Cena wygody

Dwa lata temu kupiłam sobie samochód. Wcześniej jeździłam dwudziestoletnim garbusem, który ciągle się psuł i dużo palił. Któregoś dnia postanowił po prostu nie odpalać, więc stwierdziłam że najwyższy czas na zmianę. Tym bardziej, że akurat tego miesiąca miałam w firmie dużą kumulację przychodów i to był dobry moment na zakup. Spory koszt zmniejszyłby kwotę, od której musiałam zapłacić podatek.

Wzięłam kartkę, ołówek i porównałam różne możliwości – zakup używanego samochodu, zakup nowego, wzięcie nowego w leasing. Ta ostatnia opcja okazała się najbardziej korzystna, z księgowych powodów, którymi nie będę Was teraz zanudzać. Leasing to taki trochę kredyt hipoteczny dla samochodów. Część kwoty płacimy gotówką, a resztą bank rozkłada nam na raty. Po spłaceniu wszystkich rat, w moim przypadku po pięciu latach, samochód jest nasz. Możemy go sprzedać albo po prostu jeździć nim dalej – i to właśnie był mój plan. Wybrałam model, który słynie z niezawodności, z założeniem, że będę nim jeździć do końca świata i o jeden dzień dłużej. Czytaj dalej

Jak napisać dobry poradnik? 9 kroków do tekstu, który zainspiruje

Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, to pewnie wiecie, że piszę nową książkę o slow fashion – o tym, dlaczego kupujemy za dużo i jak temu zaradzić. Możecie zostawić swojego maila tutaj, to dam Wam znać, jak będzie gotowa.

Piszę i piszę i piszę, a w przerwach czytam i czytam i czytam. Głównie opracowania dotyczące przyszłości zakupów, ekonomii, mody, ale też lepsze i gorsze poradniki. I doszłam do wniosku, że o ile o pisaniu powieści czy innej fikcji trochę się mówi, są miejsca, gdzie można się tego nauczyć, to z non fiction jest dużo gorzej. No chyba, że chodzi o reportaże – tu jest dużo szkół i kursów. Pomyślałam więc, że zbiorę w tym poście wszystkie te rzeczy, których się nauczyłam, pisząc bloga i książki o poradnikowym charakterze. Czytaj dalej

Jak zhakowałam aktywność fizyczną,
czyli magia małych kroków

Ponad 5 lat temu przeprowadziłam się do Warszawy. Choć trudno mi to sobie teraz wyobrazić, cała aktywność fizyczna, która towarzyszyła mi w tamtym momencie, to spacer na przystanek tramwajowy czy po zakupy do sklepu.

Po kilku miesiącach przeniosłam się z dalekiego Bemowa bliżej centrum, na Muranów i kupiłam sobie rower. I zaczęłam tym rowerem jeździć na biznesowe spotkania, do znajomych, na zakupy. Nagle poczułam się jakaś taka bardziej rozruszana i zaczęło mi się więcej chcieć.

Czytaj dalej

Blogi i twórcy, których być może nie znacie, a powinniście – Share Week 2019

Co roku, kiedy Andrzej Tucholski organizuje Share Week, czyli akcję polecania ciekawych blogów, myślę sobie “o jaki to jest super pomysł, na pewno wezmę udział!”. A potem orientuję się, że jest już grubo po czasie. Ale nie tym razem, moi drodzy, nie tym razem!

Opisywanie blogów, które lubię, było bardzo przyjemne, więc rozwinęłam listę o kilka dodatkowych kategorii – blogi zagraniczne, kanały na YT i profile na Instagramie.

Przy okazji naszła mnie refleksja, że nudzi mnie wymuskanie. Zdjęcia i teksty często są niby dużo bardziej profesjonalne (czy raczej #instafriendly), niż kiedy publikujący je twórcy zaczynali, ale jednocześnie stają się bardzo podobne do tysięcy innych zdjęć i tekstów. Teksty niby uderzają w emocjonalną strunę – zwłaszcza ostatnio jest na to moda, szczególnie w długich opisach na Instagramie. Ale bardziej przypominają misternie rzeźbioną odpowiedź na pytanie “jakie są pani słabe strony?” na rozmowie rekrutacyjnej, niż rzeczywistą otwartość w komunikacji.

Czytaj dalej

Jak poradziłam sobie z twórczym kryzysem.

Przez ostatnie kilka miesięcy nie miałam ochoty w ogóle włączać komputera. Całymi dniami nie zaglądałam na własnego bloga. Instagram mógłby dla mnie nie istnieć. Nie przychodziły mi do głowy żadne nowe pomysły, a jeśli już jakiś się pojawił, to od razu zabijały go myśli, że to bez sensu i że w sumie to mi się nie chce. Wiadomości ze świata blogosfery spływały po mnie jak po kaczce. Krótko mówiąc – dopadł mnie kryzys, wypalenie, jak zwał tak zwał.

Przyznam Wam się, że myślałam, że już się z niego nie wygrzebię. Za każdym razem, kiedy miałam wrażenie, że już jest lepiej, nagle robiło się dwa razy gorzej. Nie miałam ochoty robić nic związanego z Internetem. Wydawało mi się, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia. Mogłabym spędzać całe dnie na czytaniu książek, gotowaniu (nic tak nie relaksuje, jak siekanie szczypiorku!) spacerowaniu z psem i chodzeniu na kettle czy jogę. Rzeczy, które musiałam w pracy robić, jako tako robiłam, ale te nieobowiązkowe, kreatywne – zupełnie nie.

Czytaj dalej