Walka z podróżniczym FoMo, czyli dlaczego nie biorę aparatu do Gwatemali

Wyjeżdżam na wakacje. Długie wakacje! Jadę na wesele znajomych w Gwatemali, potem planujemy pozwiedzać i zahaczyć też o Belize.

Po raz pierwszy od dawna planuję sobie zrobić najprawdziwszy urlop – bez ciężkiego laptopa i… bez aparatu.

Kiedyś zdjęcia z wyjazdów, robione z myślą o relacji na blogu, były dla mnie tak ważne, że po nocach śniły mi się rozładowana bateria, zniszczona karta pamięci czy zepsuty autofokus.

Każda podróż równała się taszczeniu ciężkiej lustrzanki, a pod koniec dnia zwykle bolał mnie kręgosłup.

Pamiętam, jak na początku ubiegłego roku stałam w Malezji wśród wzgórz porośniętych herbatą i irytowałam się, że nie ma na niej takiej fotogenicznej mgły jak na zdjęciach u Uli z The Adamant Wanderer.

Dla zrobienia zdjęć na bloga byłam w stanie nadrobić długie kilometry, wstać o piątej rano, wbiec w upale na wielką górę. I zmusić do tego całą resztę podróżujących ze mną.

Ponieważ pretekstem naszego wyjazdu było wesele, w Gwatemali spotkamy wielu znajomych i z niektórymi z nich będziemy podróżować.

Od razu wyobraziłam sobie, jak rośnie we mnie napięcie, kiedy w planie pojawia się jakaś obsuwa, komuś nie podoba się pomysł wbiegnięcia na wulkan, bo golden hour przecież nie poczeka albo decydujemy się zostać gdzieś dłużej i zrezygnować z jakiegoś punktu programu. Zestresowało mnie już samo myślenie o tych sytuacjach.

A potem naszła mnie rewolucyjna myśl: a co jakbym po prostu zostawiła lustrzankę w domu?

Na każdą nieprzewidzianą zmianę, każde nieperfekcyjne warunki pogodowe mogłabym wtedy reagować uśmiechem, wzruszeniem ramion i pociągnięciem kolejnego łyka wody prosto z kokosa.

Przypomniało mi się też, że nie opublikowałam jeszcze ostatniego posta z Australii. Ani z Malezji. Ani z Peru, gdzie byłam w 2013 roku.

I że kiedy po wakacjach wracałam do domu, z naładowanymi bateriami, zainspirowana, gotowa do wskoczenia w tryb pracy z nową energią, za każdym razem myślałam sobie “o nieee, trzeba jeszcze odbębnić te zdjęcia i opisy”. I z ciężkiem sercem odpalałam Photoshopa, gdzie spędzałam długie godziny.

Co prawda zawsze obiecywałam sobie, że tym razem zrobię mniej zdjęć, ale i tak kończyłam z setkami plików do posegregowania i obrobienia – wolałam zrobić więcej na zapas, przecież nowa relacja nie może być gorsza od poprzedniej!

Nagle dotarło do mnie, że nie lubię już pisać relacji “dzień po dniu” z każdej większej podróży. Że wolę skupić się na relaksie, spędzaniu czasu w nowym miejscu i chłonięciu lokalnej atmosfery, niż kombinowaniu, co by tu zaliczyć w następnej kolejności, żeby relacja była jeszcze atrakcyjniejsza.

Kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia. Jechać bez aparatu? To przecież jak nie jechać w ogóle!

Nie wiem, czy nie będę żałować tej decyzji, ale nie dowiem się, jak nie spróbuję. A jak będę, to zawsze mogę pojechać drugi raz.

Zabieram ze sobą telefon i tablet, więc na pewno co jakiś czas podzielę się zdjęciem na Instagramie. Może nawet całkiem często, jeśli uda mi się kupić sensowną kartę SIM.

Biorę też stary, dobry zeszyt i długopis, więc nie wykluczam, że po powrocie coś jednak opublikuję. Nie sądzę jednak, żeby był to klasyczny wpis podróżniczy, taki jak te, które robiłam wcześniej.

To odświeżające uczucie, odkryć że coś, co kiedyś robiło się z ekscytacją, już nie sprawia takiej przyjemności. Tak naprawdę wiedziałam to dużo wcześniej, ale przy kilku ostatnich wyjazdach toczyłam się siłą rozpędu.

Może nowa sytuacja zainspiruje mnie do jakiejś równie nowej formy? A może w ogóle nie będę miała ochoty ruszać elektronicznych urządzeń i po prostu zrobię sobie detoks w wyjątkowo miłych okolicznościach?


Ciekawa jestem, czy Wam zdarzyło się kiedyś zakwestionować coś, co uważaliście za oczywistość albo dojść nagle do wniosku, że coś, co kiedyś lubiliście, nie sprawia Wam już przyjemności, przytłacza i zniechęca? Mnie to uczucie przypomina trochę salto, które robi żołądek, kiedy samochód podskoczy na jakiejś nierówności. Z tą różnicą, że zamiast mdłości przychodzi po nim uczucie lekkości.

PS Aktualizacja z lotniska z Meksyku – w Paryżu bez aparatu było mi fantastycznie, a przechodzenie przez lotniskowe kontrole szybko i sprawnie jest bezcenne. Spodobało mi się do tego stopnia, że na przyszłość rozważam wymianę lustrzanki na małego bezlusterkowca. Choć przez pierwszych kilka godzin nie mogłam sie przyzwyczaić do lekkiego plecaka czy małej torebki – cały czas wydawało mi się, że gdzieś coś zostawiłam.

74 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Julia

    Bardzo dobrze że robisz sobie urlop. Zakładam, że praca blogerki jest równie męcząca jak przeciętna praca gdziekolwiek. Świetny pomysł z nie zabieraniem ze sobą aparatu, jednak uważam że w moim wydaniu nie byłoby to zbyt wykonalne. Uwielbiam robić zdjęcia i staram się wziąć ze sobą aparat wszędzie gdzie jest to możliwe. W każdym razie świetny post jak zawsze, pozdrawiam i życzę miłego pobytu w Gwatemali :)

  2. Asia

    Odpoczywaj :) Właśnie stałam przed wyborem zakupu lustrzanki albo bezlusterkowca…
    wybrałam lustrzankę, jako tego klasyka, ale postanowiłam, że jeśli uda mi się rozwinąć bloga to zakupie małego bezlusterkowca. Często mają piękny design, a zdjęcia nie są w niczym gorsze.
    Pozdrawiam!

  3. Joanna

    Kiedyś pojechałam na miesiąc do Japonii z 7 znajomymi i nie wzięłam aparatu. Zdjęcia skopiowałam od znajomych właśnie. Z tego wyjazdu mam najwięcej zdjęć z sobą, bo miałam okazję stać po drugiej stronie obiektywu :-)

  4. Basia

    Miałam takie odświeżające uczucie jak zrezygnowałam z zajęć tańca, na które chodziłam z przerwami od jakichś siedmiu lat. To było dla mnie oczywiste skojarzenie: ja – taniec, cały czas miałam wrażenie, że jak z tego zrezygnuję, to stanę się mniej ciekawym człowiekiem, uważałam to za coś fajnego, co mnie wyróżnia. Trochę pod wpływem Twojej książki (dzięki ;-)) pozwoliłam sobie zadać pytanie “czy nadal sprawia mi to przyjemność?” i okazało się, że ani trochę, choć ten fakt spychałam już dość długo do podświadomości, wiesz, efekt utopionych kosztów ;-) To niesamowite, ale Twój opis salta żołądka i poczucia lekkości jest zaskakująco trafny! Teraz zamiast zmuszać się raz w tygodniu do pojechania na tańce umawiam się na ten wieczór z przyjaciółką i robię to z ogromną przyjemnością, wtorek nagle stał się dniem, na który czekam z niecierpliwością. Zwłaszcza że jest to jedno z moich dwóch wychodnych w tygodniu (mam małą córcię). Powoli rozglądam się za nowym hobby, ale nic na siłę :-)

  5. Kasia

    Hmm a ja myślałam kiedyś o tym żeby kiedy zrobić eksperyment i zamiast cyfrowej lustrzanki zabrać ze sobą analogowa. Ograniczona liczba zdjęć działa mobilizująco, nie pstrykasz bez sensu a i fakt ze nie możesz odrazu sprawisz efektu powoduje ze nawet jeśli zdjęcia nie są perfekcyjne jest w nich to coś. I jeszcze to oczekiwanie na wywołanie!
    Pozdrawiam serdecznie, Kasia

    1. Karina

      Zrobiłam tak kilka razy i polecam! W większości przypadków było świetnie – skupiałam się na oglądaniu i chłonięciu otoczenia, a nie na robieniu zdjęć czy – co gorsza – sprawdzaniu na podglądzie, czy wyszły dobrze. Raz tylko była straszna klapa, bo uszkodziła mi się uszczelka przy mocowaniu obiektywu, przez co większość zdjęć nie wyszła, a te kilka, które się udało, miało dziwne świetliste smugi. Ale nie żałuję – te parę w miarę dobrych fotek cenię bardziej niż całe albumy pełne podwójnych czy poczwórnych ujęć.

  6. Basia

    Hmm.. Z jednej strony zupełnie rozumiem twoja decyzję, też mam dosyć taszczenia ciężkiej lustrzanki na wyjazdach. Ale z drugiej strony Twoje posty podróżnicze należą do moich ulubionych wpisów na tym blogu! W każdym razie życzę miłego odpoczywania!

  7. Karolina

    Ja bardzo lubię robić zdjęcia z podróży i oglądać je potem z rodziną i znajomymi :) Ale różnica polega na tym, że nie mam ciśnienia (to nie moja praca), jak mi się nie chce to nie robię. Nie biorę laptopa, mam po prostu kilka kart sd na wszelki wypadek (chociaż tak na prawdę nigdy nie wróciłam więcej niż z jedną zapewnioną). Jeżdżenie na rowerze po Kopenhadze z aparatem na szyi i przystawanie spontanicznie w momentach, które chciałam uwiecznić albo pooglądać – super sprawa! Jeden z lepszych podróżniczych dni w moim życiu ;) Myślę, że po takim detoksie chętnie wrócisz do takiego “lekkiego” fotografowania :)
    Lustrzankę bardzo lubię, ale mam też małą cyfróweczkę i korzystam w zależności od tego jak mi akurat pasuje. Np. mój mały fuji robi świetne zdjęcia we wnętrzach, nie muszę się bawić w lampę błyskową i tryb manualny, cyk i jest. Także jak ktoś nie ma parcia na super profesjonalne zdjęcia z efektem rozmycia itp. to polecam dobrą, małą cyfrówkę. Lekko i wygodnie. Minusem jest słabsza bateria, musiałam dokupić kilka na zmianę.
    Pozdrawiam!

  8. JohnkaLennonka

    Właśnie piszę magisterkę o potrzebie robienia zdjęć i social mediach. Polecam kultową “O fotografii” Susan Sontag. Sama mam podobny problem. Prowadzę bloga, ale nie lubię spędzać tyle czasu w social mediach i szukać okazji, bo “muszę coś wstawić na insta”. Próbuję znaleźć kompromis.

  9. nonsens

    ciekawe jest to, co piszesz, ale wydaje mi się raczej, że można się samemu ograniczyć, a nie ograniczać rzeczy. aparat to tylko aparat. sam zdjęcia nie zrobi, jeśli nie będę tego chciała. mogę zostawić go w hotelu, albo w plecaku. ja sama często biorę dwa aparaty. lustrzankę – kiedy wiem, że jadę w piękne miejsce i mogę ją spakować do plecaka, żeby nie dźwigać torby i mały aparacik na… analogowy film! moja holga waży ok. 100 gramów (!), vilia pewnie ze 400. jasne, nie ustrzelę nimi ekstra foty w stylu national geographic, ale dla mnie zdjęcia to jak pamiętnik: pojechaliśmy nad ocean, było ciepło, świeciło słońce. a potem byliśmy w stolicy i lał deszcz… uwielbiam oglądać stare zdjęcia i przypominać sobie przy ich pomocy tamte zapachy, smaki, pogodę, tłum, albo co tam jeszcze.
    a na relacje w social mediach nigdy nie mam czasu, przecież tyle się dookoła dzieje!

    1. Dorota

      Ja też jestem zdania, że samo wzięcie aparatu nie oznacza jeszcze, że trzeba cały czas robić zdjęcia. Za to za każdym razem jak decydowałam się nie brać aparatu, to potem żałowałam. Lustrzanka, to rzeczywiście duże obciążenie dla kręgosłupa, sama pół roku temu podejmowałam decyzję o zakupie “porządnego” aparatu i po długich namysłach zdecydowałam się na bezlusterkowca z wymiennym obiektywem. Daje fantastyczne możliwości regulacji parametrów zdjęcia, a jasny obiektyw typu zoom (2.8-4) w zasadzie sprawdza się większości sytuacji). Znajomi się pytali: a czemu nie lustrzanka ?? Dla większości ludzi tylko lustrzanka robi “ładne” zdjęcia, zwłaszcza w trybie auto ;) . A ja nie chciałam, żeby to był aparat, który będzie tylko leżał w domu, a nie mam zamiaru nosić ze sobą dodatkowych 2 kg na wycieczce – wiadomo, że aparat to nie jedyna rzecz w torebce kobiety :)

  10. Agata

    Oj retyyy! Chyba bym nie potrafiła! Nie chodzi już nawet o bloga, ale o sam fakt, że dla mnie zdjęcia to najlepsza pamiątka z odwiedzonych miejsc. Wiadomo, jest jeszcze opcja zrobienia zdjęć telefonem, ale to dla mnie nie to samo.
    A bezlusterkowce polecam na maksa! Korzystamy i nie ma nigdy jęczenia, że za ciężko i się nie chce brać aparatu. Do tego mamy 3 obiektywy, z czego dwa mieszczą się w niewielkim futerale razem z aparatem. Jest to duuuuża wygoda, zwłaszcza przy aktywnym podróżowaniu, a jakość zdjęć jest super.

  11. Simona

    Ja robię mnóstwo zdjęć, ale po powrocie kasuję tak 3/4 i tę 1/4 z przyjemnością przerabiam i właściwie tym samy przeżywam tę podróż jeszcze raz :) jeszcze z odpowiednią muzyką na słuchawkach to ojej! Nie mam jakiegoś super aparatu, nie wyciągam go na każdym kroku, nie czuję się od niego uzależniona. Nie wstawiam żadnych zdjęć do social media, więc nie mam parcia na idealne zdjęcia jak z blogów podróżniczych. Acz nie oszukujmy się, w pewnych sytuacjach złe warunki pogodowe potrafią być irytujące, nie tylko ze względu na słabe zdjęcia, ale też odbiór danego miejsca. Dlatego na wulkany wchodzi się bladym świtem bądź nocą, a na Mount Everest w określonych miesiącach – nikt nie chce oglądać chmur i mgły ;)

  12. Magda

    Do zdjęć w zupełności wystarcza mi dobry telefon, z aparatu fotograficznego zrezygnowałam wiele lat temu. Nie chciałam być niewolnikiem robienia zdjęć wszystkiemu naokoło, zastanawiać się czy kadr dobrze wyjdzie, dzięki temu mogę rozkoszować się widokami i przeżywać chwile sercem, a nie tylko oczami. Jest mi dużo lżej, takie wakacje są też dużo bardzie relaksujące.

  13. Lidka

    Ja jestem wielką fanką blogów podróżniczych, ale relacji dzień-po-dniu nie lubię (no chyba, że Nieśmigielska, ale to zupełnie inna jakość i zajęć, i opisów). Bardzo lubię czytac o tym co autora zainteresowalo, jak rozwija jakis temat, na który sie natknął podczas podróży i gdzie sama podróżniczych jest tylko wstępem do ‘rozkminy’ o historii, kulturze, społeczeństwie, lokalnych zwyczajach… Nie ważne o czym, byle nie było to suche sprawozdanie z dnia. Sama wolę sobie gdzies pojechać, niż czytać jak ktoś rano zjadł dżem, potem poszedl do parku, kupil muffina i kawe, wszedl do muzeum, zjadł obiad w portowej knajpce, po czym bla bla bla. Wiem, mnostwo ludzi to uwielbia, niekórzy obserwują blogi głównie po to żeby śledzic cudze życie, ale dla mnie to straszna nuda. Gorsze są tylko posty w stylu ‘5 rzeczy ktòre… ‘ :P

    1. nina

      o właśnie, ja mam znajomą, która wrzuca relacje na facebooka – na podstawie jej wpisów można ustalić szczegółową trasę podróży ;) i to są wpisy w stylu pijemy kawę, stoimy pod drzewem, kupujemy owoce na lokalnym targu, pijemy piwo… strasznie to męczące dla odbiorcy i po jej powrocie nie mam najmniejszej ochoty słuchać o tej podróży, bo musiałam czytać o niej przez ostatnie dwa tygodnie (tj. oczywiście nie musiałam, ale wiadomo, jak działa scrollowanie fejsa)

  14. PSU

    Bardzo dobra decyzja! Ja mam tak, że jak cały dzień noszę ze sobą lustrzankę to nie ma nic ciekawego do sfotografowania… a jak nie noszę to nagle jestem w cudownym miejscu i co? Stoję i chłonę! Nie muszę nikomu udowadniać że tam byłam. Piękne zdjęcia znajdę w internecie, a szybka fotkę dla wywołania uśmiechu zrobię telefonem. Podobnie jest na koncertach, nie rozumiem czemu ludzie nagrywaja całe koncerty telefonami, nie patrząc na scenę tylko w ekran… dla pochwalenia się? Przecież nie uzyskają jakości, którą da sie potem słuchać i pokazywac. Dla mnie sprzęty stały się przeszkadzajkami. Ważna jest chwila.
    Baw sie dobrze! :-)

  15. Ewa

    Nazwać ten post “problem pierwszego świata” to za mało. Dziewczyno, zejdź na ziemię! I mówię to z czułością..

    1. Jolka

      Dokładnie. Poza tym ja instagramie styledigger już pojawiły się krótkie filmiki i zdjęcia, więc póki co żadnej przerwy w relacjonowaniu podróży nie widać.

    2. Danka

      jak widac ze wszystkiego mozna zrobic problem /temat i machnac na ten temat konkretny post:) zgadzam sie z komentarzem poprzedniczki. Nistety ten post zapachnial obsmianym juz solidnie w internecie tematem “ciezka praca blogerow”. jezdze po calym swiecie, kilka razy w roku robie sobie wypady do stolic europy, miesieczne wyjazdy na krance swiata ale to i tak strasznie ciezka praca!! – musze brac aparat, musze robic zdjecia, obrabiac je w photoshopie, dobierac i opisywac do posta. Katorga normalnie:D:D:D

      1. B.

        Popieram Was Dziewczyny! Problemem nie jest waga aparatu, tylko rozbuchana potrzeba bycia w social mediach. Życia na pokaz. Dla czytelników. Nikt Ci tego nie każe robić. Nawet nie musisz nam mówić, że wyjeżdżasz… Rozumiem, że to Twoja praca, ale prawdziwym wyzwaniem byłoby wzięcie aparatu tylko po to, żeby po prostu zrobić zdjęcia z przyjaciółmi z pięknego zakątka świata, uwiecznić wspólne chwile, ładne, choć może nieidealne blogowo widoki. Żeby odpuścić te idealne ujęcia i myślenie o tym, żeby coś opublikować. Żeby spędzić tam czas z tymi ludźmi, a nie przekłamywać rzeczywistość wyreżyserowanymi ujęciami. Żeby mieć prywatną pamiątkę, a nie materiał na post.
        Chcesz sobie zrobić urlop? Zrób go sobie i nam. Odetnij się od publikowania, nikomu niczego od tego nie ubędzie. Ty dorośniesz, spędzisz czas spokojniej, na prawdziwym celebrowaniu chwil, a Internet bez tej relacji też sobie poradzi ;)

        1. Ania

          Dziewczyny, a ja to zupełnie inaczej odbieram. Ten post mi się przeogromnie podoba, nie mam wrażenia, że był ot tak “machnięty”. Podoba mi się jego szczerość , taka fajna prostolinijność oraz to, że pokazuje jak bardzo aparat zmienia nasze patrzenie na rzeczywistość (ten fragment o polach herbacianych!). Trochę kojarzy mi się z czasami kiedy na studiach pisałam niewielką pracę zaliczeniową o tekście Susan Sontag “On photography” i pierwszych polskich fotoblogach. To było ponad 10 lat temu, czasy przed facebookiem i instagramem. Pamiętam, że jako przykład z życia opisywałam jakąś wycieczkę blogerów, którzy spacerując po lesie szukali obiektów do zdjęć i ewentualnej późniejszej publikacji na blogu. Pamiętam moment, gdy robili zdjęcia sobie nawzajem podczas fotografowania między innymi grzyba (!). Ja z kolei sfotografowałam ich jak fotografują siebie, fotografujących grzyba. Dziś to pewnie nic takiego, ale wtedy czułam się dość surrealistycznie. Po tej wycieczce wpadł mi do ręki tekst Sontag i na serio dał mi sporo do myślenia o tym jak aparat może kompletnie zmieniać patrzenie na rzeczywistość. ” In teaching us a new visual code, photographs alter and enlarge our notions of what is worth looking at and what we have a right to observe. They are a grammar and, even more importantly, an ethics of seeing. Finally, the most grandiose result of the photographic enterprise is to give us the sense that we can hold the whole world in our heads — as an anthology of images.” Fajnie jest się trochę z tego wyzwolić.

  16. Ula

    Tyle lat relacjonowania podróży na blogu, ale jakoś nigdy mnie coś takiego nie dopadło. Może wynika to m.in z faktu, że zazwyczaj nie mam jednak wielkiej spiny na zdjęcia. Potrafię sobie wyobrazić podróż bez aparatu, ale najczęściej wybieram ze sprzętem. Fajnie jak uda się zrobić dobre foty, ale najczęściej wcale nie staram się zrobić możliwie jak najlepszych. To negatywna cecha, ale może w przypadku który opisujesz ma też jakąś pozytywną stronę? Nie mam też problemu z tym, żeby fotografować i jednocześnie chłonąć. W końcu nie musi to być szalone bieganie z aparatem, robię kilka zdjęć, a potem cieszę się miejscem. Odechciewa mi się za to robić zdjęć, kiedy dookoła mnie jest presja na foty i wszyscy fotografują. Wtedy przyjemność mija i się wycofuję. Co do przeróbki, to lubię ją bardziej od samego pisania posta. No i właśnie, te relacje z podróży dzień po dniu czy podobne, to niemalże jedyne, jakie potrafię robić. Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że wcale nie jest to najciekawszy sposób pisania o podróży. Przemyślenia, poruszanie nietypowych tematów byłoby na pewno lepsze, ale do tego trzeba jednak umieć porządnie pisać. Meh.

  17. Señora

    Koniecznie odwiedź Tikal i zatrzymaj sie we Flores, mają tam tańsze noclegi niż w samym parku. Strasznie podobało mi sie też Semuc Champey i jezioro Atitlán. No i piękne wulkaniczne plaże w Monterrico i Puerto de San Jose. Mieszkalam przez 1,5 roku w Gwatemali i mój mąż jest Gwatemalczykiem, więc zwiedziłam chyba wszystkie typowo turystyczne miejsca i nie tylko. Udanej podróży i dobrej zabawy:)

  18. zielenina

    mam to samo jeśli chodzi o zdjęcia i też muszę dokupić mały aparat. Dodatkowo jeszcze zmieniło się podejście do zwiedzania – nie muszę odwiedzić wszystkich zabytków “które trzeba”. Wolę siąść i napić się kawy, pooglądać ludzi. Odetchnąć atmosferą. Muszę jeszcze tylko na swoją modłę przerobić męża ;-) Udanych wakacji!

  19. Karolina

    Parę lat temu spędziłam sama tydzień w Paryżu. Byłam tam drugi raz, więc mogłam zwiedzać na spokojnie, bez nerwowego biegania, by zaliczyć wszystkie obowiązkowe atrakcje. W Luwrze próbowałam zrobić zdjęcie jednemu z eksponatów, ale tak drżały mi ręce, że stałam przed nim kilka minut, skupiając się na ustabilizowaniu dłoni. Później poszłam nad Sekwanę i po prostu patrzyłam na rzekę, chłonęłam atmosferę chwili. I kiedy oglądałam moje fatalne zdjęcia miesiąc później, zdałam sobie sprawę z tego, że dużo lepiej pamiętam momenty i rzeczy, kiedy po prostu patrzyłam, niż te sfotografowane. Byłam tak skupiona na konieczności zrobienia zdjęcia, że przestawałam zwracać uwagę na piękno tego, co chciałam uchwycić. Od tamtej podróży przestałam zabierać ze sobą aparat i absolutnie tego nie żałuję.

  20. Pola - Odpoczywalnia

    Rozumiem decyzję, fajnie ze umialas taka podjąć jeśli to było dla Ciebie uciążliwe. My na wyjazdy bierzemy lustrzankę, ale nie robimy aż tak strasznie dużo zdjęć (i 2/3 przed obróbką jest wyrzucane)
    Przy czym – poza ciężarem, ta walka o oglądanie oczami a nie aparatem jest raczej w głowie a nie w sprzęcie. Z komórką czy malym kompaktem też (a może nawet bardziej) można nie być naprawdę ‘tu i teraz’, też może być tak że zdjecia sa ważniejsze niz przeżywanie.
    Udanego wyjazdu!

  21. Pat

    Udanych wakacji :) będziemy czekać.
    Dziewczyny, proszę, powstrzymajcie się przed zakupem – skoro macie lustrzanki, telefony, tablety to po co jeszcze zwyklak? To dopiero konsumpcjonizm.

  22. m

    Szczerze mówiąc zawsze pomijałam Twoje posty podróżnicze, zdjęcia cudowności wolę oglądać na pinterescie a jeszcze bardziej na żywo ;) taka forma obroni się jeszcze przy ciekawym stylu pisania, np. joulenka.pl

  23. J.

    Często same “zdjęcia na fejsa” są podświadomym celem wypraw. Osobiście odkąd przestałam robić zdjęcia, a tylko od czasu do czasu dokumentować coś zwykłej wielkości aparatem, w podróżach jestem bardziej tu i teraz.

    Pozdrawiam ciepło

  24. L.

    Doskonale Cię rozumiem. Sama parę lat temu złapałam bakcyla fotografowania i wszędzie jeździłam z lustrzanką. W zeszłym roku się zbuntowałam. Stwierdziłam, że wolę cieszyć się chwilą, widokami i trzymać męża za rękę niż taszczyć ten wielki, niewygodny klamot żeby potem pokazywać zdjęcia osobom, które średnio to wszystko interesuje. Komórką też można teraz zrobić świetne zdjęcie ;)

  25. Ania

    Asia ja tak zawsze robie – zalozylam blog z mysla zeby opisywac przezycia, odczucia, przygody a nie “co warto zobaczyc” i po kolei dodawac opisy kazdego dnia (poczawszy od lotniska na lotnisku skonczywszy) no fotki z atrakcji ktore przeciez ludzie moga googlowac sobie sami.

    W wolnej chwili zapraszam do siebie – u mnie teraz Rosja, niedlugo dodam wpis z kolei transsyberyjskiej a zdaje sie ze jest to na Twojej liscie marzen :)

    http://www.wildesttales.com

    Powodzenia w Gwatemali!

  26. nieśmigielska

    ja jednak nie chcialabym się przekonywać jak to jest, bo dla mnie wyjazd = zdjęcia. raczej bym nie odpoczęla, gdybym pojechala gdzies bez aparatu, tylko sie denerwowala że kadry mi uciekaja, a ja jestem bezsilna. rozumiem o jaki rodzaj odpoczynku chodzi, ale zdecydowanie nie nie nie ;) ale podziwiam, że ktoś jest w stanie tak po prostu to zrobić. chociaz niewykluczone, ze gdybym nie mala wielkiego zapasu zdjęć to moj blog wyglądałby zupelnie inaczej i może byłby ciekawszy, niż podróze w 90% procentach!

    slub w gwatemali brzmi super. dobra okazja do zdjęć ;)

  27. Ania

    Ja może nie do końca na temat podróży, ale w temacie Photoshopa i obrabiania zdjęć…

    Bardzo lubię robić zdjęcia, ale kompletnie frustrowało mnie to, że to, co zwraca moją uwagę, na zdjęciu nie wychodzi tak samo dobrze… Kolory zbyt przytłumione, zdjęcie jakieś takie wypłukane, itp. itd. Zrzucałam winę na aparat, że jest za stary, więc coś zawsze będzie nie tak (np. ekran pokaże zdjęcia jako ciemniejsze niż są w rzeczywistości). Na święta dostałam od chłopaka nowy aparat, systemowy Olympus (nieco mniejszy i lżejszy niż lustrzanka) i po pierwszych zdjęciach… Podobne odczucia: nudne zdjęcia i irytacja. W tym czasie mój chłopak robił zdjęcia swoim aparatem, w czerni i bieli. Zaczęłam marudzić, że kupił mi aparat, a ja nie robię fajnych zdjęć, strata pieniędzy, bla bla bla… Na co odpowiedział, że to dlatego, że porównuję swoje “surowe” zdjęcia ze zdjęciami innych osób—zdjęciami często bardzo mocno obrobionymi w Photoshopie. Powiedział, że on nie ma siły na to, żeby obrabiać zdjęcia, więc zmienił ustawienia na swoim aparacie w taki sposób, żeby pasowały do jego poczucia estetyki od razu, bez konieczności spędzenia godzin przed komputerem. Powiem szczerze, to był ogromny “a-HA!” moment dla mnie! Nigdy nie obrabiam zdjęć, nie patrzę więc na nie na zasadzie “ok, to się podkręci w Photoshopie”. Pobawiłam się ustawieniami tak, żeby zdjęcia podobały mi się od razu po zrobieniu i teraz znacznie chętniej robię zdjęcia, jestem z nich zadowolona i, co ciekawe, czuję się w tym bardziej kreatywna, a tym samym zachęcona żeby robić ich więcej.

    Po tym przydługim wstępie podsumowanie tego, o co mi chodzi: nie dziwię się, że zniechęciłaś się do robienia zdjęć z podróży biorąc pod uwagę mnogość zdjęć, która zwykle się w trakcie takich wyjazdów pojawia, plus konieczność spędzenia długich godzin przy obróbce. Pewnie wszystkich nas to w pewnym stopniu dotyka, ale domyślam się, że Ciebie, jako osobę tworzącą treści publiczne, dotyka to jeszcze bardziej: skoncentrowanie się na perfekcyjnym “contencie”. A przecież zdjęcia—jakiekolwiek, nie tylko podróżne!—to powinna być pamiątka dla nas samych, to NAM się powinny podobać :)

  28. Gosia M.

    U mnie zupełnie odwrotnie. Zawsze podróżuję z aparatem (bezlusterkowcem) i zwykle robię mało zdjęć. Wydawało mi się, że to takie strasznie nudne “ja obok wielkiego drzewa”, “my w drodze do wodospadu” a tutaj “leżymy na plaży”. W sumie nadal uważam to za nuuudy. Jednak w zeszłym tygodniu odwiedziliśmy dziadków mojego męża, temat zszedł na jedno zdjęcie szczególnie ważne dla mojego męża. Szukaliśmy go godzinami, przejrzeliśmy setki zdjęć. Czego tam nie było! Zdjęcia pradziadków, tak wypłowiałe i sfatygowane, aż bałam się ich dotykać. Rodzina przy stole w latach 70tych, czyli każdy z papierosem i w poliestrach. Teściu z lekko zażenowaną miną, wystrojony na swoją pierwszą potańcówkę (bezcenne!). Absolutnie wspaniała seria kiczowatych fotek rodzeństwa ustawionego wg wzrostu w pasująchych koszulkach. A do tego zdjęcia domów, mieszkań i samochodów, które należały do rodziny. Fotorelacja z remontu kuchni, czyli 156 ujęć każdego kąt (plus akcja z przepychania zlewu). Rozmazane i prześwietlone zdjęcia kotków, piesków i chomików i ich bijatyk. Klasyczne zdjęcia z zabawy przed lustrem nowym aparatem (zawstydziłyby niejednego hipstera :D ).
    Może to nostalgia, chociaż raczej ich autentyczność. W końcu były zrobione żeby zapamiętać coś, o czym za tydzień by się już nie pamiętało (tyle śniegu napadało, aż pod parapet sięga! Jasiek, przynieś aparat.) I tylko po to, żeby pokazać ciotce Jadzi, jak już zjedzie z tych Katowic w odwiedziny. Zaczęłam żałować, że odpuściłam tyle okazji. A bo to za duży tłum, a to już nie to światło, zawsze coś mogło pójść lepiej. A przecież po czasie okazuje, że najfajniejsze wspomnienia przywołują niedoróbki. Bo prawda jest taka, że w dzisiejszych czasach w okolicach Fontanny di Trevi nie uniknie się tłumów, ale kto wie jak to będzie wyglądało za 20 lat.
    Na przyszłość chciałabym pamiętać, że zdjęcie to dopiero połowa historii. I właśnie to perfekcyjne ujęcie może okazać się mega nudne. Moje motto: Prawda życia, prawda ekranu! O!
    Bon voyage Asia! Pstrykaj albo, ważne żeby był ubaw :)

  29. Ewelina

    No i dobrze…. Ja też już nie taszczę lustrzanki… czasem gdzieś zrobię zdjęcie telefonem i tyle, mam dość, ze studiów z wyjazdów 160 folderów do segregacji i tak schodzi czas a to czeka i czeka.
    Miłego wypoczynku :)

  30. Sylwia

    A ja mam kompletnie na odwrót! Po kilku latach życia w Krakowie, roku w Peru, kilku miesiacach we Włoszech, pól roku w Jordanii budzę się i myślę: do jasnej cholery dlaczego przez ten cały czas nie robiłam zdjęć???? No i salto.

    1. dddd

      mam dokladnie to samo, kilka lat temu nie robilam tak zapalenie fotek jak dzis i chcac poogladac ujecia z tamtych czasow nie mam za bardzo czego ogladac nad czym ubolewam :( pamiec to nie to samo co fotografia. poza tym polecam na bieżaco drukowac najlepsze fotki z danych wyjazdów albo tworzyc fotoksiązki. zostaną z nami na zawsze nawet jesli pliki na kompie przepadną, a tych wydrukowanych nie bedzie w ilosci miliona sztuk tylko wybrane najlepsze.

  31. Marron

    Nie musimy być perfekcyjni, bo rzeczywistości nie da się zmusić, by taka była. Czasem warto sobie odpuścić. Czy to się przypadkiem nie nazywa “slow life”? ;)

  32. Emilka

    Udanego wesela i zabawy podczas przyjęcia! Obecnie często zapominamy o tym, żeby cieszyć się chwilą i żyć dla siebie, a nie dla innych osób.

  33. Hania Ananas

    Od jakiegoś czasu rozważam zakup bezlusterkowca, Twój wpis ponownie rozbudził we mnie chęć takiej inwestycji. Muszę przyznać, że mam podobne spostrzeżenia jak Ty, ale na razie nie jestem na tyle odważna, aby zrezygnowac z aparatu podczas podróży. Niestety nie umiem stwierdzić, czy moja potrzeba fotografowania wynika z chęci realizowania swojej pasji czy tylko publikowania ciekawych fotek na Insta. Fakt jest na pewno taki, że uwielbiam przeglądać foldery ze zdjęciami, a do internetu trafia może 5% tego, co fotografuję. Więc może jednak bardziej chodzi o pasję? A realizacji pasji nie potrafię sobie odmówić.

    Niestety, słusznie zwróciłaś uwagę na problem, jaki wynika z fotografowania podczas podróży – cierpią na tym inni. Mój Luby przez lata wspólnych wojaży totalnie stracił cierpliwość do zdjęć, a kiedyś nawet lubił to, że je robię. Teraz reaguje wręcz alergicznie na każde wyciągnięcie aparatu, co z kolei irytuje mnie, bo uważam, że nie rozumie moich potrzeb i mojej pasji. Ale z drugiej strony wiem, że zapracowałam sobie na to jego poirytowanie.

    Nie wiem, czy bezlusterkowiec, lekki i poręczny, bez zmienianych obiektywów, jest odpowiedzią na mój problem. Na razie jest na liście zakupów “do rozważenia”, zobaczymy, jak długo na niej zostanie.

    Pozdrowienia i udanej podróży!
    Hania z http://www.pineap.pl

  34. Olga

    FOMO to koszmarna rzecz w podróży.
    Ale mnożenie bytów ponad potrzebę też wydaje mi się kiepskim pomysłem. Telefony też robią fajne zdjęcia ;-)

  35. joly_fh

    Ostatnio zrezygnowałam z pisania recenzji książek na blogu (co robiłam przez dobrych kilka lat), bo zauważyłam, że nie sprawia mi to przyjemności, mało tego, przez to, że zaczęłam to postrzegać jako obowiązek, również samo czytanie przestało sprawiać mi przyjemność, a to już gorsza sprawa.
    Co do robienia zdjęć, to żyjemy w takich czasach, że ludzie zamiast przeżywać coś “tu i teraz” latają z aparatami, bo każda chwila musi być uwieczniona. I nie jest to kwestia rodzaju aparatu (lustrzanka czy bezlusterkowiec), bo ludzie latają nawet z komórkami i kijami do selfie. I obowiązkowo trzeba mieć zdjęcie jakiejś atrakcji turystycznej, identyczne, jak ma 1000 innych osób… A potem te zdjęcia zalegają na komputerach i i tak ich nikt nie ogląda. Wspomnę mój ostatni wyjazd na Bali z koleżanką, która koniecznie musiała wszystko sfotografować. Liczyłam na to, że po przyjeździe zobaczę te fotki, zrobimy sobie sesję wspominkową, ale gdzie tam, skończyło się na zgraniu mi tylko tych zdjęć, na których ja byłam… Tak, to są “problemy pierwszego świata”. Stare zdjęcia rodzinne, które ktoś wspomina w komentarzu, to co innego, bo kiedyś tych zdjęć robiło się zdecydowanie mniej, zostawiało tylko te najlepsze, a nie – jak teraz gigabajty.

  36. Paulina

    Ja mam historię na temat zostawiania aparatu! Żaden ze mnie fotograf, raczej powiedziałabym, że właściciel lustrzanki, ale mimo wszystko była zawsze absolutnie niezbędnym elementem bagażu, gdziekolwiek nie pojechałam. Był taki epizod w moim życiu, że mieszkałam pod Nowym Jorkiem. Wybrałam się pewnego dnia z grupą znajomych na taki daytrip na Brooklyn. Mieliśmy zacząć na Manhattanie, od Brooklyn Bridge a później połazić po Brooklynie. Dzień wcześniej sformatowałam kartę pamięci i podłączyłam baterię do ładowania, żeby sprzęt był gotowy na następny dzień. Rano zaspałam i wypadłam z domu szybko, dosłownie chwytając po drodze portfel, klucze, telefon, no i oczywiście aparat. Docieramy na Manhattan, jedziemy metrem do Downtown, jesteśmy przy moście, zaczynamy spacer, a ja oczywiście już po kilku pierwszych krokach wyciągam aparat, żeby zrobić zdjęcia. I wtedy zorientowałam się, że bateria została w domu, w ładowarce. Och, ile ja się naklęłam! No bo jak to tak, na Brooklyn Bridge iść i zdjęć nie móc zrobić?? Przez chwilę rozważałam, czy nie powiedzieć znajomym, że ja ich dogonię i nie wrócić się na Manhattan, żeby poszukać jakiegoś sklepu, gdzie kupiłabym zapasową baterię, ale ostatecznie porzuciłam ten pomysł. I całe szczęście, bo to byłaby jedna z głupszych rzeczy, jakie zrobiłam w życiu – zamiast dnia spędzonego ze znajomymi miałabym bieganie po sklepach i szybkie cykanie zdjęć. Ostatecznie po prostu musiałam się pogodzić z brakiem możliwości robienia zdjęć tego dnia. I wiesz co? Nie ma dnia pośród wszystkich tych spędzonych w Stanach, który pamiętałabym lepiej! To był taki “a-ha!” moment. Zdałam sobie sprawę z tego, że do tej pory zwiedzałam zawsze przyklejona do aparatu. Jeździłam po świecie, ale po co? Niby chciałam ten świat zobaczyć, ale oglądałam go tylko przez obiektyw. Na dodatek moje marne umiejętności fotograficzne i tak nie wystarczały, żeby oddać na zdjęciu obraz chociaż podobny do tego, co widziałam na żywo! Od tej pory aparat nie jest już nieodłącznym elementem zawartości mojego bagażu. Owszem, dalej często go zabieram i dalej robię zdjęcia. Ale nie tyle. Oglądam świat własnymi oczami i tylko raz na jakiś czas stwierdzam “o, stop na chwilę, chcę tu zrobić zdjęcie!”. I w takich przypadkach telefon właściwie zupełnie mi wystarcza.

  37. Zuu

    Kiedyś wysyłałam tony pocztówek z każdego, nawet najmniejszego wyjazdu.
    Aż zaczęło mnie to przytłaczać i przestało być chęcią podzielenia się z innymi wrażeniami, a zaczęło być nieprzyjemnym obowiązkiem.
    I w końcu odpuściłam. Doszłam do wniosku, ze skoro robię to z obowiązku, to to się mija z celem. I teraz mi lepiej ;)

  38. Kasia

    hahah swietne! tak właśnie się dzieje! plus backlash zależy też chyba od aparatu wyjsciowego – nafotografowalam się mamiya rb (jakieś 2,7 kg z obiektywem) i teraz już tylko zdjecia z telefonu ;P

  39. Alicja

    Fajnie widzieć takie podejście! Mówię to, chociaż bardzo lubię Twoje relacje podróżnicze ;) Ale zdjęcia na instagramie też świetnie oddają klimat Gwatemali i mają w sobie coś innego, “bliższego”, niż blogowa relacja.
    Sama też pojechałam na studencką wymianę do Kanady bez apartu, tylko z komórką (choć u mnie to spowodowane brakiem własnego aparatu) i cieszę się, że nie muszę myśleć o folderach pełnych nieprzebranych i nieprzeorobionych zdjęć, a jednocześnie mam okazję, żeby się uczyć coraz lepiej edytować zdjęcia na telefonie :)

  40. dddd

    nie wiem jak mozna wyjechac bez aparatu :) zdjecia to dla mnie najcenniejsze pamiątki które przywoze, są to uwiecznione wspomnienia. jednak nie posiadam lustrzanki bo jest nieporęczna, mam lepszy kompakt z dobrym obiektywem, ktory mozna wrzucic w torebke i jakosc jest niewiele gorsza od lustrzanki ale nieporównywalnie lepsza od telefonu.

  41. vesper

    A ja, szczerze mówiąc, nie jestem fanką wpisów podróżniczych. Dla mnie są jak lizanie cukierka przez papierek – wolę to zobaczyć na własne oczy, więc najczęściej omijałam takie wpisy. Wyjątkiem było Porto.
    A zamiast taszczyć lustrzankę – weź małą cyfrówkę do utrwalenia WASZYCH chwil, nie na potrzeby bloga :) Ja tak robię i bardzo sobie chwalę :)

  42. Hexe

    Niezabieranie ze sobą ciężkich rympołów to nie lada wolność. Fakt, że aparat i blog to dwie nieodzowne rzeczy, ale nie popadajmy w paranoję. Robienie zdjęć sprawia mi ogromną przyjemność, fakt, lustrzanka swoje waży, ale jakoś nie baczę na to. Inna sprawa, trzeba mieć też troszkę oleju w głowie, bo choć ze skalistego i stromego szlaku górskiego byłyby extra zdjęcia, to jednak wolę aparat wtedy schować. Komputera w zagraniczne podróże nie zabieram. To już lekka przesada.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę bezpiecznej podróży :)

  43. veronica sz-d

    dawnotemu zrezygonowałam z lustrzanki.
    ale mimo wszystko lubię robić zdjęcia- dlatego wożę się po prostu ze zwykłym cyfrowym automatem.

  44. Magda

    “Co prawda zawsze obiecywałam sobie, że tym razem zrobię mniej zdjęć” – jedno z moich postanowień noworocznych: “nauczyć się robić mniej zdjęć”!

  45. Ada Jarecka

    Zostawienie aparatu raz na jakiś czas w domu to bardzo przydatny odpoczynek, ale co ważne – pewnie bardziej docenisz swój wyjazd i częściej się pozachwycasz myśląc o chwili, nie o tym, jak ją uwiecznić na zdjęciu. :)

  46. Dominika

    Wspaniale! Ja zrezygnowałam z lustrzanki kilka lat temu na rzecz właśnie małego bezlusterkowca – jest najlepej na świecie! Mam za sobą świetne wakacje w Portugalii, gdzie aparat miałam w sumie cały czas pod ręką i robiłam dużo zdjęć (kocham roibć albumy i je potem przeglądać), ale ani razu nie było mi ciężko i niewygodnie. Duuuużo częściej zaczęłam też robić zdjęcia takim “zwykłym” rzeczom, – do których nie chciało mi się wyciągać lustrzanki. Tak samo na wakacjach w Bieszczadach – chodim z chłopakiem z plecakami od schroniska do schroniska, aparat przy pasku biodrowym – nie dość, że mi nie przeszkadza (łażenie z lustrzanką na szyi po górach – no niefajnei), to jeszcze mam go pod ręką bez zbędnych postojów (eeeej, wyciągniesz/schowasz mi aparat)? ;)

  47. sandra

    Ja tez już nie worze aparatu. Jednak taki iPhone ma świetną jakość zdjęć… wiem że na komputerze ta jakość nie będzie tak dobra, ale mi to wystarcza. :)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *