Nauczycielka jogi, Agata Ucińska, opowiada o tajnikach swojej pracy – Zawodowe Dziewczyny

Lubicie jogę? Może marzy Wam się praca instruktora? A może chcielibyście spróbować, ale z jakiegoś powodu boicie się pójść na zajęcia?

W dzisiejszych Zawodowych Dziewczynach przemaglowałam Agatę Ucińską, autorkę bloga Poczuj się lepiej i nauczycielkę dynamicznych odmian jogi.

Agata podzieliła się kilkoma sprawdzonymi strategiami na start, opowiedziała o blaskach i cieniach pracy instruktorki i podpowiedziała, jak najlepiej zacząć swoją własną praktykę. Ten wywiad to gotowa recepta – wystarczy wybrać ścieżkę, która najbardziej do nas przemawia i zacząć działać, niezależnie od tego czy myślimy o własnej praktyce, czy o uczeniu innych.

Agata, muszę Cię o to na początek zapytać! Czy zdarza Ci się leżeć przez tydzień na kanapie i kompletnie się nie ruszać?

Jak jestem chora (śmiech).

Nie zdarza mi się, aczkolwiek to nie oznacza, że ciągle praktykuję jogę na najwyższych obrotach i codziennie robię półtorej godziny niesamowicie angażującej praktyki.

Uczę Vinyasy Flow i Strali, a to dynamiczne style jogi, w których sekwencje się zmieniają.  Często mam takie zajęcia, na które przychodzą nowe osoby, więc sporo muszę ćwiczyć z grupą. Jestem więc aktywna przez moją pracę.

A po drugie bardzo lubię praktykować jogę prywatnie. Nie zawsze jest to długa, męcząca praktyka. Lubię sobie wejść na matę nawet na dwadzieścia minut, żeby się poprzeciągać. Jeżeli przez parę dni tego nie zrobię,bo na przykład jestem chora albo mam jakiś wyjazd, to czuję się taka zastała, czuję potrzebę poruszania się.

Jak wyglądało twoje pierwsze spotkanie z jogą?

Zacznę od tego, że zawsze miałam predyspozycje sportowe, miałam nawet propozycję pójścia do szkoły sportowej. Zawsze lubiłam ruch, ale niczego nie trenowałam. Zwykle większość czasu spędzałam siedząc w książkach, a ruch był tylko taki naturalny: wyjść na podwórko, pojeździć na rowerze, pobiegać, potańczyć w pokoju.

Na poważnie zetknęłam się z ruchem dopiero pod koniec liceum, kiedy zaczęłam trenować taniec. Moja koleżanka chodziła wtedy na jogę. W tamtym czasie myślałam, że to dla nudnych, dziwnych ludzi, więc trochę się z niej śmiałam. Coś mnie jednak do jogi ciągnęło, dlatego na studiach kilka razy próbowałam ją praktykować. Pamiętam, że była to joga klasyczna – czyli statyczna i jedyne, co mi się kojarzy z tamtymi zajęciami to ból, niewygoda i przekonanie, że trzeba to znieść. Z ciekawości chodziłam do różnych szkół, ale w żadnej nie mogłam się odnaleźć, żadna nie porwała mnie na tyle, żeby zająć się regularną praktyką.

Moje marzenia o karierze tanecznej bardzo szybko legły w gruzach, ponieważ uległam kontuzji kostki. Była ona na tyle poważna, że musiałam całkowicie zrezygnować z tańca i znaleźć taką formę ruchu, która byłaby jak najmniej obciążająca dla mojej nogi.

Pewnego dnia na YouTube odkryłam Dashamę – joginkę ze Stanów Zjednoczonych, która na plaży nad oceanem praktykowała dynamiczną Vinyasa jogę. Na filmie oglądałam piękną sekwencję, która od razu skojarzyła mi się z tańcem.

Mój wtedy chłopak, a obecnie mąż, Marcin, jest fizjoterapeutą. Natychmiast pokazałam mu te filmy, ponieważ chciałam wiedzieć, czy będę mogła bezpiecznie ćwiczyć ten rodzaj jogi. Na szczęście dostałam od niego zielone światło i zaczęłam praktykować.

Na początku ćwiczyłam oglądając filmy na YouTube. Wszystko było tam na tyle dobrze wytłumaczone, że mogłam spokojnie praktykować bez obaw, że robię coś nie tak. Ale miałam też świadomość, że z powodu kontuzji nie mogę ćwiczyć jakichś bardzo trudnych rzeczy, tylko te podstawowe. Ponadto zawsze słucham, co mówi mi moje ciało.

Jest oczywiście ziarnko prawdy w tym, że można sobie zrobić krzywdę praktykując jogę bez nauczyciela. Zwłaszcza wtedy, jeżeli ktoś ma bardzo kiepską świadomość swojego ciała i w ogóle nie zwraca uwagi na to, co robi. Nasze ciało jest mądre i jeżeli go słuchamy, jeżeli naprawdę poświęcimy chociaż chwilę, żeby spojrzeć w lustro, nagrać siebie podczas ćwiczeń, porównać z filmem, z którego korzystamy, to możemy spokojnie ćwiczyć bez nauczyciela. Jeżeli oczywiście nie mamy problemów zdrowotnych i nie zabieramy się od razu za bardzo zaawansowane rzeczy.

Tak wyglądały moje początki. Później znalazłam w Warszawie szkołę, która oferowała jogę dynamiczną: Ashtangę i Vinyasę opartą na Ashtandze. Zaczęłam więc regularną praktykę pod okiem nauczycieli. Bardzo mi się to spodobało i mocno się  w nią zaangażowałam.

Wtedy nie planowałam, że zostanę nauczycielką jogi, chociaż chciałam, żeby moja praca była związana z ruchem. Myślałam o tym, żeby zostać choreoterapeutką, zaczęłam nawet robić wstępne kursy z terapii tańcem.

Z wykształcenia jestem pedagogiem, ukończyłam animację społeczno-kulturalną, więc praca z grupami była i jest dla mnie bardzo naturalna. Zresztą zawsze pracowałam z grupami: w harcerstwie, jako wolontariuszka w liceum, prowadziłam też warsztaty i zajęcia dla rodziców. Na tych warsztatach próbowałam nawet przemycać ruch: zrobiłam kurs z metody ruchu rozwijającego Weroniki Sherborne oraz prowadziłam taneczno-ruchowe zajęcia dla dzieci, które opierały się na małych improwizacjach tanecznych.

Pracowałam, a joga była moim zajęciem dodatkowym, absolutnie nie związanym z moim celem zawodowym. W międzyczasie tak się zadziało, że firma, w której pracowałam, została zamknięta. Znalazłam drugą pracę, ale miałam dosyć ciężki moment w życiu, więc finalnie musiałem z niej zrezygnować i znalazłam się na rozstaju dróg. Nie wiedziałam, co mam robić dalej. Wtedy właśnie powstał pomysł zrobienia kursu jogi.

Jak wyglądała twoja ścieżka od momentu podjęcia decyzji aż do poprowadzenia pierwszych zajęć z uczniami? I jakie były koszty tej nauki?

Powiem szczerze, że na początku wydawało mi się kompletnie nierealne, że ja tą nauczycielką jogi zostanę. Stanęłam przed trudnym zadaniem. Musiałam znaleźć odpowiednią szkołę jogi, uczącą w nurcie, który mi odpowiadał.

Okazało się, że z kursami w Polsce nie jest tak łatwo, bo mnie przede wszystkim najbardziej interesowała Vinyasa, której w Polsce było bardzo mało. Była joga Iyengara, która kompletnie mnie nie kręciła. I tu nie chodzi o to, że uważam ją za złą metodę, tylko po prostu to nie była moja praktyka.

Znalazłam jeden kurs nad morzem, trwający miesiąc, który w ogóle nie miał nic wspólnego z Vinyasą. Doszłam więc do wniosku, że poszukam szkolenia w Indiach. Zaczęłam to robić przez Internet, na zasadzie burzy mózgów – sprawdzałam po prostu wszystko, co tam było dostępne.

Znalazłam w końcu szkołę – Trimurti Yoga która bardzo mi się spodobała, bo była „multistyle” – była tam Vinyasa, ale też hatha joga. Bardzo mi się spodobało, że mogę dotknąć kilku rzeczy, a nie tylko wyszkolić się idealnie w jednym stylu.  Uczyli w niej zarówno indyjscy, jak i zachodni nauczyciele. To mnie przekonało.

Współzałożycielką tej szkoły jest Polka – Karolina Krawczyk-Sharma Okazało się, że mamy wspólnych znajomych na Facebooku, więc do niej napisałam. Tak się akurat złożyło, że ona i jej mąż planowali przyjazd do Polski w niedalekim czasie, więc udało nam się z nimi spotkać. Świetnie się dogadywaliśmy, mogliśmy ich wypytać absolutnie o wszystko. Nie jechałam więc w ciemno. Miałam naprawdę olbrzymie szczęście, jeżeli chodzi o tę szkołę!

Rok później, ponieważ planowałam ten kurs z dużym wyprzedzeniem, pojechaliśmy z mężem i naszym kolegą na szkolenie w Himalaje.

Szkolenia certyfikowane przez Yoga Alliance trwają 200 godzin, więc jest to bardzo intensywny miesiąc. Teraz dokładnie nie pamiętam, ile ten kurs kosztował, ale zdecydowaliśmy się na niego, ponieważ kurs z jedzeniem i spaniem kosztował porównywalnie do kursu w Polsce. Różnicę stanowił tylko koszt biletów. W tamtym czasie braliśmy też ślub, więc wymyśliliśmy, że to będzie nasza odroczona podróż poślubna.

Poza tym kontakt i nauka u źródła naprawdę dużo daje. W Indiach bardzo dużo się nauczyłam o jodze, w czym największy udział mieli nauczyciele filozofii. Mam wrażenie, że tam człowiek trochę się odrywa od takiego zachodniego kategoryzowania, który styl jogi jest lepszy. Można spotkać nauczycieli, którzy są zdystansowani, głównie medytują, uczą filozofii i wcale nie mają jakiejś zaawansowanej fizycznej praktyki. Oczywiście są też tacy, którzy mają niesamowitą praktykę asan, ale naprawdę można tam zrozumieć, że asany nie są jakimś Świętym Graalem jogi.

Czy mogłabyś wyjaśnić pojęcia, których używasz, nazwy rodzajów jogi? Bo pojawiły określenia: hatha joga, Vinyasa, Ashtanga…

Hatha joga w takim szerokim znaczeniu, to jest w ogóle każda fizyczna praktyka asan. Jeżeli praktykujesz Vinyasę czy Ashtangę, czy inny styl jogi, jeżeli robisz asany, to ćwiczysz hatha jogę. W Indiach jest tak, że wielu nauczycieli, rozsianych po całych Indiach, nie należy do żadnej konkretnej tradycji, tylko uczą hatha jogi  Są to zazwyczaj po prostu statyczne pozycje, w których zostaje się na pewien czas, po czym się je zmienia.

W Polsce także na jogę Iyengara mówi się hatha joga. Wydaje mi się, że wynika to z faktu, że to była pierwsza tak bardzo popularna joga w Polsce.

W jodze Iyengara wykorzystuje się mnóstwo pomocy do jogi, klocków, pasków. Iyengar, który ją wymyślił, był trochę rewolucjonistą. To były dobre pomysły, jednak nie oznacza to, że bez ich pomocy nie da się praktykować jogi. Ludziom w Polsce, przez to, że joga Iyengara jest tak popularna, wydaje się, że praktykowanie w ogóle bez pomocy, to nie jest joga.

To nieprawda. Jak najbardziej można praktykować asany bez pomocy. Wszystko zależy od optyki, którą przyjmiemy. Decydujemy, że naszym celem jest dopasowanie ciała do idealnej asany, i wtedy używamy tych wszystkich klocków i pasków, czy może dopasowujemy asany do naszych możliwości i wtedy możemy coś uprościć, zmienić pozycję.

Ashtanga Vinyasa Yoga to metoda, w której asany są ułożone w stałe sekwencje. Dużą rolę odgrywa w niej połączenie ruchu z oddechem, dynamiczne, płynne przejścia, koncentracja wzroku na konkretnych punktach (tzw. drishti) i indywidualny sposób nauczania.

Vinyasa, którą ja praktykuję, jest jogą dynamiczną. Bezpośrednio w sanskrycie oznacza „ułożyć coś w konkretny, specyficzny sposób”, ale tak potocznie oznacza ruch połączony z oddechem i różne przejścia pomiędzy pozycjami. Od Ashtangi różni się tym, że sekwencje mogą być za każdym razem inne. Jest to też najbardziej kreatywny styl jogi, bo nauczyciel ma wpływ na kolejność asan, może wybrać motyw przewodni zajęć. Vinyasa bardzo rozwinęła się na Zachodzie i podlega różnym modyfikacjom.

Jest jeszcze Strala, która jest całkowicie współczesnym pomysłem. Jest to joga, która całkiem niedawno się narodziła w Nowym Jorku. Wymyślili ją Tara Stiles, która kiedyś była tancerką i Mike Taylor, który bardzo długo praktykował tai chi. Początkowo nie nazywali tego osobnym stylem, po prostu uczyli jogi tak, jak uważali.

Strala jest połączeniem myślenia o ruchu, wziętego z tai chi, z językiem jogi. Ważna jest płynność ruchu  – przepływ energii następuje wtedy, kiedy się ruszamy.

Z jogi pochodzą sekwencje podobne do Vinyasa jogi, przy czym nacisk kładziony jest na to, żebyśmy cały czas eksplorowali ten ruch. Jeżeli w klasycznej jodze, w wojowniku drugim, mamy ręce bardzo szeroko napięte, stabilne, to w Strali możemy nimi poruszać, poprzenosić ciężar ciała. Cały czas pozostajemy w delikatnym ruchu, a jednocześnie jesteśmy tak prowadzeni przez instruktora, żeby to było bezpieczne. Nacisk kładzie się na słuchanie swojego ciała.

Ważne jest to, gdzie powstała Strala. Tamtejsze tempo życia i to, jak bardzo zestresowani są tam ludzie, miało olbrzymi wpływ na powstanie tego nurtu. Nauczyciele jogi w Nowym Jorku mierzą się u swoich uczniów z zupełnie innym poziomem stresu niż ma to miejsce u nas, chociaż wydaje mi się, że w Warszawie tempo życia też zaczyna być bardzo szalone.

Dlatego głównym celem było to, żeby znaleźć coś, co rozluźnia, usuwa napięcia z ciała, a przez to przekłada się na rozluźnienie w życiu.

Tara i Mike szukali pomysłu na zerwanie z narracją „No pain, no gain”, z przekonaniem, że żeby osiągnąć sukces, to musisz cisnąć, które można też zaobserwować w środowisku jogi. Jeżeli nie pokonasz swojego bólu i nie będziesz codziennie praktykować, to nie osiągniesz nic. A oni wyszli z założenia, że jeżeli chcesz się pozbyć stresu, to nie możesz praktykować stresu, bo w ten sposób go utrwalasz.

Strala wzięła się z ruchu nielinearnego, bardzo naturalnego, który ma na celu zrzucenie napięcia, a nie to że zaciskasz wszystko, co tylko możesz, żeby zrobić jakąś pozycję.

Tara i Mike bardzo inspirowali się tym, jak się poruszają dzieci, zwierzęta, tym, że ruch jest czymś naturalnym i nie potrzeba instrukcji typu: a teraz wyciągnij rękę do przodu, zrotuj ją o ileś stopni, napnij to, przesuń mały palec tutaj. Wtedy cały czas pozostajemy w głowie, a chodzi o to, żeby troszeczkę z tej głowy wyjść i po prostu się poruszać.

Oczywiście to jest ustrukturyzowane, oni określili swoje jedenaście zasad naturalnego ruchu, według których poruszamy się przez sekwencje, żeby to było naturalne i bezpieczne. Struktura jest określona, ale w tej strukturze szukamy wolności w ruchu. To jest coś, co mnie totalnie urzekło, bo właśnie ta wolność fascynowała mnie w tańcu. Bardzo mi się podoba to, że ktoś przeniósł tę ideę do jogi: może być płynny, dynamiczny ruch, ale jednocześnie jest cały czas uważność, oddech, joga pozostaje jogą.

Jest równowaga między rozciąganiem a wzmacnianiem, nie ma rozciągania na siłę. Wszystko jest spójne z tym,  co współcześnie wiemy na temat działania ciała. I to też mi się bardzo podoba.

Ja zakochałam się w tej metodzie też dlatego, że włączamy przy niej współczesną muzykę.  Z tego powodu wiele osób przy pierwszym zetknięciu ze Stralą myśli, że to nie jest joga . A tu chodzi o to, że joga ma być codzienną praktyką i częścią życia, więc nie musimy sobie włączać egzotycznych gongów ani siedzieć w ciszy. Jeśli lubimy jakąś muzykę, to możemy ją sobie włączyć. O tym, czy to jest joga, czy nie, moim zdaniem bardziej świadczy to, czy zwracamy uwagę na oddech, czy jesteśmy uważni. Czy zaprzyjaźniamy się ze swoim ciałem, czy je katujemy? Bo jeżeli katujemy swoje ciało, to moim zdaniem to nie ma nic wspólnego z jogą.

Wróćmy do twojej ścieżki zawodowej. Czy od razu po powrocie z Indii zaczęłaś uczyć jogi? Jaka była twoja pierwsza praca?

Najpierw poszłam na studia podyplomowe Relaksacja i joga na warszawskim AWF-ie, na Wydziale Rehabilitacji.  Dały mi  one duże zrozumienie ciała, anatomii, tego co może być zdrowe, a co nie.

Oczywiście to jest teraz bardzo rozwijający się temat, więc naprawdę trzeba się sporo uczyć, czytać, rozmawiać z fizjoterapeutami. Ja mam trochę łatwiej, bo mam męża fizjoterapeutę oraz wielu znajomych fizjoterapeutów. Są różne punkty widzenia, nie wszystko, co jest zdrowe dla jednej osoby, będzie takie dla drugiej, to jest bardzo skomplikowany temat.

Ale AWF jest super bazą, ma się potem o wiele szersze narzędzia, żeby pogłębiać wiedzę, bo poznało się już anatomię czy kinezjologię. Wykładowcy dzielą się badaniami na temat jogi, jest też sporo praktyki.

Jeśli chodzi o pracę, to na początku miałam pojedyncze zastępstwa, bo zazwyczaj w ten sposób się zaczyna. Zwykle wcześniej chodzisz dłuższy czas na jogę, praktykujesz, więc znasz już trochę instruktorów. Jeżeli długo praktykujesz, to nauczyciele wiedzą, że robisz kurs. A osoby, które są gotowe na zastępstwa, zawsze są na wagę złota, bo zastępstwa zawsze są potrzebne.  Zastępstwa można znaleźć np. przez grupę Joga – Zastępstwa – Warszawa.

Regularnie zaczęłam uczyć jogi mniej więcej półtora roku  po ukończeniu kursu w Indiach, będąc w trakcie studiów na AWF-ie. Wtedy dostałam propozycję pracy w kameralnym studio Slow Move. Studio było miejscem, gdzie mogłam wykorzystać wiedzę z AWF-u, taką bardziej rehabilitacyjną. Nacisk był na pracę prozdrowotną, więc przez to, że dużo rozmawiałam z fizjoterapeutami, po prostu wiedziałam, jak sobie poradzić z osobami, które przychodzą z problemami. Po prostu miałam szczęście, że mogłam zacząć pracę w takim miejscu.

Ale propozycji miałam więcej, ponieważ już wcześniej prowadziłam bloga na temat jogi, ale z perspektywy laika, osoby po prostu praktykującej. Opisałam też całą podróż do Indii i po powrocie pojawiło się kilka propozycji prowadzenia zajęć. Ja po prostu wybrałam tę, która wydawała mi się najbardziej rozwijająca.

Jakich rad udzieliłabyś osobom, które zaczynają swoją drogę nauczyciela?

Najważniejsze, to zacząć. Ja od razu po przyjeździe z Indii zorganizowałam jogę dla przyjaciół w parku, żeby już kogoś uczyć: męża, przyjaciół, kogokolwiek. W ten sposób można się oswajać z nauczaniem.

Nie musimy od razu wszystkiego rzucać i szukać wielu godzin zajęć. Można to ćwiczyć stopniowo, na przykład przez zastępstwa czy zajęcia dla przyjaciół, powoli rozwijać się jako nauczyciel czy nauczycielka jogi.  Są też różne eventy: wakacyjne jogi, joga na trawie, pod które można się podpiąć i zdobywać doświadczenie.

W moim przypadku to było półtora roku takich sporadycznych zajęć od skończenia kursu do rozpoczęcia regularnej pracy. Dzięki temu nie byłam zupełnie zielona.

Można też udzielać się w mediach społecznościowych. Ja dzięki temu mogłam bardzo rozwinąć skrzydła. Prowadziłam bloga, założyłam kanał na YouTube. Zaczęłam praktykować właśnie z YouTube i chyba dlatego potem sama założyłam kanał – miałam takie poczucie, że spłacam mój dług wdzięczności.

Dzięki temu, że byłam aktywna na blogu i Youtube, nigdy nie musiałam sama szukać pracy jako nauczyciel jogi. Jeżeli dostawałam propozycje, to dlatego, że ktoś już wiedział, że jestem Agatą, wiedział, co robię, co napisałam, jakiego stylu uczę.

Kolejna opcja to fitness kluby. Zwłaszcza te na obrzeżach miast często potrzebują nauczycieli jogi. Podobnie w domach kultury.

Zdarza się też, że osoby, które długo praktykują w jednej szkole, dostają propozycję nauczania jeszcze jako uczniowie.

Są też różne inne opcje, ale to też zależy od tego, na ile ktoś jest przedsiębiorczy. Jeżeli ktoś chce tylko czekać, aż zostanie mu zaproponowana oferta życia, to na pewno będzie miał trudno. Jeśli ma się swoich odbiorców, można organizować wyjazdy czy wynajmować salę i w ten sposób można prowadzić własne zajęcia.

Ciekawym pomysłem jest też praca dla firm. Wtedy firma zapewnia swoim pracownikom raz lub dwa razy w tygodniu nauczyciela jogi, który przychodzi do biura i prowadzi ćwiczenia.

Można prowadzić zajęcia indywidualne. Ja akurat od tego nie zaczynałam, ale znam osobę, która po prostu zbudowała stronę internetową i promowała się jako indywidualna nauczycielka jogi. Choć to na pewno zależy od tego, gdzie się mieszka. Wypowiadam z perspektywy Warszawy. Wiadomo, że nie wszędzie ludzi stać na jogę, zwłaszcza indywidualną, bo trzeba na to wydać całkiem spore pieniądze.

moja ulubiona sekwencja na kanale Agaty

Jakie są stawki za zajęcia indywidualne, a jakie za grupowe? Jak wyglądają rozliczenia ze szkołami od strony technicznej?

Za indywidualne zajęcia minimum 120 zł.  Wiem, że są nauczyciele, którzy potrafią brać nawet kilkaset złotych, ale to już zależy od marki osobistej i doświadczenia.  Trudno mi to określić precyzyjnie, bo widełki są duże.

Przy zajęciach grupowych też trudno jest podać konkretną kwotę. Wydaje mi się, że startuje się od 50-60 zł za zajęcia. Oczywiście wiadomo, że jedni zarabiają 60, a inni 100. Czasami jest tak, że są miejsca, po których bym się tego nie spodziewała, mają dobre stawki. Ale są też takie miejsca, o których myślisz: Wow! tu się pewnie fajnie pracuje. I nagle okazuje się, że mają jakąś dziwną stawkę, a jeszcze po drodze musisz pracować na recepcji. Więc absolutnie nie ma reguły.

Można się utrzymać tylko z jogi, choć moim zdaniem nie jest to najłatwiejsze zadanie. Idealnie jest mieć dwie freelancerskie prace, czyli na przykład ktoś jest dietetykiem i nauczycielem jogi, ktoś fotografem i nauczycielem jogi, ktoś inny masażystą i nauczycielem. Wtedy maleje zagrożenie, że prowadzenie zajęć stanie się przykrym obowiązkiem i będzie wypalające.

W tej pracy raczej  nie pracuje się na cały  etat. Ewentualnie na część etatu, umowy-zlecenia albo własna działalność. Ja mam swoją działalność.

Jeżeli chce się prowadzić tylko zajęcia z jogi, to po prostu trzeba sporo tych zajęć prowadzić. Trzeba się też nastawić na pracę rano, w ciągu dnia i wieczorem. I to nie jest praca ciągła. Oczywiście jest super, jeżeli się pracuje w szkole, w której wszyscy prowadzą zajęcia tą samą metodą, to łatwiej jest mieć parę godzin pod rząd, można też brać zastępstwa. I wtedy w takiej jednej szkole uzbiera się tyle zajęć, że właściwie można przyjść na ósmą, wyjść o konkretnej godzinie i przypomina to uporządkowany tryb życia.

Na pewno nie da się uniknąć pracy wieczorami i porankami, więc wydaje mi się, że jest to ciężkie, jeżeli się ma dzieci. Wtedy trzeba mieć jakiś plan B i kombinować. Chyba, że ktoś ma taką sytuację w życiu, że nie potrzebuje pracy na pełen etat, tylko czegoś dodatkowego. Wtedy ta joga pasuje. Gorzej jest, jeśli się ma tu godzinkę, tam godzinkę, a między to się wplata oczywiście indywidualnych klientów – wtedy trzeba się trochę najeździć i dużo czasu spędza się w komunikacji miejskiej.

Można też próbować swoich sił w Internecie. Jest sporo nauczycieli, którzy mają swój kanał na YouTube i zarabiają na przykład prowadząc warsztaty albo współpracując z markami. Widać to zwłaszcza na Zachodzie.Warto jednak pamiętać, że bycie influencerem w tej branży może nie być tak lukratywne, jak w innych dziedzinach. Wiadomo, że jeśli chodzi o współprace reklamowe, to wielu rzeczy po prostu nie można reklamować. Żaden instruktor jogi nie będzie chciał promować niezdrowego jedzenia, kiełbasy, alkoholu, tego typu rzeczy. Ale można sprzedawać swoje e-booki, warsztaty, produkty – to znowu zależy od tego, jaką mamy markę osobistą.

Chrupek relaksuje się na wiosennych warsztatach Agaty

Jak wygląda Twój dzień albo tydzień pracy?

Często muszę wstawać o świcie, żeby pojechać na zajęcia. Gdy mam zajęcia o 8:00 na drugim końcu miasta, to muszę wstać o 5:00, żeby tam dojechać. I te dojazdy są zdecydowanie najbardziej uciążliwe. Ciężko jest sobie te godziny zgrupować.

W środku dnia zazwyczaj mam wolny czas i wtedy spotykam się z innymi instruktorami albo z freelancerami, bo wszyscy inni znajomi są w pracy. Trzeba być gotowym na to, że życie towarzyskie trochę się zmieni, bo niestety, wtedy, kiedy wszyscy mają wolne, my pracujemy.

Po południu i wieczorem prowadzę kolejne zajęcia, do tego w weekendy czasami miałam warsztaty, czasami jakieś zastępstwo, czasem wyjazd. W międzyczasie trzeba zrobić jakąś sesję zdjęciową, nagrać film, powrzucać coś na bloga czy fanpage.

W tej pracy trzeba się nauczyć organizacji, ale też odpuszczania, bo nie wszystko da się zrobić. To jeżdżenie w kółko jest po prostu męczące, tak fizycznie. To zresztą praca, w której często jest się fizycznie zmęczonym. Ale jednocześnie zajęcia, ludzie, których spotykamy i sama joga dodają niesamowitej energii! Bilans wychodzi na plus.

Wiadomo, że samemu też chce się pójść na jakieś zajęcia. I to jest kolejna rzecz, na którą trzeba być gotowym. Ja sobie wyobrażałam, że jak zostanę nauczycielką jogi, to joga będzie całym moim życiem. I to jest prawda, ale często nie mam kiedy chodzić na zajęcia do innych nauczycieli. Oczywiście czasami to robię, bo uważam, że to jest bardzo rozwijające i przyjemne. Ale też trzeba umieć praktykować samemu.

To ma na pewno plusy i minusy, ale nie mam takiej podziałki, że to jest moja praca, a to życie prywatne. Chociaż nie chciałabym chyba pracować w szkole, w której lubię praktykować. Fajnie jest mieć takie miejsce, które nie kojarzy się z obowiązkiem (nawet najprzyjemniejszym!). Właściwie nie zdarza mi się myśleć: „O Boże, ale mi się nie chce iść do pracy”. I to jest ten wyznacznik, że się robi coś, co się lubi. Oczywiście czasem nie chce mi się wstawać o 5:00. Ale zajęcia naprawdę uwielbiam prowadzić!

Co cię w Twojej pracy najbardziej zaskoczyło? Co w niej lubisz, a czego nie?

Co mnie zaskoczyło? Brałam pod uwagę te nienormalne godziny pracy i bardzo się tego obawiałam. Zastanawiałam się zwłaszcza pod tym kątem, że kiedyś pewnie będę chciała założyć rodzinę. Mam swój plan B na to, jak pogodzić prowadzenie zajęć z innym sposobem zarobkowania, żeby gdzieś zmieścić rodzinę w tym wszystkim. Więc może to mnie nie zaskoczyło, tylko wiedziałam, że będzie takie wyzwanie i że będę musiała coś wymyślić w pewnym momencie.

Uwielbiam to, że nie stresuję się za bardzo swoją pracą. Jeżeli mam nową grupę, nowe miejsce, to wiadomo – jest dreszczyk emocji i jest trema. Albo kiedy na przykład przyjdzie na moje zajęcia ktoś, o kim wiem, że chodzi gdzieś już i długo praktykuje. Ale nie nazwałabym tej pracy stresującą.

Po drugie, mam poczucie, że czasami mam realny wpływ na czyjeś życie, mogę komuś pomóc. To dotyczy i prowadzenia zajęć, i bloga – na przykład komuś zajęcia pomogły na jakąś trudną sytuację w życiu, ktoś mniej się stresuje albo kogoś przestały boleć plecy. To są naprawdę satysfakcjonujące rzeczy, takie namacalne.

Bardzo mało mam takich nieprzyjemnych sytuacji.  Jeżeli pracuje się gdzieś tam w szkole, to ewentualne frustracje ludzie zostawiają za drzwiami, a na salę wchodzą już spokojni i uśmiechnięci. Oczywiście zawsze może się trafić jakaś osoba niezadowolona, sfrustrowana, taka jest specyfika pracy z ludźmi, ale nie jest to chyba bardzo powszechne.

To czego nie lubię, to stres związany z różnego rodzaju wydarzeniami – na przykład to, że nie wiem jakiej wielkości będzie sala, czy zorganizowano dobre nagłośnienie, ile osób przyjdzie i jakie będą miały oczekiwania. Ale zazwyczaj wszystko wychodzi fajnie.  

A co w przypadku kontuzji?

Staram się tak praktykować, żeby nie mieć kontuzji od jogi, to moje motto.  Choć oczywiście zawsze coś może się wydarzyć, nie da się rozciągnąć nad sobą parasola idealnego zdrowia. Czasami się człowiek się po prostu przeciąży.

Gdy jest to mniejsza kontuzja, można odwołać parę zajęć, ale gdy jesteś freelancerem, to jest to bolesne. Nie pracujesz – nie zarobisz. Jeżeli masz stałe grupy i indywidualnych uczniów, to po prostu prowadzisz zajęcia głosem, nie zawsze wszystko musisz pokazywać. Gorzej, jeśli jest dużo nowych osób i trzeba coś pokazać – wtedy na pewno poinformowałbym grupę o mojej sytuacji i pewnie pokazała asany na kimś.

Natomiast poważniejsza kontuzja to problem. Ale to jest trochę takie pytanie z cyklu: A co, jeżeli programiście utnie rękę?

Zakładam, że nauczyciele jogi nie mają z kolei dużych problemów z kręgosłupem, chyba że mieli je wcześniej. Ja na przykład miałam kiedyś problemy z kręgosłupem, ale praktykuję tak, żeby tego stanu nie pogorszyć, tylko poprawić.

Warto odwiedzać fizjoterapeutów, zwłaszcza jeśli ma się pracę związaną z ciałem. To mit, że joga może zastąpić wszystkie terapie czy rehabilitację. Jak już się jest instruktorem i pracuje się z ciałem, to chodzenie do fizjoterapeuty należy do higieny pracy.

Ja gdy zaczynałam z kontuzją kostki, to właśnie takie były moje pytania: Co teraz? Jaką ja będę nauczycielką jogi, jeśli nie mogę robić niektórych ćwiczeń? Ale w trakcie moich szkoleń zrozumiałam, że nauczyciel jogi, to niekoniecznie świetny akrobata, który umie zrobić wszystkie najtrudniejsze rzeczy i nigdy nie miał żadnej kontuzji.

Moim zdaniem to jest bardzo inspirujące, jeśli nauczyciel jogi w momencie startu był zwykłym, szarym człowiekiem, być może nawet miał jakieś kontuzję i wcale nie był rozciągnięty od dziecka. Taka osoba przeszła jakąś drogę i wie, z czym mogą się mierzyć ludzie na sali. Więc wydaje mi się, że jeżeli mamy jakieś kontuzje, czy nawet nie praktykujemy pewnych pozycji, to nie jest to nic takiego, co by wykluczało z zawodu.

Jakie cechy powinien mieć dobry nauczyciel jogi?.

Jeśli chodzi o cechy fizyczne, to nie ma specjalnych wymagań, nie trzeba być chudym ani super rozciągliwym. Ale wydaje mi się konieczne, żeby instruktor jogi miał za sobą kilkuletnią praktykę jogi.

Ważne jest też pozostawanie uczniem, czyli że nauczyciel dalej stara się praktykować, mimo że czasami jest mu trudno wepchnąć w grafik własną praktykę. Oczywiście z umiarem – jeśli mam spać pięć godzin tylko po to, żeby zrobić jeszcze godzinną praktykę, to wolę poruszać się piętnaście minut pomiędzy zajęciami. Inaczej kłóci się to z zasadą niekrzywdzenia samego siebie. Oczywiście trzeba robić również dłuższe sesje – bycie instruktorem nie zwalnia z praktyki. Ale można to po prostu miksować, w zależności od sił i czasu.

Trzeba na pewno lubić ludzi i nie stawiać się w pozycji „na górze”. Są oczywiście różne style uczenia. Jest na przykład styl autorytarny, ale ja wychodzę z założenia, że nie jestem panią nauczycielką dla ośmioletnich dzieci, tylko że jesteśmy partnerami.

No i trzeba być gotowym na nieregularny tryb życia, bo inaczej człowiek się wypali. To nie jest praca dla każdego. Jeżeli ktoś lubi taką pracę od 8:00 do 16:00, to po prostu będzie sfrustrowany i nie będzie się cieszył z tego, że uczy jogi.

Przydają się też zdolności przywódcze, żeby umieć ogarnąć grupę. Dla mnie to było naturalne, bo działałam w harcerstwie, a potem skończyłam studia pedagogiczne. To się przydaje zwłaszcza kiedy mamy dłuższy kontakt z tą samą grupą – na warsztatach i wyjazdach.

W jodze jest taka koncepcja, że każdy powinien znaleźć swojego “guru” we własnym wnętrzu.  Praktyka pozwala nam na poznanie samego siebie na tyle, żeby wszystko zrównoważyć i wieść bardziej harmonijne życie. Dlatego w Strali się mówi Yoga Guide, czyli nie „ja jestem twoim nauczycielem i powiem ci, co masz robić”, tylko „ja ci pomogę wejść na tę ścieżkę, podam ci rękę, kiedy będzie trzeba, ale ty sam będziesz eksplorował”.

Bo chodzi o to, żeby uczeń na końcu był samodzielny. Tak, żeby nie był uzależniony od nauczyciela, ale zbudował swoją własną praktykę. Bo gdy nauczyciela nie będzie pod ręką, to uczeń zawsze będzie mieć tę swoją przestrzeń jogi, do której może wrócić, kiedy coś mu się zacznie w życiu walić.

Jaki jest tak naprawdę cel jogi i korzyści z jej uprawiania? Co Tobie dała joga?

Na samym początku chciałam po prostu nauczyć się tych wszystkich trudnych pozycji i poruszać się tak ładnie i płynnie, jak Dashama na plaży. Ale i korzyści płynące z praktyki jogi, i nasze motywacje w trakcie kolejnych lat trochę się zmieniają.

Na samym początku, i to możemy poczuć od razu, że jest mniej bólu w codziennym życiu, jeżeli z takowym się zmagaliśmy. Oczywiście, gdy praktykujemy z głową i nie robimy nic na siłę. Jesteśmy też sprawniejsi – trochę się wzmocniliśmy, trochę rozciągnęliśmy, jest więcej mobilności, łatwiej nam zawiązać sobie buty.

Po praktyce poprawia nam się nastrój, to taka „pigułka szczęścia”. Naprawdę jest coś takiego, taki błogostan, który się pojawia po jodze. Kiedy praktykuje się systematycznie, to człowiek staje się spokojniejszy. To namacalne rzeczy, które można bardzo szybko poczuć.

Potem można poznać fajnych ludzi. Jeszcze później okazuje się, że przez tę praktykę, przez to, że spędzamy ileś czasu sami ze sobą i możemy się skupić na odczuciach płynących z ciała, stajemy się bardziej uważni i mamy lepszy kontakt ze sobą. Bo zwykle gdzieś pędzimy i zagłuszamy nasze wewnętrzne głosy. Tutaj naprawdę nie chodzi o jakieś ezoteryczne sprawy, tylko właśnie o ten czas spędzony ze sobą i o to, że możemy lepiej poznać siebie i zdystansować się do własnych emocji.

Wiele też zależy od tego, jaki ktoś jest wyjściowo. Na przykład ja byłam bardzo impulsywna. Kiedy coś się działo, od razu reagowałam emocjonalnie. Czy to pozytywnie czy negatywnie, reakcja była natychmiast. Z biegiem praktyki ten czas na reakcję się wydłużył. Gdy coś się dzieje, na przykład ktoś mi coś zaproponował albo ktoś mi coś niemiłego powiedział, powiem: „O, pomyślę i odpowiem ci jutro”. Zanim się wścieknę, albo zanim zacznę skakać z radości pod sufit, to trochę czasu minie i zdążę się opanować. Nie chodzi tu o bycie cyborgiem, ale o lepszy kontakt z samym sobą i lepsze zarządzanie emocjami.

Joga zamienia się też w cały styl życia, myślę, że może pomagać w kompulsywnych czy agresywnych zachowaniach. Więc zanim się upijemy na imprezie, to się trzy razy zastanowimy, albo będziemy robić to rzadziej. Cały styl życia się troszeczkę uspokaja. Ja się nauczyłam być lepsza dla siebie, bardziej świadoma.

Jeżeli ktoś przeczyta wywiad z Agatą Ucińską, która mówi, że joga jest super, i pomyśli: „Może ja też bym spróbował albo spróbowała”, to od czego powinien zacząć?

Taki człowiek musi sobie odpowiedzieć na pytania: czy ma jakieś problemy zdrowotne, czy jest to taka sytuacja, że przez 10 lat niczego nie ćwiczył, czy jednak w miarę zna i rozumie swoje ciało. Zawsze też będę mówić, i to dotyczy absolutnie każdego ruchu, że warto pójść do fizjoterapeuty i zrobić diagnozę funkcjonalną. Dowiemy się, jakie mamy mocne strony, a jakie słabsze, bo może na przykład czegoś powinniśmy robić więcej, a czegoś mniej.

Można zacząć po prostu od włączenia sekwencji na YouTube, łagodnej, dla początkujących. Ja oczywiście polecam jogę Vinyasa. Tutaj też jest pewne nieporozumienie, bo ludziom się wydaje, że joga dynamiczna, to niemalże crossfit jogowy. Nie, tu się po prostu płynnie przechodzi między pozycjami. Nie tkwi się w przez cztery minuty, podczas których człowiek pogłębia tę pozycję i dąży do perfekcji, tylko trwa to krócej, jest płynniej i inaczej się instruuje ludzi. Joga dynamiczna może być bardzo spokojna.

Można oczywiście pójść do szkoły.  Zazwyczaj trzeba spróbować kilku nauczycieli i kilku stylów. Warto sobie dać 2-3 szanse, żeby spróbować różnych rzeczy i wybrać to, co z nami rezonuje. Gdybym ja się zniechęciła po moich pierwszych próbach jogowych, to nie wiem, co bym robiła teraz w życiu.

Trzeba znaleźć swojego nauczyciela, bo nie istnieje nauczyciel dobry dla każdego. Są takie osoby, które chcą mieć poważnego, surowego, wymagającego nauczyciela, i są takie, które wolą kogoś na luzie, kto zażartuje. Jeden z moich nauczycieli w Indiach, który był naprawdę zaawansowanym joginem, raz, w ramach rozgrzewki przed jogą, kazał nam zagrać w berka, w którym udajemy, że jesteśmy małpami. Potem oczywiście wszystko wróciło do normy i była poważna praktyka, ale chodzi mi o to, że nie musimy być zawsze  śmiertelnie poważni. Jednak jeśli komuś nie pasuje, że nauczyciel żartuje, albo że jest muzyka, rozprasza go to, to warto dać sobie kilka szans.

Jak sobie poradzić z obawami przed pójściem na zajęcia jogi? Na przykład, że jesteśmy niewystarczająco rozciągnięci czy niewystarczająco szczupli?

Jeśli ktoś nie jest rozciągnięty, to właśnie powinien przyjść na jogę! To tak, jakby ktoś chciał się zapisać na hiszpański, ale się stresował tym, że nie zna hiszpańskiego.

Zajęcia jogi są właśnie po to, żeby coś zrobić ze swoim życiem. Często słyszy się, że: „Najpierw schudnę, a potem się zapiszę na jakiś sport”. Jednak najczęściej nie jest to otyłość zagrażająca życiu, tylko te osoby uważają, że są za grube, żeby pójść na siłownię. Nie wiem co doradzić takim osobom, bo na pewno to jest drażliwy temat, ale joga jest absolutnie dla wszystkich. Przychodzą osoby bardzo różne i to jest świetny pierwszy krok do zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem.

Czasami joga może wspomagać proces odchudzania i to nie dlatego, że się pali jakieś niesamowite ilości kalorii, ale wprowadza się więcej równowagi w życiu, redukuje stres, a to wszystko są czynniki, które też wpływają na naszą wagę. Praktykując jogę zaczynamy się bardziej świadomie odżywiać, ale też nie trzeba tego robić od razu.

Trzeba po prostu przyjść i spróbować.

Jeśli macie ochotę poćwiczyć z Agatą, rozpiskę jej zajęć znajdziecie tutaj.

A jeśli zajęcia Wam nie po drodze, zawsze jest jeszcze kanał Agaty na YT. Ja dość często odpalam rano video z jogą – kiedy uda mi się rozpocząć w ten sposób dzień, czuje się dużo lepiej.

Dajcie znać, czy lubicie i ćwiczycie jogę! Do mnie bardzo przemawia filozofia dogadywania się ze swoim ciałem, ale mimo wszystko wolę jednak pilates – choć na jogę też chętnie chodzę.

 

 

Jak zwykle dziękuję Vichy za zasponsorowanie kolejnego odcinka cyklu – miło mi poinformować, że przedłużyliśmy współpracę z Vichy przy gamie Slow Âge (swoją drogą – to był mój krem nr 1 tego lata), więc pojawi się kolejna seria wywiadów!

 

 

46 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. Aleksandra

    Uwielbiam te Twoje wywiady. Czekam na kolejne. Chętnie przeczytałam wywiad z fotografem np. ślubnym i wedding planerem.

  2. Kasia

    Świetny temat :) Ja też miałam nieśmiałe podejścia do jogi, ale w ogóle mnie nie porwała. właśnie dlatego, że wydawała mi się zbyt powolna i myślałam tylko o tym, że wszystko mnie boli ;) teraz będę wiedziała, jakiej jogi szukać :)

  3. Konstancja

    O jaki świat jest mały, jakieś 8 lat temu Karolina Krawczyk prowadziła moje prawie roczne warsztaty teatralne – po ich zakończeniu pamiętam, że wyjechała właśnie do Indii z mężem. Aż się uśmiechnęłam czytając posta. :)

    1. Ola

      Ooo tak to jest świetny pomysł, szczególnie że kobiety w tym zawodzie miewają ciężko (tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń)

  4. Jadwinia

    Też miałam kilka podejść do jogi i nie mogłam się do niej przekonać. Do czasu kiedy odkryłam apkę na telefon z vinyasa jogą. Z ręką na sercu polecam Down Dog, bo zmieniło moje życie :)

  5. Natalia

    Świetny wywiad! Agata w bardzo przystępny sposób wprowadza do jogi w szerszym jej kontekście. Ja sama zaliczyłam już kilka podejść do niej i teraz nabrałam ochoty żeby wskoczyć na matę! :-)

    A poza tym Asiu, czapki z głów – bardzo przyjemnie się obserwuje jak pięknie się cały czas rozwijasz.

    Pozdrawiam!

  6. Weronika

    Szkoda, że nie zapytałaś (może jeszcze miałabyś kiedyś okazję? – bardzo jestem tego ciekawa) o jogę jako praktykę religijną, którą, de facto, jest. Jak to wygląda tak naprawdę od wewnątrz, bo z obiegowych opinii wynika, że jogę można zacząć jako sport, ale kiedy się praktykuje na poważnie, na przykład jako instruktor, najczęściej prowadzi do wchodzenia w kolejne kręgi wtajemniczenia w hinduizm i tego bym się obawiała, szczególnie po przeczytaniu świadectw byłych joginów „najwyższych szczebli”. Czytałaś może? Ciekawa jestem jak to wygląda z perspektywy osoby, która już w tym jakby siedzi :)

    1. muki

      IMO ludzie mają różne poziomy potrzeb religijnych i ktoś kto ma wyższe z większym prawdopodobieństwem zacznie dążyć w kierunku tych sakralnych elementów jogi czy np. medytacji. Ale jeśli ktoś jest głęboko zaangażowany w swoją obecną religię, to po pierwsze jego potrzeby religijne już mają jakieś ujście, a po drugie jest pewnie o wiele bardziej świadomy kwestii związanych z wiarą i przez to staje się bardziej odporny na ‚konwersję’ (nie mogę na szybko znaleźć lepszego słowa). Cokolwiek przedstawiciele Kościoła Katolickiego by nie mówili, jakoś ciężko mi uwierzyć w demona, który wciąga w jogę niewinne chrześcijańskie duszyczki i objawia im kolejne, coraz bardziej piekielne, kręgi objawienia ;)

    2. Style Digger Autor wpisu

      Poprosiłam Agatę, żeby się wypowiedziała, mówi że zerknie w wolnej chwili:) Mnie jest trudno coś powiedzieć, bo ani nie praktykuję jakoś bardzo poważnie, ani też nigdy mi to nie przyszło do głowy, zupełnie się nad tym nie zastanawiam, kiedy myślę o jodze.

      1. Dorota

        Joga, podobnie jak np.karate, jest przez kościół katolicki, czy też po prostu chrześcijański, uznawana za zagrożenie. Wyrasta z tradycji hinduizmu, ma duży związek z duchowością i światopoglądem, zatem kościół katolicki twierdzi, że praktykowanie dogłębne jogi może w efekcie prowadzić do mieszania tradycji chrześcijańskich z hinduizmem. Jednak trudno sobie wyobrazić katolika wierzącego w reinkarnację. Więc o taki synkretyzm kościół się obawia.
        Myślę jednak, że katolik, którego wiara jest silna, zwyczajnie nie ulegnie przemianie. Dla wielu osób to po prostu ćwiczenia bez tej całej ideologii, albo inaczej – ideologia pozostaje takim nieco baśniowym rewirem – miłym dla oka i ucha, ale jednak bez wpływu na sferę religijną. Trochę Krak mitologia grecka😉 Raczej dopatrywałabym się wpływu na dietę, sposób życia (slow life…😀), poznawanie siebie. Ale to akurat dobrze👍

  7. Ania

    Asiu, jak ja czekałam na ten wywiad!!! Dziękuje zarówno Tobie jak i Agacie! ❤️❤️❤️
    Moja praktyka z joga zaczęła się 8 lat temu gdy pewnego dnia moje ciało przestało mnie słuchać u nie mogłam sama wstać z łóżka. Zaczęła się długa rehabilitacja, okazało się ze zaniedbałam mój zwichrowany kręgosłup do tego stopnia, ze kręgi zaczęły uciskać nerwy. Po dwóch latach znalazłam jogę i to było najcudowniejsze lekarstwo na wszystko! Podpisuje się pod wszystkim o czym opowiada Agata, jeśli chodzi o korzyści z jogi. Od roku prowadzę zastępstwa w mojej szkole. Mam za sobą kilka kursów. Ponieważ byłam na urlopie wychowawczym była to moja odskocznia od domu. Teraz wracam do „normalnej” pracy i nie wiem czy naprawdę chce wrócić… Czy powinnam, bo wtedy nie starczy mi już czasu na swoją praktykę i jeszcze prowadzenie zajęć, gdyż czas wolny chce poświecić dzieciom. Po głowie chodzą myśli, żeby zabrać się za swoje nauczanie na poważnie. Boje się tego… ale serce mi mówi, ze to coś co kocham i o czym zawsze marzyłam… Czy wolno tak opuszczać marzenia??? Na razie wracam na chwile do pracy, mam nadzieje ze jeśli ta potrzeba nauczania będzie bardzo silna, to serce mi podpowie jaka ścieżka powinnam isc😊

    1. Milena

      Tak! Mam dokładnie takie same przemyślenia. Asiu, działaj więcej! Bardzo dobrze czyta się Twoje posty, ale ten cykl jest moim ulubionym. W kobietach siła:)

  8. Gosia Promińska

    Ciekawy wywiad :-) Agatę obserwuję od bardzo dawna i cieszy mnie, że pokazuje szerszej publiczności w Polsce tę „nową” jogę, która jednak jest wciąż mało popularna. Zwłaszcza dzisiaj przyda mi się mała dawka motywacji, bo akurat siedzę chora w domu, a kurs nauczyciela jogi już za dwa tygodnie ;-)

  9. pilar

    Ciekawy wywiad, bardzo wyczerpujący :) Ja kocham jogę, chociaż akurat metodą Iyengara – gdyby ktoś się do tej szkoły zniechęcił pod wpływem wywiadu, to zapewniam, że warto spróbować :) Generalnie polecam jogę każdemu, zmienia życie na lepsze, zwłaszcza wtedy, kiedy się tego człowiek nie spodziewa ;)

  10. Ewa

    Świetny wywiad, bardzo dobre pytania :)
    Jogę praktykuję od ponad 10 lat, najpierw była to hatha joga, teraz jest ashtanga. Czasem zdarzy mi się dłuższa przerwa, ale zawsze wracam. Polecam każdemu, ale faktycznie myślę, że warto zacząć z rozsądnym i doświadczonym nauczycielem, żeby uniknąć kontuzji.
    Czekam na kolejny wywiad!

  11. Asia | forkaround.pl

    Z Agatą mam bardzo dziwną przygodę. Trafiłam na jej bloga daaawno temu. A potem nie mogłam do znaleźć – szukałam w historiach na wszytskich urządzeniach, w googlu i nic… aż tu nagle wspomniała o niej jedna z blogerek. I tak, to była ta dziewczyna na która trafiłam kiedyś i która oczarowała mnie spokojem. Postanowiłam sie wybrać na jej zajęcia, zapisałam się, musiałam odwołać, potem znów… i teraz jestem zapisana na TEN tydzień, na strala jogę. Na zajęcia do Agaty często nie ma miejsc, ale udało mi sie przed największym boomem, który domyślam się właśnie ruszył przez ten wywiad :)
    Wywiad pokazuje wielki wewnętrzny spokój- takie zrozumienie sie z życiem. Wielu z nas szuka tego w jodze, bardzo zachęca do zajęć z Agatą :) a ja juz jestem zapisana. La lala!

  12. agnitz

    Z perspektywy jogowego ucznia dodałabym jeszcze coś do oporów z powodu nieidealnego ciała. Mianowicie rozciągniecie i tusza to dwie różne sprawy. Jako dosyć „chuda” osoba z zazdrością podpatrywałam dokonania grubszych ode mnie osób. Poza tym to „podglądanie”… nie jest takie częste. NAPRAWDĘ uwierzcie, że kiedy skupiasz się na swojej praktyce nie masz czasu ani ochoty patrzeć jak to robią inni (oprócz nauczyciela). Zresztą w jodze jest tak, ze każdy spotyka się ze swoimi ograniczeniami w innym momencie. Okazuje się, że jednej z asan nie zrobisz w ogóle a w innej czujesz się jak ryba w wodzie. No i najfajniejsze są postępy. To zdziwienie, że po kilku miesiącach nagle okazuje się, że jesteś w stanie położyć ręce na podłodze bez problemu:). Polecam!

    1. Julia

      Oj tak, zgadzam się całkowicie. Ja bym nawet chciała czasem poobserwować innych ale na vinjasie ja często nie mam czasu żeby poobserwować samą siebie.

  13. Karo

    Asiu, bo się pogniewamy…
    Kiedy kolejne koło gospodyń??? Bo niektórzy, jak ja, już przebierają nogami z niecierpliwością.
    Ps. Smakowały wam suszone pomidorki? :D

  14. Gabi

    Świetny wywiad, sama chodzę na zajęcia z Agatą do Fitology I jest super :)
    P.S. Mój wewnętrzny pedant nie daje mi spokoju I muszę to napisać – przy zmianie nazwy bloga zapomniałaś o zmianie sekcji head w html I nadal wyświetla się „Styledigger”:)

  15. Ania

    Super wywiad! Zaczęłam przygodę z jogą na zajęciach jogi dla pracowników w firmie i mam jedno spostrzeżenie, kiedy w trakcie wykonywania niektórych asan lub tuż po nich czujemy ból, duszności, strach, to koniecznie trzeba powiedzieć o tym nauczycielowi. Na początku podczas wykonywania zwykłej świecy było mi duszno i po praktyce czułam ucisk w klatce piersiowej, wstydziłam się o tym mówić bo pozostałym praktykującym nic nie było i wszystko świetnie wychodziło. Raz po zajęciach poszłam do instruktorki i powiedziałam o tym, pokazała mi co wtedy robić i jaki błąd popełniam podczas ćwiczenia. To mi bardzo pomogło! Od tego czasu wszelkie wątpliwości na bieżąco mówię instruktorowi i czuję się fizycznie i psychicznie o wiele lepiej!
    Pozdrawiam,
    Ania

  16. Aga

    A ja czekam na wpis jak planować obiady i ogólnie zakupy spożywcze na cały tydzień. Jest chyba bardzo potrzebny!
    Pozdrawiam

  17. Dorota

    A ja chyba odpalę yt i spróbuję! Ten spokój i uporządkowanie mnie zachęciły😃 Tego teraz bardzo potrzebuję, muszę mieć życie w wersji slow! A czy przy okazji joga zadba o moją sylwetkę (uda😒)i mnie odmlodzi??? Ktoś coś wie?
    P.S. Wiem, wiem..to nie koncert życzeń😟

  18. Barbara

    Nie umniejszając bohaterce wywiadu, widzę tu jednak pewną dysproporcję między drogą przebytą przez Agatę, a np. wymaganiami, jakie się stawia przed kandydatami na nauczycieli w metodzie Iyengara. Wystarczy spojrzeć na stronie stowarzyszenia jogi Iyengara w Polsce. Sama ćwiczyłam tą metodą, jest ona dość wymagająca dla uczniów, to prawda, ale przede wszystkim dla nauczycieli właśnie. Chyba żaden szanujący się nauczyciel jogi nie poleciłby ćwiczenia w youtubem początkującemu.
    No, ale widzę, że środowisko związane z jogą w Polsce się zmienia i joga staje się po prostu kolejną modną gimnastyką. Z jednej strony – czemu nie, w sumie może lepiej praktykować z takim podejściem, niż nie praktykować w ogóle, ale coś tu się jednak traci. Przynajmniej gdy patrzę na biografie nauczycieli, z którymi miałam szczęście praktykować i widzę, ile wysiłku, samozaparcia i pasji musieli włożyć w swoją pracę, zanim w ogóle zaczęli uczyć.

  19. aneta

    Rewelacyjny wywiad! Odpowiedział na kilka moich pytań i już wiem na pewno, że z początkiem października spróbuję jogi w szkole, a tymczasem ruszam z youtubem. :)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *