Magia Wordle, czyli moja nowa
internetowa obsesja

Jakiś czas temu przez moją tablicę na Twitterze przetoczyła się fala zrzutów ekranu z wynikami w Wordle. To gra słowna, którą kilka miesięcy temu kupił od jej twórców New York Times. Spróbowałam i przepadłam. Teraz Wordle towarzyszy mi każdego poranka. Piszę o tym, bo ciekawi mnie co składa się na jej fenomen – uważam że ktoś to fantastycznie rozkminił.

Naszym zadaniem w Wordle jest odgadnąć hasło – pięcioliterowe słowo. Dążymy do tego, podając inne pięcioliterowe słowa. Dostajemy info zwrotne – które litery pasują, które nie pasują, a które są w słowie-haśle, ale aktualnie są na niewłaściwym miejscu. Mamy sześć prób. Jeśli graliście kiedyś w starą planszową grę Mastermind, to jest to bardzo podobny schemat.

Nowa gra z nowym hasłem pojawia się raz dziennie. To moim zdaniem ogromny składnik sukcesu Wordle. Dostajemy po rozwiązaniu dawkę dopaminy, ale gra nie wciąga nas na długie godziny i nie przemiela do totalnego wyczerpania, bo w przeciwieństwie do Instagrama czy Facebooka ma jasno określony limit. Rozwiązanie zajmuje parę minut, a następne hasło pojawia się dopiero kolejnego dnia. Czytaj dalej