Call me Shirley.

Bally to ponoć najstarsza na świecie firma produkująca luksusowe buty i torebki. Została założona w 1851 r. przez Szwajcara Carla Franza Bally’ego. Jej produkty charakteryzuje wysoka jakość i brak widocznego loga, co praktycznie eliminuje problem podróbek. We wrześniu na warszawskim Nowym Świecie otwarty został pierwszy butik tej firmy w Polsce. Ceny ich butów oscylują wokół 1000-1500 zł. Brzmi nieźle, ale dla mnie całkowicie abstrakcyjnie, z tego prostego powodu, że nie stać mnie na tak drogie obuwie. Czytaj dalej

Black&white

Zazwyczaj preferuję stonowane rajstopy. Zazwyczaj wybieram te w ciemnych kolorach. Zazwyczaj noszę takie, które mają obie nogawki w jednakowym kolorze. Jednak kiedy zobaczyłam TE, wszelkie uprzedzenia poszły w kąt. Nie było łatwo zdobyć parę w moim rozmiarze (w Galerii Krakowskiej wykupili je w ciągu kilku dni), ale po odwiedzeniu kilku centrów handlowych w końcu stałam się posiadaczką upragnionych zwariowanych rajtek. Budzą skrajne emocje- od zaskoczenia (często), przez wybuchy śmiechu (bardzo często), po okrzyki zachwytu (rzadko; właściwie odnotowałam jeden przypadek). Czytaj dalej

Thriller.

Jeżeli miałabym wskazać swój ulubiony wzór, bez wahania wybrałabym panterkę. Większości społeczeństwa kojarzy się ona z dansingami z lat osiemdziesiątych albo i gorzej, ale ja ją uwielbiam. Mam mnóstwo panterkowych koszulek, chust i innych dodatków, mam nawet kurtko-bolerko, ale moim marzeniem zawsze była sukienka w cętki. W końcu udało mi się ją zdobyć na londyńskim Portobello Road Market, pchlim targu, na którym można kupić prawie wszystko, od starych kijów bejsbolowych po kowbojski kapelusz. Bardzo ją sobie chwalę i często noszę, zwłaszcza na grzyby.

Czytaj dalej

90’s are back.

Ciągle słyszymy o “wielkich powrotach” jakichśtam dekad. Moda nawiązuje a to do lat sześćdziesiątych czy osiemdziesiątych, a to do przedwojennego stylu retro. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić i myślałam, że nic mnie już nie zdziwi. A tu owszem- zaskoczyły mnie nawiązania do lat…dziewięćdziesiątych. Bo jak tu nawiązywać, skoro to było ledwie chwilę temu? Proces “coś jest supermodne->coś przestaje być supermodne->po pewnym czasie znów pojawiają się ubrania inspirowane tym czymś” przebiegł w ekspresowym tempie. Czytaj dalej

Somewhere over the rainbow.

Peleryna- moja wymarzona, wyczekana, upragniona już od dawna. Koniecznie chciałam taką prawdziwą, bez rękawów i najlepiej kraciastą, jak u Ralpha Laurena. Już miałam składać zamówienie u krawcowej, kiedy znalazłam swój ideał. Gdzie? Oczywiście na Champs Elysees. To że w Zarze a nie u Chanel nie ma już znaczenia- co Pola Elizejskie to Pola Elizejskie:) Do tego długie rękawiczki i już czuję się jakbym z powrotem była w Paryżu…I jeszcze jedna rzecz- chciałabym bardzo, bardzo, bardzo podziękować Aife za mój nowy nagłówek. Okazało się, że jest nie tylko utalentowaną fotografką, ale i świetną nagłówkotwórczynią:) Czytaj dalej