Co daje terapia? I dlaczego się nie wstydzę, że na nią chodzę?

Jakiś czas temu spotkałam się z dawno niewidzianym kolegą. W przypadkowym zdaniu powiedziałam “a moja pani terapeutka mówi, że…” i wtedy zapadła cisza. Po chwili usłyszałam “Asia, tak dawno się nie widzieliśmy, bądź ostrożniejsza, skąd wiesz, że ja tego komuś nie rozgadam? To znaczy ja nie, ale ktoś inny mógłby!”.

I wtedy pomyślałam sobie, że jednak wiele osób wciąż postrzega psychoterapię jakoś coś wstydliwego.

Coś dla ludzi z problemami. Ludzi, z którymi jest coś nie tak.

Dla słabiaków, którzy nie radzą sobie sami.  

Od czasu do czasu wspomnę gdzieś na blogu czy Instagramie, że chodziłam i chodzę na terapię i za każdym razem dostaję od Was wtedy wiadomości w tonie “super, że o tym piszesz, ja też chodzę i wstydzę się powiedzieć znajomym, a  moja rodzina myśli że jestem dziwna”.

Myślę, że najwyższa pora odczarować terapię.

Nie jestem ekspertką, nie będzie tu naukowych definicji. Ale pod koniec tekstu odeślę Was do dalszych źródeł.


Dlaczego poszłam na terapię?


Trafiłam do gabinetu terapeutki w dość nietypowy sposób (wybaczcie tę enigmatyczną konstrukcję słowną, ale nie mam innego wyjścia, bo ta historia nie dotyczy tylko mnie), ale jak już się tam znalazłam, to okazało się, że bardzo mi się to dziwne doświadczenie podoba. Że mam przestrzeń do zastanowienia się, dlaczego reaguję na to czy na tamto w określony sposób, przyjrzenia się temu, co właściwie czuję w danych sytuacjach, spróbowania nowych rozwiązań.

Przytoczę konkretny przykład: odkryłam, że bardzo unikam konfrontacji i boję się mówić ludziom, że coś mi się w ich zachowaniu nie podoba. Ale to napięcie nie znika, tylko się we mnie kumuluje. Teraz nauczyłam się mówić o takich rzeczach na bieżąco i żyje mi się dużo lepiej.

Oczywiste? Jak się patrzy z zewnątrz to tak, ale ja nawet nie zauważałam w swoim życiu tego problemu. To, co zauważałam, to że nie mogę spać, bo wieczorem uruchamia mi się jakiś szalony kołowrotek myśli, że budzę się ze ściśniętym żołądkiem i czasem mam ochotę kogoś zamordować z zupełnie błahego powodu.

Po kilku miesiącach doszłam do wniosku, że zrobiłam na tyle duży postęp, że na razie mi wystarczy. Ale miałam dość intensywny rok, i w pewnym momencie, trochę przytłoczona kupnem mieszkania, przeprowadzką, wydawaniem książki i masą innych rzeczy stwierdziłam, że pomoc znowu by mi się przydała. Pamiętałam, jak terapia pomogła mi poprzednio, jak dużo lepiej się czułam i jak trwała była ta zmiana.

Takim ostatecznym impulsem były różne dziwne sygnały, które wysyłało mi moje ciało, z drętwieniem połowy twarzy włącznie. Neurolog powiedział “niech się pani tyle nie stresuje!”, ja pomyślałam “łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, panie neurologu!”. I ponownie wybrałam się do gabinetu terapeutki (tym razem innej), bo poczułam, że to napięcie negatywnie wpływa na mnie i na ważne dla mnie relacje.


Jak wygląda terapia?


Myślę, że u każdego wygląda inaczej, są zresztą różne nurty. Mogę Wam więc opowiedzieć o swoim doświadczeniu, ale myślę, że wiele z tych zasad jest uniwersalnych.

Moja pani terapeutka ma zintegrowane podejście, ale korzysta głównie z nurtu poznawczo-behawioralnego. Dużo rozmawiamy o emocjach – na pierwszych spotkaniach często opowiadałam zdarzenia minionego tygodnia i opisywałam emocje, które się z nimi wiązały.

Wbrew temu, co czasem zdarza mi się słyszeć, to nie to samo, co rozmowa z koleżanką. Nie jest też tak, że ktoś przez godzinę słucha, jak opowiadamy o swoim dzieciństwie i kiwa głową, a na koniec inkasuje 150 zł.

Tak naprawdę dla mnie terapia jest przede wszystkim mądrą rozmową z kimś obiektywnym, życzliwym i kompetentnym. Kimś, kto posiada zestaw odpowiednich narzędzi i wie, jak nam pomóc – a właściwie naprowadzić nas, żebyśmy sami sobie pomogli.

Terapeuta nie powie nam, co mamy zrobić w danej sytuacji i nie rozwiąże naszych problemów, ale dobrze postawionymi pytaniami sprawi, że sami dostrzeżemy nowe ścieżki. Moja pani terapeutka zawsze powtarza, że celem terapii jest uelastycznienie naszych utartych schematów działania i myślenia – oczywiście tych, które nam przeszkadzają.

Wychodzę z cotygodniowego spotkania spokojniejsza, jak po takim spa dla mózgu. Czuję się też mniej osamotniona, bo okazuje się, że to, jak się czuję, jest normalne, i jest okej. Dla mnie to było dość przełomowe, zawsze czułam się trochę “inna niż inni ludzie”, a teraz ten mur oddzielający mnie od reszty zniknął.

Zawsze mam też sporo tematów do przemyślenia i przegadania z moim otoczeniem – nie tylko na mój temat, ale też ogólnie o tym, jak myślimy i działamy. To naprawdę jest fascynujące, chyba najwięcej kłód pod nogi rzucamy sobie sami!


Co jeszcze warto wiedzieć o terapii?


Terapia jest dla wszystkich. Nie tylko dla osób z zaburzeniami, traumami czy innymi poważnymi problemami. Skorzysta na niej każdy, kogo coś uwiera w sobie, czy w relacjach z innymi. I każdy, kto po prostu chciałby się czegoś nowego o sobie dowiedzieć i żyć pełniej, z bardziej otwartą głową.

Kiedy boli mnie ząb, idę do dentysty. Kiedy mam problemy z bólem pleców, do fizjoterapeuty. A kiedy męczy mnie jakiś problem dotyczący psychiki, to wybieram się do terapeuty – w taki sposób na to patrzę, jak na zupełnie normalną rzecz.

Na terapię można się wybrać z powodu:

  • nadmiernego stresu
  • obniżonego nastroju
  • potrzeby ciągłej kontroli
  • problemów ze skupianiem się na nauce czy pracy
  • różnego rodzaju lęków, na przykład związanych z nową sytuacją życiową
  • obsesyjnych myśli i zachowań
  • trudniejszego momentu, na przykład po stracie bliskiej osoby
  • ale też po prostu chęci rozwoju i pracy nad sobą

Oczywiście na terapię koniecznie warto się też wybrać z takimi problemami, jak depresja, nerwica, uzależnienia, zaburzenia odżywiania i tak dalej. To wydało mi się oczywiste, ale chciałam zaznaczyć, że to nie musi być wielki kaliber czy zdiagnozowane zaburzenie, żeby terapia zmieniła nasze życie na lepsze.

Nie ma żadnych kozetek, nigdzie nie jest też powiedziane, że musicie zalewać się łzami – choć chusteczki, owszem, zwykle stoją.

Warto też pamiętać, że terapeutę obowiązuje tajemnica zawodowa i poza sytuacjami ekstremalnymi  (zagrożenie życia) nie zdradzi nikomu żadnych danych na Wasz temat.

Terapeuta to nie psychiatra i nie wypisze Wam leków. Ale w razie potrzeby może Was do psychiatry czy innego lekarza wysłać.


Jak znaleźć dobrego terapeutę?


Tu warto rozdzielić dwie sprawy – jedna to znalezienie osoby kompetentnej, wykształconej i doświadczonej, a druga to trafienie na osobę, która dodatkowo nam jeszcze zwyczajnie, po ludzku, pasuje.

Ja chodziłam do dwóch różnych terapeutek. Pierwsza była bardzo profesjonalna i bardzo mi pomogła, ale z jakiegoś powodu trochę mnie stresowała. Moja obecna terapeutka jest takim cieplejszym typem osoby, czasem zdradzi coś o sobie (informacja typu “też mam dwa psy”). Mam poczucie, że gra w moim teamie i razem działamy, wcześniej czułam się bardziej jak w relacji nauczyciel-uczeń.

Różnym osobom pasują różne podejścia, tak jak w życiu – z jednymi osobami czujemy flow, z innymi nie. Jeśli za pierwszym razem nie trafimy, to nie ma się co przejmować, tylko szukać dalej – choć dałabym szansę terapeucie choćby przez te 2-3 sesje.

Jeśli chodzi o kompetencje, to ja postanowiłam się nie wgłębiać w ich zawiłości i po prostu wybrałam się do uczelnianego centrum psychoterapii, które ma ten dodatkowy plus, że po pierwszych dwóch spotkaniach wstępnych terapeuta jest nam po prostu dobierany w oparciu o obszar problemów, z jakimi przychodzimy.

Godzina terapii kosztuje mnie 140 zł i choć wydaje się, że to dużo, to nie wyobrażam sobie lepiej wydanych pieniędzy. Myślę, że w mniejszych miastach ta cena może być niższa, na pewno w wielu miejscach są też zniżki dla studentów. Można również wybrać się do terapeuty za darmo, w ramach NFZ, ale nie wiem jakie tu dokładnie obowiązują zasady – musicie posprawdzać.

Podsumowując, uważam że wybranie się na terapię może wzbogacić każdego. I fajnie byłoby, gdyby przestało to być tematem tabu, a zaczęłoby być traktowane jako przejaw dbania o siebie – tak samo jak wizyty na siłowni czy u lekarza. Pewnie więcej osób przestałoby się wtedy obawiać i dzięki terapii żyłoby im się po prostu lepiej – a co za tym idzie również osobom w ich otoczeniu.

Na koniec podlinkuję Wam jeszcze kilka moich ulubionych materiałów na temat psychoterapii i zdrowia psychicznego:

Aż chciałoby się napisać “dajcie znać, jakie Wy macie zaburzenia!”. Oczywiście żartuję, ale za to chętnie poznam Wasze odczucia na temat tego, jak postrzegana jest u nas terapia. Spotkaliście się kiedyś z jakimś dziwnym komentarzem na ten temat? Jestem bardzo ciekawa, jakie są Wasze doświadczenia.

89 comments

+ Napisz odpowiedź
  1. willim33

    czasem czuję, że mam może trochę czasem nie po kolei w głowie, ale staram się o tym dużo rozmawiać z najbliższymi, kontrolować to i jakoś stawiać temu czoła dla własnego spokoju i spokoju innych. na razie na terapię zwyczajnie nie mam hajsu, ale jak mnie obsypie kiedyś deszcz gotówki to na pewno sobie ją zafunduję, żeby się dowiedzieć co pod tym czerepem się dokładnie kryje :)

    1. Ula

      Czasem KAŻDY czuje, że ma nie po kolei w głowie :) Twój komentarz sugeruje, że właśnie dobrze sobie z tym wszystkim radzisz – najwyraźniej rozmowa z najbliższymi Ci pomaga. O ile jestem zdania, że każdy z nas ma coś do przepracowania jak się zacznie grzebać, to też czasem dajemy sobie wmówić, że potrzebujemy terapii – bo np. kilku znajomych na nią chodzi. Dowiedzieć się, co się kryje w Twojej głowie można na różne sposoby, terapia jest tylko jednym z nich.

  2. jr

    Asiu, fajnie, że o tym piszesz. W moim przypadku terapia była uzupełnieniem przyjmowania antydepresantów. Efekty były, ale muszę powiedzieć, że sam proces terapii nie był lekki i przyjemny. Każde spotkanie wiązało się z ogromnym wysiłkiem emocjonalnym. Wiele rzeczy, których nie jesteśmy świadomi o nas samych, nie bez powodu nasza głowa wrzuca gdzieś w zamknięte szufladki – zdanie sobie z nich sprawy jest trudne i bolesne. Kiedy rozmawiam z najbliższymi o moich doświadczeniach z terapią, zawsze podkreślam, że bywała męcząca, trudna, doprowadzała do łez i nie zawsze poprawiała humor, często wręcz przeciwnie. Mimo to nie żałuję, po zakończeniu wszystkich sesji czułam się lepiej i miałam też ogromną satysfakcję, że nie poddałam się gdzieś po drodze.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Bardzo się cieszę, że terapia Ci pomogła i że wytrwałaś – szacun! To bardzo ważne, żeby o tym mówić, że czasem jest ciężko, ale też nie zawsze musi być – to zależy od problemu, od osoby, od nurtu i tak dalej. Mnie się długo wydawało, że jestem kosmitką, bo nie jest mi smutno w jakichśtam sytuacjach, w których wydawało mi się, że oczekuje się ode mnie, że jednak będę smutna – dopóki na terapii się nie dowiedziałam, że to jest okej i że każdy ma inaczej. Ale na pewno kontakt ze swoimi emocjami i pootwieranie szufladek to nie jest łatwa sprawa, a poza tym to zwyczajnie ciężka robota! Ja wiem, że po powrocie ze spotkania z panią terapeutką już nic konkretnego nie zrobię, więc staram się tak poustawiać dzień, żeby nie mieć już później na przykład pracy czy ważnych spotkań.

    2. Joanna Glogaza Autor wpisu

      A i jeszcze – to chyba jest kolejne szkodliwe przekonanie, które pokutuje wśród wielu osób – że terapia może zastąpić leki, kiedy te leki są potrzebne. Więc tym bardziej super, że piszesz że była uzupełnieniem. Dzięki i wszystkiego dobrego <3

      1. jr

        W moim przypadku ścieżka wyglądała następująco: bardzo kiepska kondycja, wizyta u lekarza, rozpoczęcie przyjmowania leków, stabilizacja formy, a następnie włączenie terapii i w trakcie spotkań stopniowe schodzenie z leków. Lekarz powiedział mi wprost, że terapia będzie moim wyborem. Są osoby, które jej nie chcą i poprzestają na lekach. Ale tak jak mówisz, w przypadku poważniejszych zaburzeń i problemów sama terapia bez leków nie pomoże, bo po prostu nie będzie się w stanie z niej skorzystać. Gdybym zamiast po leki wybrała się na terapię, wątpię, że przyniosłaby jakiekolwiek efekty.

        1. jr

          Aha i jeszcze z technicznych kwestii: ja brałam udział w terapii grupowej na NFZ. Dostałam skierowanie od psychiatry, przeszłam testy (będę je długo wspominać, niektóre pytania były naprawdę hiciarskie), a następnie otrzymałam termin na za pół roku. Udało mi się dostać wcześniej, bo ktoś zrezygnował. Nie próbowałam nawet zapisać się na terapię indywidualną, bo czekało się na nią około dwa lata, a na prywatne wizyty po prostu nie było mnie stać. Na dodatek, w ramach mojej terapii miałam też cotygodniowe spotkanie indywidualne, więc była to jakaś zaleta.

          1. Ola

            W celu uzupełnienia “danych technicznych”: Skierowanie na terapię w ramach NFZ może wystawić nawet lekarz rodzinny. Można skorzystać tak jak pisałaś z różnych form terapii. Zwykle się czeka, ale to ile zależy od różnych czynników. Ja czekałam parę miesięcy na indywidualną, ale po prostu skontaktowałam się z terapeutką, do której chciałam iść i powiedziałam konkretnie w jakiej jestem sytuacji życiowej i ona to uwzględniła i jak tylko zwolnił się termin wzięła mnie. Kiedy znowu potrzebowałam terapii (nie chciałam zmieniać osoby) zrobiłam tak samo – skontaktowałam się z terapeutą i jako, że moja sytuacja życiowa była tym razem o wiele łatwiejsza – napisałam się w kolejkę oczekujących i cierpliwie czekałam ok pół roku.
            Kiedy pytałam o terapię dla mojej siostry, akurat jedna terapeutka wracała z wychowawczego i nie trzeba było w ogóle czekać.
            Konkluzja: owszem zwykle na NFZ jest kolejka, ale jeśli trudno czekać można próbować dowiedzieć się na Informacji Pacjenta, gdzie kolejki są najkrótsze, podzwonić po poradniach i zapytać, czy będą może uruchamiać wkrótce nowe miejsca…
            Chciałam też zaznaczyć, że osoby DDA (również z rodzin o innych uzależnieniach, jak również osoby z uzależnieniami…) mogą szukać nieodpłatnej terapii w centrach terapii uzależnień. Miejsca te oferująi terapię indywidualną i grupową, dodatkowo oferują pomoc psychiatry. Koleżanka korzystała i w pierwszym roku miała i indywidualną i grupową. Po paru latach jak uznała, że potrzebuje jeszcze miała już tylko indywidualną. W tych miejscach zwykle czeka się dużo krócej niż w innych poradniach na NFZ.

  3. Ewka

    Ciekawe że akurat dziś cała w nerwach mówiłam mężowi że idę na jakąś terapię…..:) Może to znak. Też często czuje się jakbym była z innej planety. Co prawda jestem moim zdaniem WWO i może stąd to poczucie inności?a może każdy z nas się tak czuję bo każdy jest inny i wystarczy zaakceptować swoje uczucia,jakie by one nie były.

        1. Karolina

          Dzięki, już sobie pogrzebałam w necie i chyba się zdiagnozowałam;) W każdym jest to przełomowa dla mnie informacja, a jeszcze do wczoraj nie miałam o tym pojęcia:)

    1. LillyRosery

      Hej hej! Ja też WWO i od półtora roku na terapii! Jedna z najlepszych decyzji mojego życia! To tam też dowiedziałam się o WWO, bo terapeutka poleciła mi książkę na ten temat. Uczucia tez trzeba zrozumieć, a samemu jest tu bardzo trudno zrobić ;)
      Ps: I choć oboje z mężem robimy głównie terapię indywidualną, to nasze małżeństwo tez tylko na tym korzysta :D
      Ściskam, i gorąco zachęcam ♥

  4. Agnieszka

    Ja mam za sobą trzyletnią terapię, która bardzo mi pomogło i doprowadziła w moim życiu do dużych, pozytywnych zmian. W tym roku zdecydowałam się zacząć nową terapię. Miałam bardzo konkretny problem, z którym nie mogłam sobie poradzić. Mimo że moja terapeutka była świetna i dużo mi uświadomiła, tym razem nie widziałam tak spektakularnych efektów. Mam wrażenie, że tkwię ciągle w tym samym punkcie. Nie mam za to absolutnie żadnych problemów z mówieniem o mojej terapii. Zauważyłam też, że po pierwszej konsternacji ludzie bardzo się otwierają i mówią o swoich problemach, terapiach, albo planach, żeby na terapię pójść. I absolutnie zgadzam się z tym, że nie trzeba mieć poważnych zaburzeń, żeby terapię rozpocząć. Polecam też na FB grupę Zdrowa Głowa, gdzie można poczytać o doświadczeniach osób w trakcie lub po terapii.

  5. Edyta

    Na terapię z NFZ czekałam 1 rok i 7 miesięcy i nie wykluczone że czekałabym jeszcze dłużej, ale finalnie zapisałam się prywatnie:(. Przykre że tak długo trzeba czekać bo niestety nie wszystkich stać na prawie 500 zł miesięcznie dodatkowego wydatku ( w moim mieście płacę 110 zł za sesję). Mimo wszystko jestem bardzo zadowolona i chociaż chodzenie na terapie związane jest u mnie z wieloma wyrzeczeniami (rzadziej jadam na mieście, a jogę zaczęłam ćwiczyć w domu a nie w fitness clubie) uważam że to najlepiej wydane pieniądze.

  6. Paula J

    Też tak mam jak Ty Asiu, że często po terapii już nie jestem w stanie nic zdziałać konkretnego, bo czuje się taka rozbita. Chociaż mam wrażenie, że ostatnio jest już lepiej. Chodzę na NFZ w małym mieście (do psychologa na NFZ niezbędne jest skierowanie od internisty, potem czeka się w kolejce na liście, czasem sporej). Często myślę, że niewiele się we mnie zmienia pod wpływem terapii, ale potem jak zaczynam o tym myśleć głębiej to jednak zdaje mi się, że to jednak przynosi zmianę w życiu. Taką bardziej ewolucyjną niż rewolucyjną. Dobrze, że poszłam na psychoterapię bo lepiej robić coś żeby było nam w życiu lepiej niż nic. Myślę, że obecnie dużej ilości ludzi ta terapia jest bardzo potrzebna. Życie bywa przytłaczające, a czasem sami jesteśmy w martwym punkcie. Ja się nie kryję z chodzeniem na terapię, ale też nie rozpowiadam o tym wkoło. Moja mama chyba się tym moim chodzeniem na terapię stresuje/wstydzi. Mój mąż bał się czy tacy lekarze to na pewno zachowują tajemnicę lekarską bo w małym mieście mieszkamy. Jeszcze nie wiem czy nurt psychodynamiczny, w którym pracuje moja terapeutka mi odpowiada, ale nie czuję się przy niej źle więc chodzę i opowiadam przez 50min co mnie gryzie. Kiedyś nie potrzebowałam tak terapii, bo życie towarzysko-psiapsiółkowe było częste, energetyczne. Można się było wygadać. A teraz każdy ma swoje życie, problemy (mam 32 lata). Kobiety i facety – nie ma się czego wstydzić :)

  7. Zuzanna

    Bardzo mądry tekst.
    Korzystałam z terapii w dość ciężkim emocjonalnie momencie mojego życia, wylądowałam na niej nie do końca z własnej inicjatywy ale do dzisiaj przybijam sobie mentalną piątkę, że stało się tak, a nie inaczej.
    Ja dostałam skierowanie do psychologa od mojej lekarki rodzinnej na własną prośbę. Na wizytę czekałam z trzy tygodnie w większym mieście wojewódzkim i też mniej więcej co tyle przez pół roku panią psycholog odwiedzałam.
    Terapia pozwoliła mi zauważyć toksyczność relacji w których tkwiłam, nauczyć się doceniać swoją wartość i przede wszystkim nie wstydzić się tego, że chcę być czasem samolubna i stawiać na swoim.
    Oczywiście nie od razu ale stopniowo, nawet po jej zakończeniu czułam się coraz pewniej i wydaje mi się, że gdyby nie ta pomoc dzisiaj moje życie mogłoby być dużo bardziej zagmatwane. Dlatego warto! I nie ma się czego wstydzić bo chęć bycia lepszym człowiekiem na pewno nie jest powodem do wstydu:)

  8. Ewa

    Jestem na kolejnej terapii w życiu, pierwszej, ktora naprawdę działa, także dlatego, że doszlam do kresu wytrzymałości i zaatakowałam problem, o którym wcześniej nie byłam gotowa rozmawiać. Koleżanka bardzo polecała mi metodę EMDR (dla ofiar traumy, także rozwojowej, w tym tzw. -emocjonalnie – zimnego chowu), i kiedy po raz kolejny doszłam w relacjach z rodziną do ściany, zadzwoniłam do pracującej tą metodą terapeutki przyjmującej w miarę blisko mnie, i to był strzał w dziesiątkę. Faktycznie, to nie jest jak rozmowa z koleżanką: dobry terapeuta wszystko pamięta, potrafi megałączyc fakty, które w naszej głowie są kompletnie porozdzielane (w traumie wszystko rozdzielamy na ogarniane fragmenty, żeby móc sobie poradzić ze złym doświadczeniem), i zadawać bardzo zaskakujące, czasem niekomfortowe pytania. Zyski z tego – ja, mój mąż, córka – mamy ogromne. Warto pamiętać, że terapia to nie jest ‘robienie sobie dobrze’, ale inwestycja w relacje świata z nami.

  9. Oren

    Super, że podjęłaś ten temat. Ja na terapię chodzę od lutego i jestem bardzo zadowolona z efektów. Ale! Długo myślałam, ze jestem na terapię… zbyt inteligentna! Serio! Wiem jak to brzmi, ale myślę, że sporo osób tak uważa, tylko wstydzi się przyznać. Wydaje się wtedy: co ten terapeuta niby mi powie nowego? Przecież doskonale znam samą siebie, przeczytałam mnóstwo mądrych książek, jestem bardzo autoanalityczna. Niestety, świadomość własnych problemów to nie wszystko, bo tkwimy w swoich schematach poznawczych, które nierzadko są źródłem cierpień. Dopiero rozmowa z racjonalną koleżanką, która przeszła terapię i opowiedziała mi o całym procesie, zachęciła mnie do skorzystania z pomocy. Od liceum borykam się z bardzo niską samooceną, zwłaszcza na polu wyglądu (byłam dziewczynką chwaloną za osiągnięcia w szkole i za wiedzę, nigdy za urodę). W toku terapii okazało się, że problem jest ulokowany w nieco innym miejscu – stawiam przed sobą zbyt wiele wyśrubowanych oczekiwań, na zbyt wielu polach. Po konfrontacji z prawdziwym problemem byłam bardzo rozdrażniona, zła, czułam, że ktoś zburzył moje fundamenty, gdy nowe jeszcze nie stały. Ale po pewnym czasie przyszedł przełom. Powoli uczę się być dla siebie bardziej wyrozumiała i czuję się zdecydowanie lepiej. Polecam terapię, choć niektóre sesje bywają naprawdę trudne.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Moja koleżanka mi niedawno opowiadała bardzo podobną historię, że właśnie wydawało jej się nie czego się tam nowego dowie, że jest bardzo autoanaliczna, a okazało się że jednak warto było spojrzeć z boku:)

      1. Ola

        Też tak miałam… Nawet moja terapeutka powiedziała, że jestem bardzo świadoma i swoich problemów i ich przyczyn. Teraz – po paru latach terapii – wiem, że wiedza nie wystarcza do zmiany. W moim wypadku potrzebne było poczuć i przeżyć niektóre rzeczy na nowo, żeby było miejsce na zmianę. Ja bez terapeuty, mimo całej mojej wiedzy o sobie, nie dałbym rady ani wystawić się, ani tym bardziej wytrzymać trudnych emocji.

    2. Pat

      Bardzo prawdziwe. To właśnie odnosi się do tego elementu, który opisała Asia i nawet osoba powyżej w komentarzu: chodzi o zmianę “naszych utartych schematów działania i myślenia” a nie tylko autoanalizę. Własnie wtedy, gdy wydaje nam się, że jesteśmy już pod ścianą, w takim miejscu, że mamy świadomość, ale co z tego, bo nie widać realnej zmiany? Ja w nim jestem, ale ciągle ucze się nowych strategii radzenia sobie przy okazji nowych sytuacji. Różnie bywa, czasami wygodne jest albo po prostu nieświadomie, wykorzystać znaną, czasem destrukcyjną metod radzenia sobie. Terapia odbywa się również pomiędzy spotkaniami. To mielenie tematów w głowie, testowanie innych metod jest bardzo ciężkie, zabiera dużo energii – przynajmniej u mnie jest to trudne i wycieńczające.
      Osoby, które rezygnują po pierwszym spotkaniu, albo nie podobało im się, czesto nie są gotowe na to, co usłyszały. Potrzebują czasu lub innego bodźca. Te dwa – trzy spotkania są ważne, by dać sobie samemu szansę i drugiej osobie na zaufanie w relacji na terapii. Jeśli macie prywatną opiekę medyczną to zazwyczaj trzy spotkania są w pakiecie.

      Dodam, że pamiętam swoje pierwsze spotkanie, jestem nawet w stanie przypomnieć sobie to zdrętwienie w ciele i niezrozumienie na mojej twarzy, na pytanie o towaryszące emocje, gdy ja tak ciągle o zadaniach, odpowiedzialności, projektach…
      Tak na koniec – polecam.

  10. A.

    Na NFZ też warto próbować, w różnych przychodniach są bardzo różne terminy, warto podzwonić i się dopytać. Często można się dostać np na miesiąc i potem już normalnie chodzić co tydzień. Trzeba mieć skierowanie, w części poradni od psychiatry

  11. Aga

    Ja rok temu przeszłam półroczną intensywną grupową prywatną terapię w związku z DDA. Zaczęłam najpierw od grup wsparcia, tzw mityngów. A takim sygnałem i moim pierwszym “mentorem” była właśnie w poście napisana Arlena :) Kiedy Jej słucham, Jej cudownych mądrości, czuję się jak przy najlepszej osobie która chce dla mnie jak najlepiej.
    Jakie mam efekty po tym pół roku w 6 os. grupie? Znalazłam w sobie siłę do wyprowadzki ze złego domu, wynajęłam pokój, wzięcie więc też odpowiedzialności i trochę konsekwencji za swój wybór. Choćby typu- nie wyjmę wieczorem chleba z zamrażalnika ? Nie będę mieć śniadania rano z zapominalstwa :) Nie wyobrażam sobie teraz wrócić do tego domu. Przez pierwsze 2 tygodnie tęskniłam…że nie mam przede wszystkim do kogo mordki otworzyć, ale teraz ciesze się każdą chwilą. Po terapii dalej piszę dzienniczek uczuć, dzienniczek codziennych wdzięczności. A jutro? Jutro zaczynam swoją 2 letnią przygodę również z terapią. 2 główne problemy do przerobienia mam – czyli kompulsywne jedzenie i uzależnienie od miłości. Niedokochana Aga taka i ciągle łaknąca złych relacji z mężczyznami. Te 2 cele składają się w sumie jeden – czyli polubienie siebie taką jaką się jest. Może wyjdzie, kto to wie. Jestem otwarta na wszelką pomoc. A i nigdy nie miałam problemu z mówieniem o tym jaką mam rodzinę, w szczególności tatę. Nie mam ochoty zamiatać tego pod dywan, jakby się nic nie działo. Bo dzieje się. Może nie tyle chwalę ze ide na terapię, mimo że znajomi widzą mnie jaką w zupełności normalną osobę, to nie znają tej strony kiedy siedzę sama w domu i będąc w swoim towarzystwie nienawidzę siebie i mam ochotę się pociąć.
    Wszystko da się przepracować. Trzeba ufności, cierpliwości i wiary, że nasze życie może się polepszyć. A przede wszystkim nasz sposób myślenia :)

  12. Asia

    Asiu, mnie terapia uratowała, praca nad sobą i powolne rozkładanie z terapeutka moich doświadczeń na kawałeczki i później układanie ich w sensowną całość było czasowo i emocjonalnie wyczerpujące. Przechodziłam przez etap “sorry, nie mogę Ci odpowiedzieć na to pytanie zanim nie pogadam z moją terapeutka”, aż do końca terapii, gdzie sama powiedziałam “dziękuję, teraz muszę sama”. Jestem wdzięczna losowi oraz terapeutce, ale to z siebie jestem naj bardziej dumna że dałam radę, że poszłam, że spróbowałam i że zostałam. Wedlug mnie każdy powinien mieć możliwość terapii, choćby grupowej – dla dobra nas samych i całej naszej cywilizacji! Dziękuję za ten artykuł, oby trafił do mas!!! ;P ściskam Cię mocno

  13. Martyna

    Powtórzę to, co wiele osób już tutaj napisało – cudownie, że podzieliłaś się tym doświadczeniem ze swoimi czytelnikami!
    Pierwszy raz poszłam na terapię 6 lat temu, do tej pory pamiętam jak ciężko było mi mówić, kiedy umawiałam się na pierwszą wizytę telefonicznie. Moja terapeutka była naprawdę ciepłą osobą i wydaje mi się, że pomogła mi w tamtym okresie. Niestety musiałam przerwać terapię z powodu wyjazdu zagranicę i potem nie wróciłam już do tego samego miejsca.
    Teraz mieszkam w nowym mieście i od 2 lat znowu chodzę na terapię. Kurczę, jak to czasami boli! Ta wewnętrzna walka z samą sobą jest okropna. Po niektórych sesja wychodzę tak wykończona i rozbita, że tylko pizza mi pomaga :) Mój chłopak, moja mama i niewielu moich znajomych wie, że chodzę na terapię. Jakoś jest mi tak dziwnie o tym mówić w codziennych rozmowach ze znajomymi z pracy. Kojarzy mi się to z amerykańskimi filmami i serialami, gdzie postaci ciągle rzucają: “A mój terapeuta uważa to a tamto”.
    Według mnie robię bardzo powolny postęp, ale jestem coraz bardziej świadoma swoich emocji i zachowań, skąd one wynikają. I bardzo powoli uczę się dawać feedback ludziom, których zachowanie mi się nie podoba. To jest trudne, bo jestem osobą, która ciągle płacze (z radości, smutku i stresu) i to jest dla mnie wstydliwa cecha. Jeszcze nie dorosłam do terapii grupowej, ale pewnie w końcu na nią pójdę, chociażby z ciekawości.
    Natomiast polecam terapię wszystkim! I żeby zabrzmieć jak z amerykańskiego filmu: moja teraupetka uważa, że każdy kto kiedykolwiek był w jakieś relacji międzyludzkiej (rodzina, związek itp.) powinien pójść na chociaż półroczną terapię.
    Pozdrawiam Cię, Asiu!

  14. Monika

    Bardzo się cieszę, że w mojej ulubionej blogosferze (wcześniej u Riennahery, teraz u Ciebie) jest poruszany temat terapii.
    Od kilku miesięcy sama chodzę na terapię m.in z powodu nadmiernego stresu. To co jest fajne w tej terapii to także praca z ciałem – udaje mi się wyzwolić dużo negatywnej energii, czasem coś wykrzyczeć (Z czym mam ogromny problem), okazuje się, że np. ból pleców wynika z kumulowania stresu w ciele. Staram się dzielić z bliskimi informacją o terapii, ale jest to trudne – wciąż problemy psychiczne są strefą tabu.
    Życzę wszystkim Czytelniczkom owocnych terapii! :)

  15. Natalia

    Warto pamiętać, że jeśli ktoś nas stygmatyzuje za chodzenie na terapię, to nie jest to nasz problem, tylko tej osoby.
    Zapisałam się ostatnio na terapię, dojrzewałam do tej decyzji wiele lat. Jeszcze nie byłam, ale już czuję, jakby ogromny kamień spadł mi z serca i że teraz na pewno będzie lepiej, bo nareszcie uzyskam profesjonalną pomoc.

  16. Dorotka

    Witaj,
    jak zobaczyłam temat wpisu, to pomyślałam ” o jejku, kolejna blogerka, która chwali się że chodzi na terapię. Takie to teraz modne, pewnie napisze, że trudne dzieciństwo itd”. Ale tak się cieszę, że przeczytałam wpis, bo bardziej dotarło do mnie że nie trzeba traum, by potrzebować kogoś, kto popatrzy na nas z dystansu i pomoże zrozumiec siebie i innych. I w ogóle bardzo lubię Cię czytać, nawet te starsze wpisy i się nie nudzę:DTakże nie wiem, jak Ty to robisz.
    Ja też kiedyś czułam się taka inna i nie pasująca, ale powoli, powoli się to zmienia. Czuję, że jestem inna, ale taka inna pasuję do ludzi. :D POZDRAWIAM Cię Asiu.

  17. Ula

    Fajnie przeczytać o tym u Ciebie i dzięki za podzielenie się swoim doświadczeniem, Asia. Jestem pewna, że ktoś tu na tym skorzysta!
    Mam kilka przemyśleń na temat tekstu, a szczególnie jeżeli chodzi o dwa punkty. “obniżony nastrój” – bo zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej dopisać czegoś w stylu “długotrwały” . Niby niewielka różnica, ale w dzisiejszych czasach i presji na ciągły optymizm, ludziom zaczyna wydawać się, że smutek, to coś złego, co w ogóle nie powinno występować i należy to leczyć. Osoba melancholijna po terapii nie zmieni się w patrzącą na świat przez różowe okulary, a komuś może się tak wydawać.

    Podobne wątpliwości miałam przy “trudniejszego momentu, na przykład po stracie bliskiej osoby” – żałoba, to normalne zjawisko, przez które po prostu trzeba przejść. Dla nikogo nigdy nie było to przyjemne i nie będzie, ale dzisiaj podciągamy często żałobę pod patologię i np. idziemy po antydepresanty.
    Terapia zaczyna być potrzebna, kiedy jakieś wydarzenie/zachowanie/uczucie sprawia, że cierpią przez nie inne, ważne sfery twojego życia. Sama życiowa trudność jest czymś naturalnym, przez co przechodzi każdy i powinniśmy zdawać sobie z tego sprawę.

    1. Joanna Glogaza Autor wpisu

      Jasne, ale jeśli ktoś ma poczucie, że potrzebuje wsparcia nawet w tej naturalnej żałobie, to czemu z niego nie skorzystać? Myślę, że dobry terapeuta jak najbardziej da odczuć takiej osobie, że smutek jest okej. W swoim otoczeniu jakoś nie widzę problemu z tym, że ludzie idą na terapię bo czują presję – wręcz przeciwnie, mam wrażenie że wiele osób się wstydzi albo w ogóle nie myśli o takim rozwiązaniu w sytuacjach, w których bardzo by im pomogło.

    2. Beata

      Na terapię warto iść wtedy, kiedy czujemy po prostu potrzebę. Czy czujemy długotrwały smutek, czy chwilowy – nie ma znaczenia, jeśli wewnątrz nas dzieje się coś, co wymaga pomocy. Podobnie z żałobą. Jest to oczywiście naturalna sprawa i każdy ją prędzej czy później przejdzie, ale nie każdy tak samo sobie z nią poradzi. I ma prawo sobie nie radzić, to trzeba dodać koniecznie. Mamy prawo nie umieć przeżywać smutku. W naszej kulturze tego się nie uczy, choć to przecież naturalne. Mamy prawo próbować ten smutek od siebie odganiać w związku ze społeczną presją na optymizm i różowe okulary. Zwyczajnie – mamy prawo czuć się zagubieni w emocjach. I pójść wtedy na terapię i dowiedzieć się na niej, że wszystko z nami w porządku :) przy okazji – bardzo polecam film Koterskiego “7 uczuć”, jest właśnie w kinach. Groteska, która porusza bardzo wiele bardzo ważnych kwestii, z których biorą się nasze problemy w dorosłości.

  18. Al

    Fajnie, że zaczyna się o tym mówić. Właśnie Arlena “odczarowała” ten temat u mnie. I postanowiłam się wybrać (szczególnie że na mojej uczelni takie konsultacje są darmowe). I jak mówię to ludziom, to słyszę “o jej, aż tak z Tobą źle”. A mnie to dziwi, bo przecież ostatnio dużo na temat tego, że to normalna sprawa, się mówi. Ale chyba nie wszyscy o tym jeszcze słyszeli. Więc super że o tym piszesz 💙

  19. Nn

    Ostatnio zauważyłam, że postrzeganie terapii na prawdę zaczeło się w Polsce zmieniać na lepsze. Znam bardzo dużo ludzi, którzy otwarcie o tym mówiąc spowodowali, że i ja się otworzylam i przestałam to traktować jako wstydliwy temat. Przestałam myśleć w kategoriach: ktoś to przeciwko mnie na pewno wykorzysta czy będę przez to negatywnie postrzegana.

    Chodzenie na terapię staje się powoli normą i bardzo się z tego powodu cieszę.

    Dziękuję Asiu, że poruszasz ten temat i dzielisz się z nami swoimi doświadczeniami. To na prawdę cenne.

  20. Justyna

    Ja od czterech lat mam nawracającą depresję (właśnie wychodzę z 3 epizodu), a od trzech lat z małymi przerwami chodzę do psychologa. Teraz już nie wyobrażam sobie leczyć się tylko farmakologicznie – dla mnie leki są jedynie uzupełnieniem terapii. Przy swoim pierwszym epizodzie zrobiłam ten błąd i nie poszłam do psychologa, bo po tabletkach poczułam się lepiej i myślałam, że to już tak sobie samo zostanie – a tu niespodzianka, leki odstawione, a stare schematy myślowe zostały :) dopiero po roku, nawrocie choroby i namowach psychiatry poszłam na terapię i mimo że nigdy tak naprawdę nie wyzdrowiałam w 100%, to żyje mi się o niebo lepiej. Najchętniej schowalabym swoją psycholog do torby, żeby mieć ją cały czas przy sobie :) ale wiem, że na co dzień muszę jednak radzić sobie sama. W każdym razie polecam terapię wszystkim chorym na depresję i inne zaburzenia afektywne – w większości przypadków bez psychologa ani rusz, same leki nie dadzą rady!

  21. Jola

    Chodzę na terapię prawie rok i chociaż dużo mi dała to jednak czuję, że wciąż to za mało, pewnie dlatego, że ciagle słyszę od mojego terapeuty – niedługo zwolni mi się dla Pani miejsce na cotygodniowe spotkania, teraz musimy tak z doskoku. I to chyba mnie jeszcze bardziej stresuje i postanowiłam ostatnio, że trudno, zacznę od początku i powiem komuś innemu o tym co mnie gryzie – komuś, kto zwyczajnie znajdzie czas, żeby się mną zająć. To mega ważne, bo terapia raz w miesiącu w moim przypadku nie ma sensu.

  22. Anika

    A ja wlasnie jadę na terapię. Zaczęłam na nią chodzić, bo od ponad dwoch lat staramy się z mężem o dziecko, w ciążę nie zachodze, a przyczyny w sumie jak na razie brak. W tym czasie moje koleżanki pozachodzily w ciążę lub wpadły, a ja zaczęłam nienawidzić całego świata i unikać kontaktow towarzyskich. Na terapii wychodzą różne rzeczy po kolei, które być może tworzą blokadę w mojej głowie. Cieszę sie kiedy terapeutka mówi, że moje emocje sa normalne, bo niestety niepłodność wciąż jest tematem tabu i czujemy sie wyobcowani i gorsi. Za każdym jednak razem kiedy tam ide mam moment, że chce zawrócić, trochę się wstydzę, ale mam nadzieję, że to minie. Za godzinę płacę120 zl, niby dużo, ale kiedy wydaje sie tysiace na kliniki leczenia niepłodności, to jest to kropla w morzu i myślę, że najlepiej wydana. Fajnie, że piszesz o terapii!

  23. Lena

    Pierwsza terapia głównie ze względu na pogłębiającą się fobię społeczną, ale miałam do objadania kilka traum z wczesnej młodości. Obecna – depresja i w końcu po prawie 26 latach życia zdiagnozowane zaburzenia ze spektrum autyzmu. Ale przede wszystkim te rozmowy pozwalają mi poukładać rzeczy w głowie, spojrzeć na siebie oczami kogoś z zewnątrz i zawalczyć o siebie – jestem raczej typem poświęcającym się dla innych.
    Ja akurat mówię wprost i często o terapii, psychiatrze, lekach. Mam odwagę i akceptujących znajomych, a trzeba te aspekty odczarować

  24. Szyciownik

    Cześć,
    Mieszkam w miejscu, że najbliższy psychoterapeuta to jakieś 50km. Ale to nic, bo mam wrażenie, że szczera rozmowa z moim mężem działa lepiej, niż tygodnie spędzone u psychoterapeuty. No i do męża można się przytulić gdy ma się gorszy dzień ;)
    Pozdrawiam,
    Kasia

  25. Anna

    Moja siostra parę lat temu chodziła na terapię, która w odczuciu rodziny, bardzo jej pomogła. W momencie, gdy ja miałam sesję i 2 kierunki, ona budziła mnie co noc z płaczem,czy może ze mną spać bo sama się boi (była dorosła). Zmusiłam rodziców, żeby zabrali ją do psychologa, bo oprócz stanów lękowych w nocy, jej waga spadła do 39kg. Zabrali ją i się nie udało. Terapeutka spowodowała u niej tylko większy mur obronny. Na szczęście, pracowałam z dziewczyną, która była po terapii na NFZ, poleciła mi konkretny punkt. Zabrałam tam siostrę, dostała termin na za tydzień na rozmowę z psychiatrą. Mówiła, że po rozmowie z nią zaproponował jej farmakologię, ale ona nie chciała, dostała więc skierowaniena terapię w tym punkcie i po miesiącu rozpoczęła terapię. Chodziła tam pół roku i było czuć różnicę, a terapeutka znacznie bardziej jej podpasowała. Można więc trafić też super na NFZ w relatywnie krótkim czasie jak na opiekę państwową :)

  26. Kinga

    W zeszłym miesiącu skończyłam 2 letnią terapię dla współuzależnionych…chociaż na początku byłam wściekła, że muszę tam chodzić przez partnera alkoholika, to teraz jestem wdzięczna wszystkiemu co się wydarzyło, że mogłam tam trafić. Problem partnera okazał się czubkiem moich problemów emocjonalnych istniejących od dzieciństwa.Mogę śmiało napisać, że zmieniłam swoje życie, przekonania itp i jestem lepszą matką dla moich córek. Zachęcam każdą osobę, która czuje się nieswojo w swoim życiu. Jeśli jest problem z alkoholem ( współuzależnienie, DDA) tym bardziej można korzystać z terapii za darmo ( na NFZ).

  27. Beata

    Chodziłam na terapię dwa lata w związku z ciężką depresją. Przez cztery brałam antydepresanty. Kosztowało mnie to bardzo dużo, ale to najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu. Natomiast dopiero po około roku zaczęłam mówić o terapii otwarcie. Dwa powody:
    1. Gdy zaczęłam terapię, wylądowałam na długim L4 w związku z depresją, mój pracodawca zupełnie tego nie rozumiał. Sfinansował mi jednak pierwsze trzy miesiące terapii (w ramach premii, hehe). Gdy wróciłam do pracy, oczekiwał, że po 3 miesiącach będę zupełnie nowym człowiekiem, który weźmie na siebie cały stres, obowiązki i zacznie pracować ze zdwojoną siłą. Tak się nie stało. On oczekiwał cudów, a ja po tak krótkim czasie nie stanęłam w ogóle na nogi i nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego. Dał mi nawet w prezencie kilka książek motywacyjnych. Zdaniem mojego szefa terapia nie działała. Zostałam zwolniona kilka miesięcy później. Hashtag najgorszy szef ;) O dziwo – dało mi to wtedy dużo siły, w trzy dni znalazłam nową pracę, zdalnie, odpoczęłam nieco przez kolejne miesiące. Ale o terapii otwarcie powiedziałam w nowym miejscu pracy, bo nie byłam jedyną osobą, która na terapię chodziła – czułam się bezpiecznie wiedząc, że nie jestem z tym sama. Gdy nauczyłam się mówić wprost, zrobiło mi się dużo łatwiej i nawet w niezobowiązujących small talkach dorzucałam “a mój terapeuta mówił, że”. Czasem ludzi to dziwiło, ale szybko się oswajali, inni uznawali to za żart, jeszcze inni dzielili się swoim doświadczeniem – to było naprawdę ciekawe!
    2. Dopiero po roku sama przed sobą przestałam się terapii wstydzić. Bo na samym początku był to dla mnie duży wstyd i sama siebie stygmatyzowałam z tego powodu. Zupełnie niepotrzebnie, dziś to widzę, ale wtedy naprawdę czułam się źle. Przerabiałam to też na terapii właśnie.

    Przed ślubem chodziłam z obecnym mężem na terapię dla par. Bardzo nam to pomogło lepiej zrozumieć siebie i lepiej się komunikować. Nie szliśmy tam z konkretnym problemem, poszliśmy na terapię bo oboje czuliśmy, że komunikacja między nami szwankuje. Nie wiedzieliśmy oboje, jakich słów używać, gdy chcemy coś sobie przekazać. Kilka sesji wyjaśniło nam bardzo, jak się o siebie troszczymy, tylko nie umiemy tego drugiej osobie przekazać. To było bardzo cenne doświadczenie. Polecam, bo sama terapeutka stwierdziła, że warto odwiedzić gabinet nie w momencie rozstania, tylko gdy buduje się związek – by lepiej zrozumieć siebie i swoje wzajemne potrzeby. Na terapię par zwykle trafiają związki, dla których terapeuta jest ostatnią deską ratunku. Może gdyby trafiali do gabinetów wcześniej, wiele związków by się nie rozpadało.

  28. Psycholog

    Ja chciałabym tutaj podkreślić jedną rzecz, mianowicie – psycholog i psychoterapeuta to dwie różne sprawy. Psycholog może postawić nam diagnozę, zadbać o psychoedukację, ale nie przeprowadzi procesu terapii. Od tego jest psychoterapeuta. Sytuacja idealna jest wtedy, kiedy psychoterapeuta jest też z wykształcenia psychologiem.

  29. basia/tumnieboli.eu

    Mam wrażenie, że chodzenie na terapię już jest coraz mniej wstydliwe i nawet robi się trochę modne. To jest akurat fajna moda i bardziej świadome społeczeństwo to lepiej dla wszystkich :) ja chodziłam ponad rok na terapię w nurcie psychodynamicznym i teraz mam przerwę ze względu na niemowlaka (chodziłam do końca ciąży), czekam aż się zrobi trochę bardziej niezależny żeby wrócić do mojej pani terapeutki. Ja bardzo dobrze trafiłam, szukałam po certyfikowanych psychoterapeutach i akurat w mojej okolicy była tylko ona ;) dużo mi dało to przegadanie różnych aspektów życia, ale jeszcze jest trochę sznurków do pociągnięcia. W ogóle sama się bardzo interesuję tym tematem (szkolę się na lekarza psychiatrę, pracowałam ponad rok na oddziale terapeutycznym) i zastanawiałam się na ile sama mogę coś rozkminić a na ile potrzebuję drugiej osoby. Okazuje się jednak, że potrzebuję tego spojrzenia z boku :)

  30. Agnieszka

    Jeśli chodzi o terapię na NFZ, to potrzebne jest skierowanie, np. od psychiatry. Na terapię indywidualną w polecanym mi ośrodku (Gliwice) czeka się obecnie dobre 2 lata, ale terapie grupowe odbywają się na bieżąco. Są to przeważnie programy typu 3 miesiące codziennych trzygodzinnych spotkań, więc bardzo intensywne.

  31. Monika

    Dlaczego wstydzimy się mówić o tym, że idziemy na terapie? Ponieważ często idziemy tam, gdyż ten problem, który musimy rozwiązać jest wstydliwy- wstydzimy się go. Tak jest w moim przypadku. Choć kilka najbliższych osób wie, że się tam wybieram, ale nie zna szczegółów moich problemów, bo nie chce się nimi dzielić.Może i to niejest dojrzałe podejście.
    Ja niestety chciałabym iść na terapie i to jak najszybciej, więc NFZ całkowicie odpada a prywatnie mnie nie stać. Ale również boję się stanąć twarzą w twarz ze swimi problemami, boję się rozdrapać rany. Wiem, że mogę być po takim spotkaniu ogromnie rozbita. Boję się, a jednocześnie bardzo chcę, bo wiem, że to jedyna droga, rozwoju emocjonalnego, żeby ruszyć z mijsca i otworzyć się na ludzi.
    Asia, trzymaj proszę za mnie kciuki. Pozdrawiam serdecznie.

  32. Magda

    Hej Asia, Cieszę się, że o tym piszesz :) To takie… nie wiem jak to określić, dające poczucie ulgi, kiedy wie się, że blogerki, które wydają się niepokonane i spełnione, też mają problemy i chodzą na terapię :D
    Od lat wybieram się na terapię myśląc ‘jak tylko się trochę wzbogacę’, niestety ten moment nie nadchodzi ;)
    Cena, 140 zł, którą podałaś wydaje mi się w porządku. Kilka razy wybrałam się do terapeutki (dwóch różnych) i cena wynosiła 200 i 300 zł za godzinę! A 140 można jeszcze jakoś przełknąć.
    Dziękuję, bo dzięki Twojemu wpisowi ponowię próbę wybranie się na terapię (tym razem dłużej niż trzy sesje). Naprawdę jestem już koszmarnie zmęczona swoim przewrażliwieniem i maglowaniem każdego zdarzenia po 1000 razy, do tego dochodzi niska pewność siebie i rano często budzę się z myślą ‘nieeeeee, kolejny gowniany dzień! byle do wieczora’ :/
    Pozdrawiam!

  33. minimalplan

    Bardzo ważny i potrzebny wpis! Sama jestem osobą, która lubi dawać sobie sama radę ze wszystkim. Tak mi się przynajmniej wydawało. Zdecydowałam się odwiedzić terapeutkę dopiero wówczas, kiedy miałam poważny kryzys w ówczesnej pracy i objawy wypalenia zawodowego. Kiedy zaczęłam przenosić związany z tym stres na otoczenie, uznałam, że sama już sobie nie pomogę i trzeba poszukać profesjonalnej pomocy na zewnątrz. Trafiłam (z polecenia kolegi) do starszej i doświadczonej psychoterapeutki, która była również psychiatrą i pomogła w podobnej sytuacji wielu innym osobom. Już po pierwszej wizycie czułam, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie dla siebie robię. Wystarczyła półtoragodzinna rozmowa, podczas której terapeutka głównie słuchała i zadawała celne pytania, żeby spojrzeć na całą sprawę z boku i zastanowić się: “hm, gdyby moja koleżanka opowiadała mi o tak toksycznych sytuacjach, czy chciałabym znaleźć się na jej miejscu w tej pracy? a przecież to moje życie i to ja wybieram”. Terapeutka doradziła mi krótką przerwę. Dostałam zwolnienie, podczas którego przemyślałam sobie sporo spraw. Nie będę opowiadać wszystkiego szczegółowo, ale tamta decyzja zaowocowała mnóstwem pozytywnych zmian związanych z pracą – między innymi zajęłam się przede wszystkim tym, co zawsze najbardziej chciałam robić, a po paru latach w ogóle moje życie zawodowe obróciło się całkowicie w wymarzonym kierunku. Polecam każdemu, nie ma co zgrywać twardziela/twardzielki, tylko dać sobie pomóc.

  34. Anna

    Po trzech latach od zakończenia trzyletniej terapii w nurcie gestalt uwazam ze pojscue na nia to byla najlepsza decyzja w moim zyciu. Kolejno wyladiwali na niej tez moj maz i dwaj bracia. Kazdy mniej lub bardziej w celu pracy nad soba. Wspaniale ze o tym napisalas!

  35. Panienka z okienka

    Ja także mam za sobą terapię u kilku terapeutów. Przede wszystkim z powodu uzależnienia od alkoholu swojego męża, które rozlało się na wiele innych stref życia: brak zaufania, nadmierna kontrola, obniżenie samooceny, problemy z pracą i organizacją dnia. Pierwsza terapie była z NFZ, chodziliśmy razem, jednak terapeuta nie dostrzegł sedna problemu i na sesjach coraz bardziej zaczęliśmy zbaczać z tematu, a problem pozostał. Następnie udaliśmy się prywatnie do specjalistki nie tylko od uzależnień, ale i od terapii par. Mieliśmy jednak wrażenie, że prowadząca zamiast nam pomóc, z mroźnym wzrokiem i zaciętą miną sugerowała rozwód. Po kilku sesjach przerwaliśmy terapię, bo wychodziliśmy z niej jeszcze bardziej naładowani złymi emocjami. Życie codzienne się nie zmieniało – nadal nie potrafiliśmy sobie poradzić z nawarstwiającymi się problemami, chociaż na zewnątrz uchodziliśmy za zgrany i szczęśliwy duet, z wykształceniem i domem z ogródkiem. Na skraju wyczerpania nerwowego i z poczuciem niemocy umówiłam się na kolejna prywatną terapię. Terapeutka niewiele starsza ode mnie, życzliwa, potrafiąca słuchać, stawiająca mądre pytania, zadania, nie osądzająca. Męża bezwzględnie wysłała do ośrodka zamkniętego na leczenie – udał się tam kilka dni później, wrócił -dzisiaj mogę powiedzieć- odmieniony, minął już prawie rok bez alkoholu i widać radykalną zmianę w jego podejściu do uzależnienia. Ja natomiast kontynuowałam terapię. Przestałam nadmiernie kontrolować męża, popuszczam czasem lejce swojemu destrukcyjnemu perfekcjonizmowi, nauczyłam się odpoczywać i „wyłączać”. Przy okazji przepracowywałyśmy też inne problemy, jak brak upragnionej ciąży, podczas gdy w otoczeniu lawinowo rodziły się kolejne dzieci; wieczne niezadowolenie z siebie i swoich osiągnięć, ciągłe porównywanie się z innymi (oczywiście na własną niekorzyść), zbyt duży wpływ rodziców, próba dopasowania się do utartych schematów społecznych i jeszcze kilka innych. Dzisiaj już nie uczęszczam na terapię, ale uzyskałam względny spokój ducha i narzędzia do walki z cechami czy zachowaniami, których w sobie czy otoczeniu nie akceptuję. Nauczyłam się rozpoznawać swoje emocje, znaleźć ich przyczynę i możliwe rozwiązanie. Umiem sobie powiedzieć „jestem wystarczająco dobra” czy zaakceptować, że nie na wszystko mam wpływ. Staram się też stale rozwijać, obserwować siebie, czasem chcieć mniej. Przydatna bywa literatura, ostatnio np. „Psychologia relacji” Mateusza Grzesiaka czy „Żyj wystarczająco dobrze” A.Jucewicz i G.Sroczyńskiego. Asiu, dobrze, że poruszasz tak ważny temat z tak zdrowym podejściem, nie trzeba być od razu wariatem, żeby czasem potrzebować psychologicznego wsparcia kogoś kompetentnego, który pomoże nam poukładać pewne sprawy i ukierunkować myśli na konstruktywne. Trzeba o tym mówić, nie wstydzić się, być przykładem dobrych efektów!

  36. J.

    Właściwie przez całe życie czuje, że coś jest ze mną nie tak, że sama nie dam sobie rady, ale jeszcze nigdy nie odwazylam się na ten odważny krok i nie poszłam na terapię. Chyba najbardziej przeszkadza mi to, że nie radzę sobie z emocjami i mam zniżone poczucie własnej wartości, co sprawia, że wszystko biorę na poważnie i analizuję godzinami, zakładając, że ktoś na pewno miał źle intencje. Każde potknięcie traktuję jak życiową porażkę i zadreczam się wyrzutami sumienia. Nie umiem otworzyć się przed ludźmi i chyba nie ma osoby, która znałaby mnie w 100%.

    1. Weronika

      Na co czekasz? Nie męcz się! Pomoc jest na wyciągnięcie ręki. Przecież jesteś świadoma problemu. Na psychoterapię ino migiem! :)

    2. Pat

      Ja również zachęcam. Rozumiem tez, że nie jest łatwo zrobić pierwszy krok, a potem kolejny kolejny, ale właśnie wtedy szybko orientujemy się, że duża praca za nami i my lepiej się czujemy z tym jacy jesteśmy albo odkrywamy, że ten głos wewnętrz nas to nie my, tylko echo tego co słyszeliśmy do tej pory np. od rodzica. Warto dla siebie to zrobić.

  37. Ola

    Chodzę na terapię, bo… jestem terapeutą :-) Terapeuci maja obowiązek odbycia terapii własnej (warto o to pytać specjalistów, których wybieramy), ale też ogromny przywilej i przyjemność (i masaż mózgu!). Twój post przeczytałam z wielką przyjemnością.

    Z własnego poletka chciałabym dodać:
    – na terapię na NFZ czeka się ok. roku lub dwóch lat (zależnie od miasta), spotkania mogą być umawiane np. 2 razy w miesiącu (zamiast 4). Większość potrzebujących wsparcia osób w tym kraju nie otrzymuje stosownej pomocy, gdyż nie ma dla nich miejsc na terapię. Za godzinną sesję terapii NFZ płaci terapeucie od 20-30 zł (z tych pieniędzy należy jeszcze samodzielnie opłacić cotygodniową superwizję (ok. 150 zł). Prosta kalkulacja pokazuje, że służba zdrowia wyzyskuje terapeutów, którzy po zdobyciu doświadczenia w tych placówkach odchodzą do gabinetów prywatnych (by godnie zarabiać);
    – psycholog nie ma uprawnień do prowadzenia psychoterapii (może wesprzeć w kryzysie, psychoedukować, kontenerować emocje), psychoterapia to dodatkowe uprawnienia (i koszty +40 000 zł z własnej kieszeni). Idąc do poradni na NFZ ze skierowaniem na psychoterapię należy się upewnić, że spotkamy się z psychoterapeutą, a nie z psychologiem bez szkolenia psychoterapeutycznego (a różnie to bywa);
    – wielość nurtów psychoterapii sprawia, że pacjent może znaleźć odpowiedni dla siebie rodzaj pomocy.
    – byłabym ostrożna kierując się ogromem pozytywnych opinii na Znanym Lekarzu; na tym portalu dzieją się dość dziwne rzeczy. Dobrym sposobem na znalezienie kompetentnego terapeuty jest np. zapytanie osób w swoim otoczeniu, czy z kimś pracowali i mogliby kogoś polecić (ale trzeba uważać na polecanie konkretnego terapeuty swoim przyjaciołom/rodzinie – terapeuci starają się nie pracować z takim najbliższym otoczeniem pacjenta, by zachować bezstronność)

  38. Dominika

    Przy spotkaniu w gronie znajomych powiedziałam kiedyś na głos, że byłam kilka razy u psychologa i reakcją grupy było: “Cooo?! Chodzisz do psychologa?!” Bardzo zdziwiła mnie ta reakcja, bo wydawało mi sie to normalne – ale nie dla wszystkich, zwłaszcza mężczyzn.
    A psycholog – mnie się spodobało! Zaczęło się od tematu mojej zazdrości względem partnera a skończyło na trudnych relacjach z tatą (w okresie dojrzewania). Chętnie wybiorę się znowu! Cały czas jest nad czym pracować ;-)

  39. Aga

    Dobrze, że poruszyłaś ten temat. Sama od pewnego czasu zastanawiam się nad jej rozpoczęciem, szukam psychoterapeuty dla siebie. Niestety mam ten problem, że mieszkam w Warszawie, a ceny tutaj są naprawdę wysokie. Jakkolwiek bym chciała, naprawdę mnie nie stać na wydatek powyżej 100 zł tygodniowo, nie mówiąc już o spotkaniach z terapeutą na przykład dwa razy w tygodniu. Mimo wszystko wierzę, że uda się mi się coś znaleźć, bo czuję, że naprawdę tego potrzebuję ;)

  40. Justyna

    Skoro czujemy, że z pewnymi sprawami nie jesteśmy w stanie poradzić sobie sami i skoro wiemy, że za rozumieniem może podążyć zmiana (i to zmiana na lepsze) to czemu nie skorzystać z pomocy specjalisty? Rzecz chyba w tym, że psychoterapię wielu traktuje jako płatną przyjaźń (+ coś, co jest zarezerwowane dla konkretnych zaburzeń), a samego zaś terapeutę jako kogoś z kamienna twarzą, kto jak katarynka powtarza pytanie: “Jak pani to rozumie?, “Jakie to wywołuje w Pani uczucia?”.

    Jakiś czas temu w wywiadzie z psychoterapeutą (totalna czołówka, wiedza z przedrostkiem “wszech-“) starałyśmy się przyjrzeć psychoterapii, obalić mity na jej temat i odpowiedzieć na pytania, które narodzić się mogą osobom, które są w terapii, albo które dopiero to rozważają. Nieskromnie polecam: https://przewrocona.wordpress.com/2018/08/14/to-ta-wiez-jest-tym-co-przede-wszystkim-leczy-dr-n-med-katarzyna-cyranka-o-psychoterapii-wywiad/ . :)

  41. Sara

    Tez bym chętnie pochodziła na terapię. Było by o czym pogadać, ale właśnie…ja nie lubię mówić i się zbytnio rozwodzić, analizować, dlatego w moim przypadku terapia odpada. Natomiast moja przyjaciółka, która jest mega gaduła bardzo sobie terapię chwali.

  42. Kociara

    Ja również chodzę na psychoterapię, na psychodynamiczną, chodzę od 2 lat i jestem bardzo zadowolona. Widzę zmiany w tym jak spostrzegam, odczuwam i tworzę relacje z ludźmi. Nadal mam obszary, w których robię ciągle to samo, problemy są głębsze, ale pracuję nad nimi. Myślę, że po terapii będę tą samą osobą, tylko uczucia, które teraz w różnych sytuacjach mnie rozwalają będą się nadal pojawiać, ale jakby w słabszym nasileniu, będą do ogarnięcia, nie rozwalą. I już się tak nie boję, gdy czuję jakieś nieprzyjemne uczucie, które wcześniej próbowałam odepchnąć, teraz częściej przyglądam się temu, pozwalam sobie to przeżyć. Różne rzeczy mniej mnie teraz złoszczą albo mniej boję się swojej złości 😊 Wiele przemyśleń co do mnie zaczyna mi się porządkować w całość, nie ma już samych sprzeczności. W każdym razie polecam, jeśli ktoś czuje taką potrzebę, to warto iść chociaż na konsultację 😊

  43. Anja

    Kiedyś czułam dyskomfort w związku z mówieniem o terapii. Znajomi przyjmowali to ze spokojem ale rodzina kręciła nosem, że terapeutka miesza mi w głowie i że postępów nie ma a powinnam być po terapii milsza!
    Od lat zajmuję się sprawami związanymi z rozwojem i nikogo w moim środowisku nie dziwi, że można korzystać z takiej lub innej formy wsparcia. Gdyby ktoś źle zareagował na to wzruszyłabym ramionami.
    Terapię mam dawno za sobą ale myślę od pewnego czasu o tym, żeby znowu z niej skorzystać, właśnie po to żeby usystematyzować różne rzeczy w głowie i emocjach i przyjrzeć się schematom. Tylko teraz zamiast klasycznej terapii opartej na psychoanalizie wybrałabym bardziej holistyczną.
    Fajnie, że poruszyłaś ten temat.

  44. Martyna

    Dzięki za ten tekst, Zgadzam się z tym co piszesz i uważam, ze poleganie tylko na lekach bez rozmawiania o swoich problemach to jak zamiatanie problemu pod dywan i tłumienie emocji. Rozwiązanie dobre na krótko. Warto wybrać się na terapię przynajmniej po to, żeby dowiedzieć się skąd się nam bierze ten mętlik w głowie i dlaczego czujemy się tak jak się czujemy.

  45. Daria

    Świetnie, że dobrze sobie radzisz. Nie rozumiem że taka terapia to cały czas temat tabu, co jest w tym dziwnego? Ja też byłam i dużo mi to dało naprawdę, podejrzewam że bez pomocy specjalisty byłoby ciężko.

  46. Daniel

    U nas to samo jest, też wszyscy myślą że do psychiatry i psychologa chodzą tylko ludzie z wielkimi problemami i nie radzący sobie z rzeczywistością. Powiem szczerze że to irytujące ja nigdy nie byłem na takiej terapii i pewnie większość tych ludzi też a gadają cały czas.

  47. Edyta

    Wiele osób potrzebuje takiej rozmowy, ale boi się pójść do terapeuty, właśnie dlatego, że to tak wstydliwe. Terapeuta kojarzy się od razy z psychologiem, psychiatrą, a przecież wiadomo, że do psychologa to chodzą tylko szajbusy. Dobrze, że coraz mniej osób tak myśli! Jakoś chirurga czy stomatologa się nie wstydzimy, a terapeuty owszem. Niestety nieraz najbardziej boli to, czego nie widać.

  48. Unavailable

    Dopóki nie zaczęłam korzystać z konsultacji u psychologa – myślałam o nich jako czymś wstydliwym, że chodzą tam osoby z problemami, które przecież można samemu rozwiązać zmieniając swoje myślenie. Na wizyty namówił mnie mój chłopak któremu jestem dziś wdzięczna! Dzięki wizytom czuję się „lepszym” człowiekiem, chodzę spokojniejsza, nie mam potrzeby zwierzania się koleżance ze swoich problemów. Dziś nie mam poczucia wstydu że korzystam z takich konsultacji, i tak jak piszesz – to najlepiej zainwestowane pieniądze w siebie!

  49. malwina4

    Zwlekałam z wizytą i u psychiatry i u psychoterapeuty 8 lat… Poszłam w momencie, kiedy moja nerwica i depresja dawały wyraźne znaki w organizmie. Wtedy myślałam, że sięganie po pomoc to oznaka słabości. Dziś wiem, że to był najbardziej odważny krok w moim życiu.
    Dwa lata temu skończyłam leczenie i terapię. Nie ukrywam, czasami myślę, czy nie wrócić do terapeuty (mam problem z obsesyjnym myśleniem o swoim stanie zdrowia), ale staram się słuchać siebie i stosować się do zaleceń, które pamiętam z terapii.
    Dziś wiem, że psychiatra czy psycholog to taki sam lekarz jak dentysta, internista, neurolog. Nie ma w tym nic dziwnego, że człowiek ląduje u psychiatry, wręcz cieszę się, że coraz więcej ludzi nie zostaje ze swoimi problemami samemu, ale szuka pomocy u specjalisty.

    1. Alicja

      Czesc, mieszkam w Niemczech. Jestem kobieta dojrzala, a depresje mialam juz jako mlodziutka kobieta. W Polsce w latach 90-tych nikt nie wiedzial co mi jest bo mialam czasami omdlenia, bole zoladka, brak apetytu, problemy ze snem, po pewnym czasie mijalo samo. Kilka lat temu w Niemczech z powodow licznych stresow: choroba, smierc bliskiej osoby. Najpierw przestalam spac, kolowrotek mysli 24h/dobe, brak apetytu; nawet wody nie moglam pic. Brak snu przez 7 dni i trafilam do kliniki neurologicznej. W Niemczech wyglada to jak sanatorium. Pobyt minimum 4 tygodnie do 8 placi ubezpieczalnia. I wtedy dowiedzialam sie, ze mam depresje biologiczna. Moze byc spowodowana genami. Kiedy organizm ma stres to tak reaguje. Leki bralam 4 lata, terapia 1 rok. Po pieciu latach mialam nawrot i znowu sanatorium 4 tygodnie, znowu terapia. Teraz terapia jest skierowana na to abym zaakceptowala moja chorobe. Nauczyla sie z nia zyc. Osoby z depresja – (depresja ma 1000 twarzy), powinny miec w miare stabilne zycie, codzienne rutyny. Uzbroic sie w pancerz, bo sa to ososby najczesciej wrazliwe i biora wszystko do siebie. Bardzo duzo osob ma depresje ale nie zdaje sobie z tego sprawy. Ja mojej nie leczylam 20 lat. Rozmowy z psychologiem, psychiatra jest super, bo mozesz wszystko powiedziec. Rodzina, maz, przyjaciolka nigdy nie zastapi psychologa. Teraz juz wiem, ze wole pare razy pojsc na rozmowe i wygadac sie i byc zdrowa. Niestety duzo osob nie rozumie tego tematu, ale po prostu nie przejmuj sie tym i nie musisz ludziom o tym mowic. Tak naprawde rozumia to tylko ludzie, ktorzy przez to przeszli i ci ktorzy chca to zrozumiec. Jesli masz jakiekolwiek dolegliwosci dluzej niz 2 tygodnie idz do lekarza. Trzymaj sie!

  50. Nina Wum

    Choruję na depresję zasadniczo od zawsze, ale zdiagnozowano mi ją porządnie dopiero po dwudziestce. Kolejne psychiatrki wypisywały leki i przypominały zrzędliwym głosem, że terapia też by się przydała. Przez lata nie było mnie na nią stać (NFZ miał mi do zaoferowania tylko taką grupową dla DDA, od której szybko się odbiłam) a poza tym miałam ogromne opory. Jestem w terapii od roku i mogę z całą świadomością powiedzieć, że to była najlepsza decyzja w całym moim życiu. Rekomenduję ją ludziom, których znam i wszyscy odpowiadają podobnie: “ale ja jestem za skomplikowana/y na terapię”, “co mi to da, czego rozmowa z kumplem mi nie da?” No więc NIKT nie jest “za skomplikowany” na tę formę pomocy, będącą czymś absolutnie nieporównywalnym z pogadanką z choćby najlepszym kumplem. Moja jakość życia i odczuwania wzrosła zauważalnie. :D

  51. Ola

    Świetnie, że o tym piszesz! 1,5 miesiąca temu zaczęłam terapię. Przez kilka lat zmagałam się z depresją. Raz było lepiej, raz gorzej, a w pewnym momencie krytycznie. Leki pomagały, ale po pewnym czasie zorientowałam się, że nie usuną przyczyn moich problemów. Moja lekarz psychiatra pomogła mi w podjęciu decyzji – jest bardzo taktowna, empatyczna i czuję, że mogę Jej zaufać. Poleciła mi kilku psychoterapeutów. I tak w końcu trafiłam na terapię. Widzę już duży postęp – zniknęło np. wiele objawów psychosomatycznych. Czuję się zdecydowanie lepiej. Rozumiem lepiej samą siebie. I wiem, że jestem na dobrej drodze. :) Życzę każdemu, żeby uporał się ze swoimi problemami i miał odwagę, by rozpocząć terapię.
    Dla tych, co są ciekawi szczegółów: chodzę prywatnie, w Krakowie na NFZ były duże kolejki, a ja już nie chciałam czekać i zmagać się z NFZ (kolejki, zapisy, czekanie – jestem na to zbyt niecierpliwa).

  52. Kirjokerttu

    Najdziwniejsze stwierdzenia odnośnie terapii, z jakimi miałam okazję się zetknąć, to, że 1. terapia i terapeuta uzależnia (ale wypowiedziane przez osobę z pokolenia, dla którego terapia, psychologia, psycholog, psychika, psychiczny to były słowa jak od pomiotu szamańskiego) i 2. usłyszane, skierowane do mnie: “gorzej ci po terapii”. 2. było dla mnie dziwne dlatego, że nie zdawałam sobie sprawy, że tak jest. Ogólnie mam obecnie bardzo podobny problem do tego, który został opisany przez Ciebie – o nie-mówieniu i kumulowaniu w sobie aż do granicy napięcia. Moja terapia polegała i polega na takim otwieraniu szufladek, które zamknęłam jako dziecko albo już młody dorosły. Tak naprawdę trudno powiedzieć, co tam się znajduje, co się zrodziło przez trzymanie pod kluczem przez lata i co stanie się po jej otwarciu, nawet w warunkach kontrolowanych. I często po otwarciu ich rzeczywiście następuje niezła walka z zawartością, po której rozdrażnienie, ból utrzymują się długo (ale jednocześnie, paradoksalnie uczucie satysfakcji i złagodzenia!).
    Spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że dobra terapia to taka, po której wychodzi się przemasakrowanym, chociaż sama się z nią nie zgadzam. Mimo że wyciąganie trudnych rzeczy z przeszłości, dowiadywanie się prawdy o sobie i bliskich bywa bardzo trudne.
    Ogólnie w jednej połowie mojego domu obowiązywała definicja terapii jako miejsca i czasu dla świrów i ludzi gorszych. Cieszę się, że sama poznałam, czym naprawdę jest istota terapii, oswoiłam się z nią i wręcz udomowiłam ;). A teraz nie mam najmniejszego problemu, by o niej opowiadać.
    Chociaż niektórzy ludzie czują się pokrzywdzeni, gdy wspominam o niej i to bez sugerowania i dawania jakichkolwiek rad (tego też się nauczyłam na drodze samorozwoju :P). Mówią mi, że kiedy mówię im o swoim doświadczeniu, kiedy przeżywają jakiś kryzys, mają wrażenie, że chcę zasugerować, że jest z nimi coś nie tak, no bo to “terapia”. Przykro mi, ponieważ jeśli już dzielę się doświadczeniem, to aby pokazać komuś, że ma wybór, że jest taka droga, że ją przechodzę (dalej mówiąc o sobie, nie o kimś) i nie wygląda to tak, jak utarło się mówić.
    Jestem tu z newslettera i przeogromnie się cieszę. Chciałabym podzielić się tym tekstem z chłopakiem, bo myślę, że świetnie opisuje najważniejsze rzeczy (a to w końcu nie będzie “tylko moja” perspektywa, a kogoś innego! i jaka ciekawa:)!). Bardzo poruszył mnie [do myślenia] tekst o social mediach w samym newsletterze. Dziękuję:)
    Dobrego wieczoru :3

  53. Kasia

    Cieszę się, że o tym piszesz. Dla mnie terapia wlasna to były najlepiej wydane pieniadze. Uwielbiałam to doświadczenie, a troche lat w tym spędziłam po nieważ sama jestem psychoterapeuta ;) wiec musialam się gruntowanie sama przeterapeutyzować ;)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *