporacjom modowym. Kupować świadomie, a może nawet poinformować ich o naszych preferencjach i potrzebach?
      Po przeczytaniu książki o plastiku i wpływie na zdrowie i środowisko, zaczęłam bardziej się przyglądać temu co mam w domu, i co noszę. Bardzo trudno znaleźć coś bez plastiku, ale mogę o tym poinformować producenta – choćby zwykłym zapytaniem. Co myślicie?
      Może warto informować o naszych pomysłach i przemyśleniach wielkie korporacje i małe firmy? Nie negatywnie, ale naszymi pomysłami , że chcemy wyboru ? Czy ktoś próbuje przekazać swoje zapytania do źródła? Może nawet dostał odpowiedź?

  25. Tipi

    Dress Code tez moze ulec zmianie. Gdy ostatnio miałam wideokonferencje z osobamu na sporo wyzszych stanowiskach w mojej firmie zastanawialam się jak to bedzie co ubrac. W normalnej sytuacji wszyscy wlozylibysmy odprasowane ciuchy. A jednak jedna z tych Pan była w różowej bluzie inny szef w bluzie na suwak A ja… hednak wlozylam swoja szara bluze z kapturem. Gdy pracujesz z domu bardziej liczą się kompetencje

  26. Rafał

    Ja uważam, że do ekologii należy przywiązywać wagę o tyle, o ile nie dzieje się to z krzywdą dla człowieka. Człowiek jest ważniejszy od przyrody. I powinien dbać o przyrodę, ale nie powinno to determinować całego jego życia. Ja się do takiej “religii” nie zapisywałem i nikt mnie nie zmusi do jej wyznawania. Jedna z niewielu zalet tej epidemii to zahamowanie ekologicznego fanatyzmu, bo zaczynało to zachodzić za daleko. A co do tego gdzie kupować to będę oczywiście wspierał przede wszystkim polskie marki. Reserved też, choć to akurat jest gigant, który dokonywał już ekspansji biznesowej w Europie, z czego byłem poniekąd dumny.
    Natomiast co do ograniczenia konsumpcji to się z tym zgodzę, to dobre nie tylko z powodów ekologicznych, ale i moralnych, czy nawet dla zdrowia psychicznego człowieka.

    1. Magdalena

      Człowiek NIE jest ważniejszy od przyrody, chociażby z tego prostego powodu, że przyroda świetnie sobie bez człowieka poradzi. W druga stronę to nie zadziała.

      1. Rafał

        A ja jestem święcie przekonany, że człowiek jest ważniejszy i takie samo przekonanie ma ogromna część społeczeństw, więc fanatycy ekologistyczni musieliby wprowadzić zamordyzm i siłą nas zmusić do swoich przekonań. A przekonania o podrzędności ludzi na ziemi to strasznie brzydko pachnie, nie wchodząc już w jakieś porównania historyczne. Natomiast co do Ziemi to także naukową oczywistością jest, że i tak się kiedyś skończy niezależnie od woli człowieka.

        1. Monika

          Rafał, przybijam Ci piątkę. Mądry i potrzebny głos, też już jestem przytłoczona zielonymi komunistami, którzy najchętniej wybiliby pół planety, bo “ekologicznie”.

        2. bww

          Jeszcze gorzej pachnie przekonanie o prymacie człowieka nad innymi żyjącymi istotami. Nie mówiąc już o tym, że zalatuje wspomnianym zamordyzmem.

          1. Rafał

            Jedzenie mięsa ci źle pachnie? Hitler by się na pewno z tobą zgodził, wszak był wege i kochał zwierzęta bardziej niż ludzi.

            1. bww

              “Fanatyzm”, “zamordyzm”, teraz (nie)jedzenie mięsa i Hitler. Zaraz będzie o pluciu na kościół i ojczyznę. Skąd tu tyle prawicowych trolli? Obcięli wam stawki za komentarz?

    2. iwona

      przecież człowiek jest częścią przyrody, więc jak jako jej część ma być od niej jako całości ważniejszy??? Druga sprawa, to fakt, że namnożyliśmy się ponad jakąkolwiek miarę, i przyroda odetchnęłaby, gdyby nas było choć połowę mniej. Skończyłaby się masowa produkcja wszystkiego.

      1. Monika

        What? No to już brzmi jak totalitaryzm pełną gębą. Kim jesteś żeby mówić ludziom czy i w jakiej liczbie mają się rozmnażać? I kogo jest za dużo, co? Hindusów, Chińczyków? A może Europejczyków? Co za koszmar, że ludzie mają takie myślenie.

          1. Monika

            No właśnie chciałabym się dowiedzieć, kogo wg tej Pani jest “za dużo” – bo nie wiem, jak można tak w ogóle pomyśleć….

        1. iwona

          Jaki totalitaryzm???? Człowiek jest jednym w bardzo, naprawdę bardzo wielu gatunków. Nie jesteśmy ani lepsi ani gorsi, a uzurpujemy sobie prawo do bycia bogiem na tej planecie. Żądamy dla siebie niemożliwego, ograbiając ziemię ze wszystkiego co ma, a następnie narzekamy, że jak to, tego nie ma. Trochę szacunku i pokory wobec przyrody, bo tak jak każdy inny gatunek dziś jesteśmy panami świata, a jutro może nas nie być.
          jak można być tak krótkowzrocznym, by nie widzieć że mówię o ludzkości jako gatunku, który rozpanoszył się i niszczy wszystko czego dotknie. A nasza liczebność w niczym nie pomaga.
          Ochłońcie trochę i przestańcie patrzeć tylko na własny nos, bo nie jesteście na tej planecie jedyni. I tym innym dajcie żyć, nie zabierajcie im ziemi, lasów i wody.

      2. Marta

        Zawsze mnie zadziwiają ludzie, którzy narzekają, że ludzi jest za dużo. Aż się ciśnie na usta: to dlaczego sami nie ulżą przyrodzie? Może jeszcze się okaże, że koronawirus jest zbawieniem.

    3. Kaja

      Ekologicznego fanatyzmu? Powiedz, czy wiesz ile w tym roku śniegu i deszczu spadło w Polsce, jakie są temperatury i jaki to ma wpływ na rolnictwo? To nie fanatyzm, to fakty, o których naukowcy trąbią już od lat 70tych i na które WSZYSCY inni reagują z gigantycznym opóźnieniem.

  27. Daag

    Nie sądzę, aby cokolwiek zmieniło się na lepsze. Tak jak wiele dziewczyn uważam, że po zwolnieniu blokad większość społeczeństwa rzuci się odbijać straty. Jeżeli pojawią się te megawyprzedaże, o których pisze Asia, to sobie wyobraźcie ten run na taniochę.
    Niestety, społeczeństwo jako ogół jest biedne i głupie. I dopóki będą istniały i miały się świetnie takie twory jak olfaktoria i inne pożal się boże influencerki, to nic sie nie zmieni. Dlaczego? Bo łatwiej być głupim. A polityka państwa wspiera głupotę.
    Wspomniana olfaktoria na samym ig ma dwa razy więcej obserwujących niż Asia. To dużo mówi. Ograniczenie konsumpcji i skierowanie jej na bardziej racjonalne, odpowiedzialne tory niestety kłóci się z bardzo powszechną teraz postawą “należy mi się” i “chcę/muszę wyglądać”.
    Kwestie finansowe i kogo na co stać to zupełnie inna sprawa. Problem leży w głowie, nie w portfelu.

  28. Gosia

    Mnie zastanawia jak szukać tych zaufanych marek. Marzy mi się wiele rzeczy, których szukam od dłuższego czasu, ale nie mam pojęcia gdzie je kupić – żeby było etycznie i żeby służyły mi długo (klasyki – sukienka, garnitur, bluzki, ciuchy do domu). Np. wpadłam na Marie Zelie – piękne sukienki, ale filozofia marki nie do zaakceptowania, a na domiar złego upierają się, żeby nie zrobić ciuchów pasujących na przeciętną Polkę, czyli ok. 163 cm.
    Nie mam problemu, żeby poczekać, uzbierać pieniądze na droższą rzecz – zakup klasycznej dżinsowej kurtki rozważałam prawie rok. Tylko to są już takie sumy, że chciałabym dokonać mądrego wyboru, a z kilkoma polskimi markami mam już złe doświadczenia. :(

        1. Monika

          Co jest złego w skromnym ubiorze? :P
          P.S. Ciekawe czy te same osoby sikałyby po nogach z ekscytacji, jeżeli byłyby tam odwołania do jakiejkolwiek innej religii i…dokładnie te same ciuchy. Świat oszalał.

          1. Iza

            Monika, Rafał – państwo z buzzmarketingu dla LPP? Bo tu nigdy nie było tak totalnych opozycjonistów, a Asia o ekologii i slow fashion pisze od lat. Pozdrowienia! :)

            1. Monika

              Nie stoję w opozycji ani do slow fashion ani tym bardziej do ekologii. Raczej do ekoterrorystów. Za to o LPP mogłabym powiedzieć kilka chłodnych słów. :D ale z uwagi na kulturę dyskusji sobie odpuszczę.

              1. Monika

                Nope, pudło.
                Zastanawiające skąd się bierze to myślenie u niektórych, że jeżeli ktokolwiek się z nimi nie zgadza w jakiejkolwiek kwestii to natychmiastowo przypisuje mu się “określone” poglądy polityczne – jakaś mania prześladowcza czy coś?

        2. Daag

          Dokładnie, dlaczego “skromne” zazwyczaj kojarzy się z “katolickie”? Z ciekawości przejrzałam asortyment Marie Zelie i jestem zachwycona, a nie jestem ani katoliczką, ani nawet chrześcijanką i mój stosunek do tych religii jest raczej niechętny. Na stronie MZ widzę piękne, klasyczne, kobiece ubrania, w których modelki wyglądają świeżo i lekko. Gdybym chciała wyglądać kobieco i atrakcyjnie, bardzo chętnie wybrałabym którąś z sukienek MZ.
          A skromny ubiór na szczęście broni się sam.

      1. Gosia

        Dla mnie nie do zaakceptowania jest komunikacja prowadzona przez markę. Mierzi mnie, kiedy marka (a właściwie jej założyciel) próbuje dzielić – kto ubiera się “godnie”, “kobieco”, “skromnie” i “tak, jak wypada”. Moi zdaniem “kobieca” może być kraciasta koszula, trapery, plecak górski, kobieca może być też sukienka – wystarczy, aby osoba nosząca te ubrania czuła się w nich kobieco. Czy “skromny” jest bardzo drogi płaszcz z najlepszej wełny? Dla jednych tak, dla innych nie. “Godnie”? Czy moralne jest ocenianie ludzi tylko na podstawie ubioru?
        Uważam, że MZ produkuje piękne ubrania – można je opisać na wiele pobudzających wyobraźnię sposobów, a marka wybrała akurat ten dzielący kobiety i próbujący wepchnąć je zupełnie niepotrzebnie w ciasne i niewymiarowe ramki.
        W parze z tą filozofią idzie też upór co do długości sukienek – MZ niestety szyje ubrania na osoby wyższe niż przeciętna Polka i o ile na wysokich modelkach te długości wyglądają dobrze, o tyle na zwykłych kobietach będą wymagać poprawek, więc do wysokiej ceny sukienki musiałabym dołożyć jeszcze kilkadziesiąt złotych na krawcową. Wielokrotnie widziałam w komentarzach liczne prośby, aby marka zaczęła pokazywać ubrania na różnych typach sylwetek albo chociaż na niższych osobach oraz rozważyła zróżnicowanie długości sukienek, co zawsze spotykało się z niezbyt miłymi odpowiedziami MZ.
        Nie trzeba się ze mną zgadzać, ale póki co dla mnie wady marki przewyższają estetyczne walory ubrań i zwyczajnie nie chcę zostawiać u nich swoich pieniędzy.

        1. Gosia

          Warto też wspomnieć, że w kwestii etycznego prowadzenia marki, pochodzenia tkanin, miejsca szycia – marce brakuje transparentności. :(

  29. Alexandra

    Miałam bardzo złe doświadczenie z polskimi markami – sukienka z Madelle za ponad 500 zł, z której wyłażą nitki, rozchodzą się dziurki na guziki, bluzka z Aeterie za ponad 200 zł, która zaczyna się mechacić po 3h od założenia (w Aeterie zasugerowano mi użycie golareczki do ubrań), bardzo długie czekanie na odpowiedz mailową jak z pierwszej, tak i drugiej firmy, żadnego “przepraszam” – po czymś takim nie mam najmniejszej ochoty wspierać polskie marki.

    1. Marta

      No właśnie, nie wiadomo komu ufać. Ostatnio czytałam, że komuś torebka od Zofii Chylak zafarbowała drogi płaszcz. Poza tym małe marki są mocno kojarzone z właścicielem, więc jak jak właścicielka pewnej polskiej marki wstawia na IG pogardliwe prostackie posty o ludziach noszących poliester, to nie mam zamiaru wspierać takiej osoby.

      1. Monika

        Też bardzo dużo złych opinii słyszałam o torebkach Chylak. Dwóm koleżankom się rozwaliły, a nie minął nawet rok od zakupu…..

        1. Matylda

          Z polskich marek sprawdziłam i polecam Natabo – moim zdaniem ubrania warte ceny, kupiłam gotową sukienkę, każdy pyta mnie, czy szyłam ją na miarę u krawcowej, zaś obsługą klienta jak na razie zajmuje się właścicielka i robi to świetnie, czuję się u niej “zaopiekowana”, pani Anna cierpliwie odpowiada na pytania, jest bardzo kulturalna i cały proces komunikacji z nią sprawia, że czuje się tę markę jako premium – taki jest to poziom, lubię też markę autorki bloga, czyli lunaby i muszę w tym miejscu dodać, że świetnie radzi sobie z sytuacjami “kryzysowymi” – gdy jeden zamówiony przeze mnie egzemplarz koszulki okazał się być felerny, napisałam tylko maila z załączonymi zdjęciami i w kilka dni dostałam nowy egzemplarz oraz przeprosiny – chciałabym, żeby każda marka miała taki poziom obsługi klienta.

        2. Iza

          Nigdy w życiu w to nie uwierzę. Mam kilka torebek Chylak i to jest mistrzostwo kaletnictwa. Dodatkowo – skóra wyprawiona w taki sposób, jak ta w torebkach Chylak nie ma szans odbarwić się czy pobrudzić czegokolwiek.

          1. Monika

            U jednej koleżanki popsuł się zatrzask, a u drugiej odleciał pasek. Niby pierdoły, ale przy takiej cenie ciężko to zaakceptować. Co do samej skóry to faktycznie nie narzekały. Też się czaiłam na tę półokrągłą torebkę, ale lista oczekujących mnie jednak zniechęciła.

          2. Dominika

            oj, to muszę Cie zmartwić Izo. Ja mam trzy rzeczy kupione u Chylak i raczej beda to ostanie zakupy. Jedna z nich to słynny czrany worek, z kapsulowej kolekcji, kuiony jeszcze w czasach gdy firma nie była tak znana i pisąly o niej tylko Harel i moze jedna dwie blogerki. Wtedy jeszcze nie było u Chylak tzw kolekcji kapsułowej, tylko normalnie kolekcja numer 2 czy ileś tam. Torebka sie w ciagu roku wytarła i zmieniła kolor na zielonkawy. Ja glupia zamiast od razu rekalmowac to cierpliwie pastowałam (specjalnymi pastami wysokiej klasy typu Saphire) i liczylam na cud. Gdy w koncu po uplywie dwu lat napisalam ze skarga do projektatki, odpisano mi ze po okresie gwarancji nie biora odpowiedzialnosci za produkt. I ze teraz używają innych skór. Serio, firma ktora mowi o tradycji, wysokiej jakosci itd itp? Taka firma, na salonach, to powinna dawac dożywotnia gwarancję. Kupilam jeszcze (tzn zanim ta pierwsza sie tak zeszmaciła) malą torebeczkę an pasku, taka prosta, na wieczor. Z nia jest ok, ale bardzo malo jej używam. Brelok gwiazdka, ze zlocistym kołkiem, stracil pozlotkę w ciągu kilku miesięcy, nadal go używam i nie mailam juz siły na przepychanki z reklamacją. Ja już tam niczego nie kupie, niech sobie warszawskie modnisie noszą Chylak jak je stać. Ja wolę , jelsi bede miała potzrebe nowej torby, wesperec inne polskie marki, gdzie mam pewnośc jakości- Mako , La Boba czy Molehill. z tych dwu pierwszych mam po jednej torebce i mimo czestego używania nic im nie dolega.

        1. Marta

          Ja mam na myśli panią Monikę Kamińską. Przestałam śledzić ją i jej markę, bo teksty typu “płyniemy po ludzi w poliestrze” były już dla mnie zbyt męczące i ani trochę zabawne.

    2. Karolina

      No cóż, też mam obawy przed kupowaniem polskich drogich wyrobów po… zakupie pidżam z Lunaby. I nie jest to żart, mam cztery pidżamy kupione w różnym okresie i każda jest znoszona (a ubieram tylko do spania, nie robię w nich nie wiadomo czego…) i w zasadzie to powinnam je już wymienić. A nie wymieniam, bo mnie aktualnie nie stać a do lumpeksu iść nie mogę z wiadomych względów. Dla mnie to nie jest synonimem promowanej tu jakości i szczerze mówiąc zraziłam się do polskich ciuchów. Marki promują swoje wyroby “na lata”, jako “inwestycja” czy inne super nośne hasła, a ja mam pidżamy z wyłażącymi nitkami, urwaną tasiemką, spierającym się kolorem i plamami pod pachami. Dodam tylko, że nigdy nie miałam takich problemów z jakąkolwiek inną pidżamą czy to pochodzenia sieciówkowego czy lumpeksowego, więc tym bardziej jest to przykra sytuacja.
      Odnosząc się do samego tekstu na blogu – nie wiem co się stanie z modą po pandemii, bo tymczasowo mam to w dupie. Tak jak wielu innym osobom grozi mi bezrobocie, bo kryzys w mojej branży zbliża się wielkimi krokami. I jak mi się zużyją ubrania to ostatnia rzecz na jaką będę zwracać wtedy uwagę to będzie poszukiwanie niszowych polskich marek, będę chciała kupić coś na co będzie mnie po prostu stać.

  30. Katarzyna Zajączkowska

    Bardzo ciekawy tekst. Uważam, że kryzys wstrząśnie branżą mody i konsumentami. Czy nawrócimy się wszyscy? Nie sądzę. Z pewnością jednak upadnie wiele firm, a obronią się te, które dobrze odczytają nowe potrzeby i nastroje konsumentów. Mój punk widzenia na temat odpowiedzialnej mody i kryzysu przedstawiłam w swoim podcaście. Zapraszam i pozdrawiam :)
    https://www.youtube.com/watch?time_continue=18&v=GCLbmJKY0b8&feature=emb_logo

  31. Relokowana

    Odnoszę pozytywne wrażenie, że powoli, ale skutecznie od lat zachodzą dwa procesy, które możemy osobiście ocenić. Posłużę się przykładami z rynku kosmetycznego czy “jedzeniowego”. Rośnie świadomość konsumencka – i wybory portfelem sprawiają, że koncerny odczytują trendy i starają się do nich dostosować (by jednak rynek nadal do nich należał). Na przykład NIVEA czy BIELENDA wprowadzają całe serie kosmetyków bardziej naturalnych (można dyskutować jak bardzo naprawdę naturalnych, ale widać, że jest progres). Podobnie z jedzeniem – ogranicza się ilości soli w produktach oraz podkreśla ich zdrowie i naturalny skład usuwając substancje, które jeszcze 15 lat temu były standardem. Ponieważ konsumenci realnie zwracają na to uwagę. Jednocześnie, to proces numer dwa, będący wynikiem pierwszego, rządzący, widząc zachodzące zmiany starają się im towarzyszyć albo wręcz je propagować, aby nie stracić popularności. I tak procesy oddolne przekuwają się w systemowe. To jednak trwa.

    I jeszcze tak na marginesie: badania pokazują, że optymizm zakupowy konsumentów osłabł dramatycznie. Owszem, jak zwykle, część osób kupi, co zechce, ponieważ będzie je na to stać. Spodziewam się, że pozostali wstrzymają się z wydatkami do jesieni (lub je znacznie ograniczą- mam na myśli wydatki z grupy “fanaberie=nie potrzebuję/ może poczekać”). Pozdrawiam!

  32. Monika

    Myślę, że – jak to w naszym lokalnym kurwidołku bywa – po fali zjednoczenia z okazji narodowej tragedii wrócimy bezrefleksyjnie do obrzucania się błotem i “życia jak przedtem” :D Co do tych ftalanów to serio nie miałam pojęcia. Dzięki! Prałam ciuchy po zakupie raczej z powodu obrzydzenia osobami, które je mogły mierzyć przede mną.

    A ostatnio spostrzegam, że ludzie w internetach lubują się w myleniu kapitalizmu z konsumpcjonizmem i używają tych słów zamiennie. To totalnie dwa różne pojęcia, więc trochę tego nie rozumiem. Dzięki temu “obrzydliwemu kapitalizmowi”, na który wszyscy tak psioczą mamy możliwość chociażby posiadania własnej firmy, bo opiera się on na prywatnej a nie państwowej własności. Mamy możliwość korzystania z takiego google’a i youtube’a chociażby. I z wielu innych rzeczy, które (na szczęście) są jeszcze prywatne, a nie państwowe.
    Bezrefleksyjny konsumpcjonizm natomiast – skrajne uzależnienie się od nabywania dóbr, kupowanie byle czego, byle szybciej, byle więcej, nieważne czy potrzeba czy nie – tutaj można się śmiało czepiać. To prowadzi do degradacji środowiska, do marnotrawstwa zasobów, etc.

    Nie mówię tego, żeby krytykować – raczej głośno myślę. Możliwe, że mylenie pojęć i takie myślenie u ludzi wynika z kompletnego braku edukacji ekonomicznej na wszystkich szczeblach nauczania – nawet na (ekonomicznych) studiach. Ludzie nie mają fundamentalnej wiedzy o finansach, nie potrafią oszczędzać, gospodarować pieniędzmi i przeznaczać ich na dobrej jakości rzeczy, które długo posłużą i nie zostaną rzucone w kąt po pierwszym użyciu. W konsekwencji myślą, że jak coś kupią na promce to “oszczędzili”….

    1. Marta

      Tak! Strasznie mnie wkurza to zrzucanie winy na ten straszny kapitalizm, a te wszystkie małe marki to też kapitaliści, tyle że mniejsi.

      1. Monika

        Dokładnie tak! Kapitalizm jest jakąś obelgą dla niektórych, a to (aż i tylko) ustrój oparty na własności prywatnej. Dzięki czemu Kowalski może mieć własną działalność gospodarczą. Tylko tyle i aż tyle.

    2. Kaja

      Wezmę ten komentarz na klatę, bo wyżej w swoim podkreśliłam, że doceniam nazywanie rzeczy po imieniu i chodziło mi właśnie o sformułowanie “rabunkowy kapitalizm”. Tak jak piszesz, kapitalizm sam w sobie nie jest problemem. Problemem jest to, w jaki sposób interesy przeciętnego obywatela, a więc – teoretycznie – państwa, zostały całkowicie podporządkowane interesom sfery finansowej, kosztem ogromnego pogorszenia jakości życia większości ludzi, którzy jedzą byle co, noszą byle co, i stoją w gigantycznych kolejkach lub płacą gigantyczne pieniądze za leczenie swoich niewydolnych żył, płuc i pleców, doprowadziwszy się do tego stanu przez ślęczenie przed komputerem przez długie godziny i przemieszczanie się wszędzie samochodem. To oczywiście dość jaskrawy obraz sytuacji u nas w Europie, ale w Stanach to przecież naprawdę tak wygląda, ta epidemia, która u nas budzi niepokój, tam sieje zagładę z różnych powodów, m. in. koszmarnego funkcjonowania służby zdrowia i braku świadczeń socjalnych. Po prostu musimy przestać wierzyć w to, że istnienie majątków takich na przykład jak ten Jefa Bezosa jest czymkolwiek usprawiedliwione. Najnowsze analizy naukowe przeczą zasadności tzw. “trickle-down economy” i, na mój chłopski rozum, to jasne, patrząc na to, jak rozkłada się kapitał firm, które produkują w krajach trzeciego świata. No i musimy przestać mierzyć wszystko w kategoriach “opłacalności” – na czele ze zdrowiem i kulturą.

      1. Monika

        Rozumiem, natomiast ja mam jednak takie podejście, że najpierw zaglądam do kieszeni komuś kto jest opłacany z moich podatków zanim pokażę palcem na prezesa prywatnej firmy. I 100000 razy bardziej wpienia mnie taka blond lala z NBP bez grama kwalifikacji, która zarabia 50k miesięcznie za nic, niż majątek Bezosa.
        A z teorią trickle-down economy jest jeden maleńki problem – nie istnieje i nigdy nie istniała. “Żaden ekonomista nigdy nie postulował takich rozwiązań. Teoria skapywania jest populistycznym, politycznym hasłem, używanym przez przeciwników wolności gospodarczej, w celu ośmieszenia postulatów strony przeciwnej i uniknięcia dyskusji o meritum.” – cytuję za stroną prostaekonomia.pl której nie wiem czy przypadkiem nawet nie polecała tutaj kiedyś Asia w jednym ze swoich postów.

        1. Joanna Glogaza Autor wpisu

          To chyba nie ja polecałam, bo nawet za bardzo jej nie kojarzę. Ale jak wrzuciłam w google to wyświetlił mi się filmik Karoliny Baszak z poleceniem, może to Karolina?

          1. Monika

            A to już sama nie wiem, Karolinę Baszak oglądam, że tak powiem od wielkiego dzwona, więc chyba też nie :D
            Ja w każdym razie polecam. ;)

            1. Ada

              Gwoli ścisłości, kanał “Prosta ekonomia” przesączony jest myślą neoliberalną, a ich filmy nie przedstawiają neutralnej, obiektywnej perspektywy.

  33. Alex

    Bardzo chciałabym żeby w całej tej sytuacji ludzie pamiętali ze nie tylko u nas ludzie tracą pracę z powodu koronawirusa. W rozmowie o aktualnej sytuacji marek odzieżowych, oprócz rozmowie o nowych pokoronawirusowych trendach czy ekologi, powinniśmy pamiętać ze miliony ludzi w Bangladeszu tracąc prace stacza się w sytuacje skrajnego ubóstwa i głodu, którego wręcz nie umiemy sobie wyobrazić w Europie.

    Na prawdę nie wiem jakie może być tego rozwiązanie, ale nagłe eko trendy i przenoszenie produkcji do europy rozwiązaniem nie są.

    https://www.npr.org/sections/coronavirus-live-updates/2020/04/03/826617334/1-million-bangladeshi-garment-workers-lose-jobs-amid-covid-19-economic-fallout

  34. Ewelina

    Nie dałam rady przebrnąć przez wszystkie komentarze ale chciałam sie odnieść do zarzutów o to że zero waste i podobne trendy są dla “wybranych”. Myślę że zamiast przyklejać sobie łatki za życie z nimi w zgodzie, zacznijmy kierować sie w zakupach i w życiu rozsądkiem, na to może sobie pozwolić każdy, a przecież kupowanie mniej tym rozsądkiem jest. Co do pepco to zdarzyło mi sie tam kupić skarpetki dla dziecka ponieważ te z lepszego źródła nie zmieściły sie w budżecie, a dla mnie sieciówki to to samo tylko inna metka. Czy to było idealne? Nie, ale kupiłam ich tyle ile potrzeba i były używane, to co innego niż pójść tam i kupić dwa razy więcej skarpetek tylko dlatego ze są tanie a niektórych nawet nie użyć. Było to dla mnie rozsądne wyjście. Oprócz tego na co dzień kupuje w sh, małych markach lub szyję/dziergam sama.

    To co chciałabym żeby w świecie sie zmieniło to powrót do rzemiosła i lokalnej produkcji, które przez wiele ostatnich lat nie było otoczone należytym szacunkiem, a obecnie jest deficyt fachowców. Marzy mi sie żeby oznaką dobrobytu było kupowanie mebli na lata, a może nawet i pokolenia, a nie zmiana wystroju co 5 lat w ikei czy brw, żeby zamiast pięciu akrylowych swetrów co sezon kupić dwa wełniane co 3 lata. Zdaje sobie sprawe że ten temat jest złożony i wcale nie prosty a zmiana taka nie ma szans wydarzyć sie z dnia na dzień, ale to takie moje małe marzenie jeszcze z czasów przedwirusowych.

  35. Aleksandra

    Cześć! Dzięki za ten tekst, jak większość z tego co piszesz, niezwykle wartościowy. Niekoniecznie rozumiem te komentarze o kupowaniu tanich ubrań, bo na inne nas nie stać. Jak to możliwe, ze nasi rodzice przetrwali ciemna Komunę, w której ubrania były towarem deficytowym, a moja mama szyła mi komplety w dzieciństwie z pieluch tetrowych, bo nie było innych materiałów po Stanie Wojennym? Masz mało, to kupujesz mało. Ale niestety, bez względu na zawartość portfela, w tych a jakże demokratycznych czasach, większość z nas chce być choć przez krótka chwile „królami życia” i pokazać, ze skoro pracuje to i konsumuje. Ale co konsumuje i w jakiej ilości, to już nie ważne. Wiesz, często myśle o tym, ze jak byłam licealistka w latach 90-tych, to miałam mało ubrań, ale byłam z nimi bardzo związana i bardzo wiele z nich pamietam, jak zamknę oczy to je widzę i przywołują wspomnienia. Sądzę, ze odkąd nastała hegemonia sieciówek, niewielu z nas pamięta swoje ubrania, a o jakimkolwiek sentymencie nie na mowy, tak szybko pojawiają się i znikają.

    1. Monika

      Może to trochę wynika z tego, że wpojono nam (media, seriale, etc), że codziennie musimy mieć na sobie inne ubrania. Bo inaczej to katastrofa i kompromitacja :P Co jest oczywiście kompletną bzdurą – można mieć niewiele a tak skomponować zestawy, żeby nic się nie nudziło. Oprócz tego mam też wrażenie, że te 15-20 lat temu ludzie aż tak nie zwracali uwagi na to co inni dookoła mają na sobie i czy mają to samo drugi dzień z rzędu. Ale możliwe, że to tylko jakieś zatarte wspomnienie..

    2. Natasza

      Też mam takie wrażenie: masz mało, to kupujesz mało, takie mam przynajmniej wspomnienie z dzieciństwa. Ale u mojej mamy żadna sieciówkowa jakość by nie przeszła;). Rzeczy miały być porządne, żeby dało się je naprawiać i żeby służyły latami.

    3. Dorota

      To były inne czasy. Nie było takich różnic finansowych między ludźmi jak teraz. Nikt nic nie miał, wszyscy mieli to samo. Teraz różnice widać zdecydowanie bardziej i nikt nie chce odstawać. Dorosła osoba sobie z tym poradzi, ale z dziećmi trudniej. Dzieci chcą przynależec do grupy, nie chcą być inne, nie chcą być stygmatyzowane. Nie mówię oczywiście, że to dobrze, ale pogadanki z dzieckiem o “byciu sobą”, “nieoglądaniu się na innych” można między bajki włożyć. Bo na koszulce musi być Elza czy Spiderman, a nie Bolek i Lolek czy inny oldschoolowy motyw. Może nie jest to nierealne, ale na pewno bardzo trudne.

  36. bww

    Ciekawy tekst. Dosyć optymistyczny, ale właściwie bardzo życzyłabym sobie, żeby się ziścił :)
    Jedyne, co mogę dodać od siebie, to że choć wierzę w głosowanie portfelem, w przypadku największych sieciówek nie ma to większego znaczenia – za duży rynek, ogromne obroty, plany rozpisane na lata. To nie my “nauczymy ich rozumu”, to oni jeszcze długo będą dyktować warunki, nie tylko w modzie. Konsumentów oddających się jakiejkolwiek refleksji, próbujących zmienić codziennymi zakupami świat na lepsze jest po prostu zbyt niewielu – i to z wielu przyczyn. Cóż, jak zwykle pozostaje nam zacząć od siebie i bez pouczania mówić o tym innym.

  37. Rubia

    Jak długo mogą trwać obecne ograniczenia? Dwa miesiące, góra trzy – więcej żadne społeczeństwo nie wytrzyma, ani żadna gospodarka. Równocześnie jednak jest to okres zbyt krótki, żeby nastąpiło rzeczywiste “wygłodzenie” klientów, odciętych od możliwości kupowania, zwłaszcza że cały czas działają sklepy internetowe, oferujące atrakcyjne zniżki. Kto jest bardzo spragniony, może się obkupić, również w tych małych, polskich firmach, jesli tylko prowadzą sprzedaż online. Ja na pewno dam zarobić małej pracowni krawieckiej, w której zamawiam sobie sukienki. :) Mam trzy materiały, kupione jeszcze w ubiegłym roku. Oczywiście, po otwarciu galerii handlowych zacznie sie w nich ożywiony ruch, ale czy to się przełoży na gwałtowny wzrost zakupów odzieżowych? To będzie zależało od kondycji finansowej potencjalnych klientek i klientów. Jeżeli ktoś się dowiaduje, że własnie stracił pracę albo straci ją za parę tygodni, to raczej bardziej martwi go stan konta niż stan szafy i ewentualne braki w garderobie.

    Wątpię, żeby pandemia zdecydowanie zmieniła przemysł odzieżowy. On nie należy do strategicznych gałęzi gospodarki, to nie przemysł farmaceutyczny, w którym wstrząs może spowodować informacja, że 80% ibuprofenu jest produkowane w Indiach. Nie mówiąc o komponentach do lekarstw znacznie bardziej skomplikowanych. Tkaniny i gotowe ubrania, obuwie i galanterię można dezynfekować wielokrotnie, a przerwanie ciągłości dostaw niczym właściwie nie grozi – w skali społecznej, naturalnie, bo producentom może zagrozić spadkiem zysków. Ale, tak naprawdę, czy ktoś się przejmie kłopotami finansowymi jednej czy drugiej sieciówki, poza osobami, które w niej pracują? Nie widzę wiec żadnego nowego bodźca – poza tymi, które ujawniły się już wcześniej – żeby radykalnie zmieniać nastawienie do produkcji w Azji albo do korzystania z dotychczasowych metod wytwarzania tkanin.

  38. Syriusz

    Tą dyskusja jest bardzo interesująca, naprawdę. Jednakże, chociażby w kwestii piżam, te które produkujesz są bardzo ładne, tyle, że za drugie, przynajmniej dla mnie. Znajduję się w “bańce” osób, które mogą sobie pozwolić na taki zakup, tylko że wolę np uszyć, u krawcowej oczywiście. To jest koszt 80 zł (krótka koszulka z jedwabiu). Ile materiału potrzeba na osobę o rozmiarze 36? Nie gniewaj się, ale dla mnie ponad 200 zł za koszulkę bawełnianą czy piżamę z wiskozy jest wydatkiem nieracjonalnym. I dotyczy to wielu marek, polskich, nie polskich, nieważne. Po prostu warto za coś zapłacić określoną rzecz, albo nie. To według mnie kwestia szacunku do własnych pieniędzy. Kupuję materiały, płacę za szycie, czasami kupuję rzeczy gotowe. Mogę kupić plaszcz za tysiąc złotych, jeśli jest porządnie uszyty i z dobrego materiału, mogę nawet trochę więcej zapłacić, ale kwoty powyżej dwóch tysięcy to kpina. Mam płaszcz uszyty kilka lat temu, materiał kosztował jakieś dwieście złotych (wełna parzona i gruby jedwab na podszewkę, plus koszt usługi, na pewno jakieś sto pięćdziesiąt złotych. Więc za co te grube tysiące?

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Za podatki, dodatki krawieckie, koszty pakowania, utrzymania sklepu, sesji zdjęciowych, opłacenia pracowników i masę innych kosztów. Oczywiście można też uszyć u krawcowej i to też super opcja, tylko nie każdy ma czas i chęć. Swoją drogą nie spotkałam się z tak niskimi kosztami o jakich piszesz, jedwab to drogi materiał i trudny w szyciu, więc koszt 80 zł za sensowne szycie i materiał wydaje mi się niemożliwy.

      1. Mary

        No tak, ale co z zyskiem dla właścicieli marki? Moim zdaniem istotne jest właśnie, czy nie wliczają w cenę sowitej pensji dla siebie samych. I oczywiście nie mówię tu o piżamach za 200 zł, tylko o prostej spódnicy za 300, czy sukienki za 700. W tych przypadkach ceny trochę mnie dziwią. I tak, oczywiście, muszą zarabiać, ale jeśli byłby to znaczny procent ceny produktu, to mnie to odpycha.

  39. Agnieszka

    Przeglądam oferty polskich sklepów i wcale nie mam ochoty zostawiać tam swoich pieniędzy. Asortyment jest adresowany głównie do bardzo młodych osób, wykonanie najwyżej średnie, wzornictwo przaśne. Weźmy za przykład takie majtki. Weszłam na stronę Pantuniestał – i co widzę? Kolorowe, maciupeńkie biodrówki w palmy. Nie chcę wesołych malutkich majteczek, tylko sprzyjające figurze, klasyczne wysokie figi z dobrej bawełny. Idę więc do nie polskiego Triumpha i kupuję niezawodną linię sloggi.
    Chcę kupić polski t-shirt z klasą, najlepiej z pimacotton. Kiedyś kupowałam takie w Bynamesakke, były dostępne modele z dekatyzowanej cienkiej bawełny w gołębich, szaroróżowych kolorach, spranych błękitach. Przepiękne i niezniszczalne. Co firma sprzedaje dzisiaj? Zwykłe czarne lub białe, unisexowe, czyli bezkształtne podkoszulki w cenie przynajmniej180 zł za sztukę. Pełno takich w sieciówce obok, tyle, że po 29,99zł, uszytych w Bangladeszu. Przeciętny człowiek idzie więc do sieciówki, bo nie chce przepłacać za nienadzwyczajną rzecz. Szukam sukienki. W polskich internetowych sklepach wiszą tępe, nudne modele idealne na herbatkę u cioci Stefanii.
    Nie gloryfikujmy polskich marek, bo to nie remedium na owczy pęd ku sieciówkom. Zacznijmy więcej wymagać od producentów, bo może to sprawi, że niektóre, najbardziej podłe znikną z rynku, a my rzadziej będziemy mieć ochotę na kolejne zakupy, ciesząc się z tego, co już mamy w szafie.
    Po epidemii ludzie rzucą się na zakupy, będą sobie wynagradzać miesiące marazmu. Nie mam w tym temacie najmniejszych złudzeń.

    1. Mary

      Zgadzam się z Twoim komentarzem na temat polskich marek, dodam tylko coś od siebie na temat wynagradzania marazmu. Przed epidemią kupowałam coś sobie kilka razy w miesięcy, praktycznie tylko przez Internet. A to jakieś ubranie, a to kosmetyki, a to coś do domu. Teraz nic nie zamawiam. Przez internet ostatnio kupiłam chyba dwa – trzy tygodnie temu kilka mydeł w płynie, bo nie mogłam kupić ani jednego w supermarkecie. Wcześnie wydaje mi się, że byłam uzależniona od kupowania, zawsze gdy było mi smutno, wynagradzałam to sobie zakupami. Teraz mam przymusowy odwyk. Nie chcę narażać ani kurierów, ani osób pracujących na magazynach, ani siebie. Nie wykluczam, że za kilka tygodni zrobię duże zamówienie w jednym ze sklepów, kupię zapas kremów, szampon itd. Jest też przecież druga strona medalu, jak sklepy całkowicie stracą klientów, mogą upaść. Ale lepiej kupić więcej, a rzadziej, o ile się da w jednym sklepie. W każdym razie, po takiej przerwie już nie czuję ochoty, żeby coś kupować.

    2. Sylwia

      Polecam zajrzeć na blog Harel, która od lat pisze o polskich markach. Mamy naprawdę mnóstwo świetnych polskich marek – zarówno pod kątem jakości jak i projektu.

  40. Magda

    Przeglądając asortyment w polskich sklepach ciężko znaleźć coś dla siebie. Ograniczone rozmiary oraz ogromne ceny za zwykłą bawełnę czy wiskozę skutecznie zniechęcają do zakupu.
    Nie popieram fast fashion, uważam że powinnismy kupować jak najmniej, ale też nie mogę się zgodzić z tym, że ubrania w każdej sieciówce są kiepskiej jakości, niektóre sklepy mają kiepski asortyment, natomiast inne całkiem niezły, dlatego tak ważna jest ocena jakości przy zakupie.
    Wiele osób woli kupić rzeczy w dużych sklepach sieciowych ponieważ rozmiarówka jest szersza, nawet od xxs do xxl, do tego darmowe zwroty i wysyłka, no i jeszcze kwestia reklamacji, jeśli zmechaci mi się bluzka czy sweter to od razu reklamuję taką rzecz i za każdym razem dostaje pełen zwrot środków.
    Chciałabym jeszcze wrócić do jakości, niektóre sieciówki mają linie premium, gdzie jedwabne bluzki można kupić za 200 zł a kaszmirowe swetry za 350 zł, dlatego wole jedwabną bluzkę niż bawełnianą za tą samą cenę. Nosze rzeczy z sieciówek pare lat i nic się z nimi nie dzieje.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Ale nie napisałam przecież, że wszystkie ubrania w każdej sieciówce są kiepskiej jakości – i wcale tak nie myślę:) Zgadzam się w 100% co do wygody i wielkości asortymentu. I co do tego, że najważniejsze to kupować zdecydowanie mniej niż obecny standard – tyle ile potrzebujemy i naprawdę nosimy.

  41. D.

    Patrząc na to, że w Polsce dopiero zaczynamy odczuwać konsekwencje gospodarcze obecnej sytuacji, leci teraz pierwsza fala zwolnień i różnych cięć, przyłączam się do głosów mówiących o zmianach na gorsze, w wielu branżach. Bardzo chciałabym, żeby było inaczej ale wielu ludzi po prostu nie będzie stać na zmiany w swoich dotychczasowych decyzjach. Skoro obecnie wielu Polaków kupuje jedzenie w Biedronce a ubrania w sklepach, które są w galeriach handlowych, bo po prostu nie stać ich na nic innego, to nie sądzę by mieli po kryzysie nagle robić inaczej. Denerwują mnie te niektóre hasła propagujące mądre i przemyślane wybory. O ile naprawdę zgadzam się z tym, że lepiej jest wspierać polskie marki, dbające o środowisko, odprowadzające podatki w Polsce, to nie umiem znieść ignorancji i udawania, że wiele osób na to stać a ci, których nie stać powinni trochę odłożyć i zainwestować. Klasa średnia w tym kraju naprawdę nie obejmuje połowy obywateli. Wypisywane w niektórych miejscach hasła typu “nie idź na kawę do Starbucksa, wspieraj małą kawiarenkę za rogiem gdzie właściciel sprzedaje kawę drożej ale jest ona eko” nijak nie trafiają do ludzi, którzy kawy na mieście nie piją regularnie bo wydanie 12 zł nawet co drugi dzień na coś takiego jak kawa wydaje się absurdalne. I analogicznie jest z modą. Tak jak ktoś pisał wyżej w komentarzach, jest mnóstwo ludzi dla których H&M jest za drogi, nie ubierają tam np. dzieci bo zwyczajnie szkoda im pieniędzy. Czy ci ludzie nagle w obliczu kryzysu gospodarczego i głębokich przemyśleń podczas zamknięcia w kwarantannie pomyślą o tym, żeby zamówić sobie czy dzieciakom ubrania droższe ale “porządniejsze” czy bardziej “wspierające środowisko”? Wątpię. Naprawdę chciałabym, żeby było inaczej ale przewiduję raczej zwiększoną sprzedaż w kategoriach rzeczy “fast” ale przede wszystkich tanich – taniego jedzenia, tanich ubrań. Zagrożenie kryzysem: utratą pracy, wzrostem cen, upadkiem niektórych branż usługowych, bezrobociem raczej nie sprawią, że ludzie postanowią kupować rzeczy trwałe i porządne. Sztuczne tkaniny rządzą bo są tanie. Byle jaka bawełna także, skoro można np. w Sinsay kupić t-shirty za 10-15 złotych, to wiele osób je kupi, nawet jeśli za kilka miesiący będzie można z nich zrobić tylko szmatę do podłogi. Wiele osób ma potrzebę posiadania czegoś nowego (z różnych powodów) i myślę, że teraz tak duży ruch w sklepach internetowych także to pokazuje. Nie wierzę, że ludziom masowo nagle “wyszły” wszystkie ubrania i kupują bo szafa pusta. :) Zresztą zobaczcie, jak zaczęła się epidemia i chodziły słuchy, że sklepy spożywcze mogą być zaraz zamknięte, ludzie nie robili zapasów w postaci produktów ekologicznych, zdrowych i generalnie “lepszych”. Pierwsze co to wykupili biały papier toaletowy, makarony, ryż i piersi z kurczaka czyli generalnie dosyć tanie i powszechne produkty. :) Myślę też, że mnóstwo ludzi poleci do sklepów zaraz po tym jak je otworzą, obojętnie czy będą potrzebowali nowych ubrań czy nie. Odzyskane poczucie wolności sprawi, że będą nadmiarowo kupować, bo przecież może znowu nic nie być…

    A w temacie jeszcze mniejszych polskich marek i Lunaby wśród nich. Mogłabym się nawet zastanawiać nad zakupem niektórych ubrań, gdyby ktoś uszył coś na mnie. :) Noszę rozmiar 46 a większość sklepów kończy rozmiarówkę na 40-42, więc… Sorry, ale nawet nie ma sensu tego rozważać.

    1. Kwiatek

      Też robię zakupy w Biedronce lub LIdlu. Kupuje ubrania dla dziecka także w Pepco. Jestem zadowolona z jakości. Na ogół moje dziecko szybciej wyrośnie niż zniszczy, zatem nie widzę powodów, zeby przepłacać. Sama kupuję dla siebie rzeczy w SH i to bardzo regularnie. Od kiedy się ubieram w zasadzie wyłącznie w SH, czuję się bardziej stylowo. Zaczęłam nosić sukienki, mam ich małą kolekcję. To samo dotyczy torebek, pasków, biżuterii i innych akcesoriów. Owszem, jest kwestia znalezienia dobrego ciucholandu. Ja taki znalazłam. Kupuję nawet kurtki, płaszcze, zdarza się, że buty (!). Nie skuszą mnie sieciówki (moze poza Orsey, bo lubię tę markę – ostatni zakup w Orseyu 4 lata temu) ani polskie firmy odzieżowe. Poza tym oddaję rzeczy, z których wyrośliśmy na Śmieciarce. Nie mam samochodu, poruszam się komunikacją miejską. Nie używam torebek jednorazowych poza ostateczną koniecznoscią, mam woreczki z firnek, nosze też własne troby na zakupy. Mój ślad węglowy od kilku lat jest raczej skromny :)))

    2. Karolina

      Hej, w dużej mierze zgadzam się z Twoim komentarzem. żeby nie powtarzać to tylko uzupełnię, skąd ta chęć do kupowania nowych ciuchów “a przecież tyle super rzeczy jest w ciucholandach”, bo to kolejny pogląd w którym tkwi wiele lepiej uposażonych osób i może warto wyjaśnić zjawisko. To tak samo dlaczego do domów dziecka albo do szlachetnej paczki (czy innej akcji charytatywnej) nie chcą przyjmować używanych rzeczy, np. otwarte pudełko kredek, trochę zużytych ale przecież wciąż można nimi rysować. Jasne, że można. Ale ludzie biedni też mają poczucie swojej godności. I jeżeli przez dłuższy czas (a niektórzy cale życie) tkwisz w trudnej sytuacji to chcesz móc pozwolić sobie na zakup czegoś NOWEGO. Dla poprawy humoru, dla poprawy swojego poczucia wartości, które każdego dnia jest zdeptywane przez kolejne problemy finansowe. I większość Polaków ucieszy się, że zamiast używanego ciucha może kupić coś nowego w pepco czy biedronce. I mój komentarz wcale nie dotyczy osób z tzw. patologii, ale sporej grupy społecznej określanych jako “biednych-pracujących”, których jest baaardzo dużo. Szkoda, że osoby lepiej sytuowanie mają tak wąskie spojrzenie na sytuację i skupiają się na krytyce zamiast zrozumieć zjawisko i ludzi o innej sytuacji niż oni sami. Bo Polska to nie tylko Warszawa, Polska to nie tylko duże miasta wojewódzkie. Te miliony Polaków wyjeżdżające za pracą za granicę nie robiło tego dla funu, dla rozwoju osobistego czy erasmusa. Może warto sobie o tym przypomnieć.
      Na zakończenie dodam, ze zakupy w ciucholandach są super jak są naszym WYBOREM a nie KONIECZNOŚCIĄ. Lubię tam kupować, jeżeli mam na to czas, ale ja mam świadomość że moja sytuacja finansowa, mimo że nie jest oszałamiająca, ale i tak jest lepsza niż większości osób w tym kraju.

      1. Rubia

        Masz wiele racji z tym kupowaniem w ciuchlandach. Zawsze zarabiałam średnią krajową albo więcej, mój mąż też, więc dramatu nie było, ale kiedy budowaliśmy dom (tzn. finansowaliśmy budowę), musiałam pięć razy zastanowić się nad wydaniem każdej złotówki. Wtedy kupowanie w ciucholandach było związane z nieprzyjemnym uczuciem, że nie mogę pozwolić sobie na więcej. Na coś nowego. Zawsze szukałam tam porządnych klasyków dobrej jakości, unikając rozmaitych hitów minionego sezonu, ale jednak ciągnęło mnie, żeby pójść i kupić sobie rzecz całkowicie nową. Moja ówczesna szefowa była mistrzynią w wyszukiwaniu rozmaitych ciucholandowych perełek, ale dla niej to był coś w rodzaju polowania, ekscytującej zabawy. Ja nie miałam wtedy takiego luzu. Dopiero kiedy nie musiałam już zaciskać pasa na ostatnią dziurkę, ciucholandy stały się miejscem zakupów jak wszystkie inne. W tamtym roku kupiłam sobie “z odzysku” dwie marynarki, jedną za 30, drugą za 45 zł i uważam, że to był świetny wybór. :) Ale właśnie: wybór, a nie przymus. To jest naprawdę duża różnica.

  42. Karolina

    A ja dodam swoją, zapewne kontrowersyjną opinię odnośnie „polskich, niezależnych marek”. W przeważającej większości moim zdaniem te marki nie umieją szyć i dobierać materiałów. Większość moich zakupów z showroom czy też małych sklepów online to porażka. Może trochę generalizuję, ale takie jest po prostu moje doświadczenie. Ta wszechobecna słynna „dresówka” i kiepska bawełna z elastanem, z której wszyscy uparcie szyją sukienki. W ostatnim czasie kupowałam sporo rzeczy ze względu na ciążę i to była jakaś porażka, gdyby nie Asos to czułabym się w tej ciąży jak jakiś hipopotam 😄 czy kupując ubranie w swoim rozmiarze, muszę za każdym razem sprawdzać rozmiarówkę, bo jakiś właściciel marki „z powołaniem” stwierdził, że w imię body positive to ubranie ma być 2x za duże? Tak samo koszule do porodu, okazało się, że są uszyte z okropnej, lejącej się bawełny, w której nie chciałabym się spocić… wolałabym już ten straszny diabelski poliester 😄

    Do tego jest problem z konstrukcją ubrań, one w wielu przypadkach wyglądają dziwnie, źle się układają, bo markom brakuje doświadczenia i „sieciówkowego” sznytu. Kibicuję wszystkim małym biznesom ale uważam że w wielu przypadkach powinny poprawić jakość swoich produktów i dostosować się do realiów rynku.

  43. ann

    Siedzę w temacie etycznej mody już kilka lat i od jakiegoś czasu mam dosyć radykalne podejście do tematu produkcji, projektowania i używania odzieży. Jako edukatorka na warsztatach polecam metodę małych kroczków, używane ciuchy, wymiany, a jak już zakup to przemyślany, lokalny/z certyfikowanych materiałów itd.
    Działanie w organizacjach związanych z zrównoważonym rozwojem,i poniekąd moja praca naukowa sprawiły, że od jakiegoś czasu odczuwam depresję klimatyczną. Wystarczy przeczytać kila solidnych źródeł naukowych, żeby uświadomić, że te “małe kroczki” na długo nie pomogą. Wypowiedzi trendseterów/erek sugerują nadejście nowych czasów, ale właśnie oparte na radykalnych zmianach. Tu pojawiają się zarzuty, że nie wszystkich stać na zakup produktów, które są za drogie. Z jednej strony trudno się nie zgodzić, że tzw. eco chic, to kolejny trend, który został przejęty przez mainstreamowe marki, celebrytki/tów i bywa, że służy utrzymywaniu “nieskończonego rozwoju” gospodarczego. Z drugiej strony koszty środowiskowe, to koszty o których nie myślą osoby, które kupują w tanich sieciówkach. I nie mówię tu o ludziach w bardzo trudnej sytuacji życiowej, ale o tzw. klasie średniej, która czasami wygląda jakby nie ogarniała w jakich czasach żyje. Często widzę komentarze i słyszę od matek, że “bo to tanie, a bobas zaraz wyrośnie”, “w lumpeksach mogą kupować uprzywilejowani, ja nie mam czasu”. To jest dla mnie trochę przerażające, bo “niepoplamiony bodziak” czy tańsze skarpetki, mają swoje ukryte koszty, koszty środowiskowe, które wpływają na życie przyszłych pokoleń ( w tym ich dzieci). Można żyć skromniej, oszczędniej ale trzeba się pogodzić z tym, że nawyki radykalnie trzeba zmienić, a swoje samopoczucie uniezależnić od stanu szafy/posiadanych przedmiotów, czy realizacji potrzeb typu bycie matką/ojcem.
    Pożary w Australii, Syberii, trzecie wymieranie rafy koralowej, czytam wiadomości i ściska mi się żołądek. Wymierają niewinne istoty, bo ludzie mają swoje ukochane style życia, które potrafią przełożyć ponad życie innych gatunków. Większość prowadzonych wojen na świecie ma podłoże związane ze zmianami klimatycznymi. Kryzysy ekologiczne zaostrzają konflikty. Globalizacja sprawia, że jesteśmy jednym wielkim organizmem, który stracił wydolność. Obserwowanie zachowań społeczeństwa, trendów na rynkach, a także własnych nawyków sprawia, że szykuję się na niezbyt optymistyczny scenariusz. Scenariusz pod tytułem: wymieranko.

  44. Inka

    Od ponad miesiąca kupuję tylko w polskich sklepach,, nie kuszą mnie już oferty h&m. Zresztą od dawna kupowałam w CCC buty Lasockiego, mam np czteroletnie sandałki , buty typu Emu, które okazały się trwalsze niż firmowe.
    W reserved bawełnę i płaszcze.
    Od jesieni, gdy kupiłam fajną kurtkę sportowo-wyjściową w 4f , wszystkie, poza butami, ubrania sportowe zamawiam w tej firmie. Jakość rewelacyjna, nawet bluzki się nie zużywają.
    Uważam, że kupowanie polskich produktów w polskich sklepach, okaże się dla nas wszystkich korzystne. Ubrania są lepsze jakościowo, podatki pozostają w Polsce, a ceny nie są aż tak wysokie, żeby nas nie było stać. H&morska podkoszulka po pół roku nadaje się na ścierkę, z reserved noszę taka dwa lata lub dłużej.

    1. Ania

      Lasocki niestety od paru lat z roku na rok coraz gorszy :(((

      klucz ogólnie to po prostu jedna z Marek firmy CCC… jakby nie bylo jednego i tego samego giganta

      więc to czy na czy nazwa marki brzmi polsko czy nie o niczym nie swiadczy… inne buty CCC mogą być produkowane w tuż obok butów Lasockiego

      1. Ania

        to trochę tak jak z Wedlem i delicjami gdzie prawa do marki przechodziły już przez tyle różnych firm… delicje wedlowskie to już nie jest polski produkt tylko produkt jednej z międzynarodowych korporacji mimo zachowanej nazwy i marki

      2. Ania

        chyba nie napisalam tego jasno…cale CCC
        to owszem obuwniczy gigant ale jest polska firma i to na plus

        ale to czy to czy produkty nazywaja sie obco (laura conti) czy polsko (lasocki)..to obie moga byc produkowane w polsce ale nie musza :)

        to samo reserved…owszem polska firma ale z duzej mierze nie produkujaca juz w polsce do niedawna

        https://wspieramrozwoj.pl/

        tu mozna sprawdzic z jakiego kraju jest firma lub marka i czy to w 100% kapital czy nie

  45. (Nie)Kulturalna

    Czy zmieni się moda, czy nasze podejście do mody? Moim zdaniem moda sama w sobie pewnie nie zmieni się zbytnio. To jednak jest potężny przemysł, biznes to biznes i kasa musi się zgadzać. Może trochę będą opowiadać o innym podejściu do surowców/produkcji itd., ale opowiadali przed pandemią równie często, z rzadka pokazując efekty, że coraz mniej wierzę w jakąś cudowną globalną przemianę świata mody. Bardziej liczę na zmianę naszego podejścia do mody. Nas, klientów/klientek. Na szeroką zmianę priorytetów, bo kolejna para najmodniejszych spodni czy butów życia nam nie uratuje.

  46. Klaudia z MojaPodroz

    ja na pewno zrobię sobie przerwę od dresów i luźnych koszul, po 37 dniach w domu nie mogę już na nie patrzeć…
    zawsze sobota była świętem ukochanych sportowych ciuszków, teraz poniedziałek będzie świętem ukochanej białej koszuli w kant

    1. Ania

      jak fajnie że ludzie się różnią :)

      dla mnie prasowanie koszul było i jest zmorą i nie posiadam ani jednej

      i generalnie ubieram się teraz mniej więcej tak samo jak wychodziłam do pracy

      po prostu do pracy chodziłam ubrana w miare wygodnie :)

  47. Joanna

    Dzień dobry. Mam pytanie, a w zasadzie prośbę. W dobie konieczności zakrywania nosa i ust oraz głosów, iż długotrwałe noszenie maseczek jest wręcz szkodliwe… Pani w materiałach siedzi. Jeśli wziąć pod uwagę odprowadzanie wilgoci i łatwość oddychania – jaka maseczka sprawdzi się najlepiej? Problem parowania okularów to osobna kwestia, ale chodzi mi o materiały, warstwy. Oferta jest bogata, swoje też kosztuje, a przeciętny Kowalski się zastanawia. Wczoraj szperałam i szukałam, ale jedyne co mówią, to żeby nie dotykać i nie chodzić dłużej niż 30 minut. Nie wiem czy w jednorazowych czy wszystkich? Stąd też poszukuję jakiegoś rozsądnego rozwiązania, gdzie maseczka będzie odprowadzać wilgoć i umożliwiać oddychanie. Będę wdzięczna za pomoc ☺

  48. Ania

    Mnie za to epidemia korona “zmusiła” do zakupu butów przez Internet. Plusów odkryłam za to super polską firmę obuwnicza Nagaba

    nie jest to w żaden sposób reklama sponsorowana… sama odkryłam ten firmę przypadkiem przez reklamę na jakiej stronie

    ta firma za około 200 zł ma buty w całości ze skóry i sportowe i bardziej eleganckie… za to jakość bez porównania większa niż wielu tzw “markowych”

    no a cena nie odbiega az tak od jakis miejskich sneakersow pumy czy innej sportowej firmy

    nie mówiąc już o tak zwanym Lasockim, gdzie buty maja niemala cene, a mi ostatnio kazde ich trampki roku nie wytrzymywaly :(

    więc postanowiłam wspierać polskie firmy i buty produkowane w Polsce :)

  49. Paweł

    Widziałem, że louis vuitton zaczał produkować maseczki… także świat wywrócił się do góry nogami przez tą epidemię…

  50. Inka

    Asiu, dzięki za ten wpis. Myślę o nim nieustannie odkąd go przeczytałam, czyli już prawie miesiąc. Czekam na zapowiedzianą w komentarzach dalszą część.
    Przeczytałam właśnie “Rzeczozmęczenie” i “No logo”. Ta druga książka napisana kilkanaście lat temu, a jednak mam wrażenie, że niektóre zjawiska ze Stanów dotarły do nas całkiem niedawno i już budzą sprzeciw, do którego Ameryka Północna dojrzewała przez dziesięciolecia (np. rozdawanie dzieciom słodyczy przez producentów w przedszkolach). Z “Rzeczozmęczenia” dowiedziałam się, że przeciętna Amerykanka kupuje rocznie 64 sztuki odzieży, a jeszcze parę lat temu było to 67 sztuk. My chyba nigdy nie dobiliśmy do takiej konsumpcji, a już rozmawiamy o szybkiej modzie i marnotrawstwie. Przemiany społeczne przyspieszają i moim zdaniem koronawirus ich nie spowolni. W kwestii mody obstawiam, że szybka moda poniesie straty. Część osób pewnie rzuci się na megawyprzedaże niemal jednorazowych ciuchów, ale więcej osób wstrzyma się z zakupami – albo z powodów finansowych, albo ze strachu – w końcu koronawirus utrzymuje się na ubraniach do kilkunastu godzin, a nie wiadomo, kto i kiedy przymierzał wcześniej daną rzecz. Z tego względu może się zmniejszać liczba sklepów stacjonarnych. Poza tym zapewne dużo osób przez ostatni miesiąc przekonało się do zakupów przez internet. Mam też nadzieję, ze firmy zaczną wracać do Europy – i z powodu ostatnich problemów logistycznych, i z powodu nacisków klientów.
    Ktoś wyżej pisał o dramatycznej sytuacji pracowników azjatyckich fabryk, do których nie spływają nowe zamówienia. Tylko że sytuacja tych pracowników od samego początku była dramatyczna. Jestem w stanie zrozumieć osoby, które kupują w sieciówkach, bo ich nie stać, bo lubią, bo im pasuje styl tych rzeczy czy cokolwiek innego, ale nie zgodzę się z podejściem, że kupując ubrania z Bangladeszu pomagamy pracownikom fabryk. Na globalnym rynku zamówień liczy się tylko cena, a nie ludzkie życie. Jeśli naprawdę chcemy pomóc tym pracownikom, to zamiast kupować t-shirt z Bangladeszu wpłaćmy 2 zł na dowolną organizację, która pomaga stanąć na nogi ludziom w tamtym rejonie świata. To będzie kwota co najmniej dziesięć razy większa od tej, którą pracownik dostałby za ten niekupiony t-shirt.
    https://www.focus.pl/artykul/krew-na-metkach
    Miejmy świadomość, że z rozmysłem czy bez zastanowienia, to jednak głosujemy portfelem. A wielkie marki bardzo pilnują abyśmy nie wiedzieli, że nasze pieniądze wspierają niewolnictwo, niszczenie środowiska, łamanie praw człowieka. Stąd ciągłe przenoszenie fabryk, greenwashing i inne mydlenie oczu. Co chwila dziennikarze opisują kolejne skandale z kolejnymi korporacjami w roli głównej. Dlatego mam większe zaufanie do małych firm: nie mają gigantycznego budżetu na PR i sztabu prawników, który ich obroni w razie wpadki. Muszą też bardziej dbać o jakość, bo utrata każdego klienta ma dużo większe przełożenie na ich wyniki finansowe. A jeśli nawet są nierzetelne, to zasięg ich szkodliwej działalności siłą rzeczy jest mniejszy.
    Chciałam też zauważyć, że polskie firmy to nie tylko Monika Kamińska czy inni znani projektanci, to są też małe lokalne firemki, które nie inwestują tyle w marketing, za to mają bardziej przystępne ceny. Gorzej z wyborem. Po sprawdzeniu fasonu, koloru, składu, jakości wykończenia, gniecenia się, rozmiaru i kraju produkcji, zapewne będę chodzić nago:) Wierzę jednak, że jako konsumenci mamy moc zmiany świata i każde najmniejsze działanie stopniowo zmienia go na lepszy.

    P.S. Dziękuję za książkę “W to mi graj” – bardzo się przydaje w ostatnich czasach:)

  51. Sowa z Wieruszowa

    Ja najbardziej chcialabym aby ludzie sie zmienili.. Mniej smiecili, bardziej dbali o zdrowie planety i, co za tym idzie, swoje wlasne…przestali gnac za byle czym a zajeli sie tym co wazniejsze: docenianiem zycia. Moze to brzmi banalnie, ale po prostu tego chce…dla siebie rowniez.

  52. Felicja

    Ja przede wszystkim stawiam na wygodę. Dlatego zamawiam przez internet i uważam, że wiele stacjonarnych sklepów całkowicie przestanie działać.

  53. Karolina

    Jedno jest absolutnie pewne: hitowym dodatkiem będą oryginalne, kolorowe, nieraz abstrakcyjne maseczki. Już sobie wyobrażam maseczkę sygnowaną logiem Gucci XDD

  54. Jaworowicz

    Nie zgodzę się trochę z tym, że “nikt nie będzie tego chciał” w odniesieniu do cieplejszych rzeczy. Ja zawsze kupuję na kolejny sezon kurtki czy cieplejsze bluzy właśnie na początku wiosny, gdyż wyprzedaże do 70% kuszą. Proste basicowe style będą w kolejnym sezonie dalej okej, a więc nie ma potrzeby kupowania ich “w sezonie” przy cenach za dużych.

  55. Miriam

    Ciekawe, czy ta promocja piżamowa jest wciąż aktualna. :) Ja osobiście jeszcze nie korzystałam z wyprzedaży ubraniowych.
    Wpis ciekawy, również myślę, że popyt na dresowe ubrania jeszcze się długo utrzyma.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *